Star Trek
Dzisiejszy przemysł filmowy jest światem, gdzie liczą się przede wszystkim pieniądze. Dotyczy to oczywiście głównie wielkich wytwórni, ale nie oszukujmy się – każdy twórca liczy na przełożenie popularności filmu na odpowiednią liczbę zielonych papierków. Z tego względu twórcy muszą godzić się nierzadko na wyjątkowo parszywe i niewygodne kompromisy, lawirować pomiędzy oczekiwaniami producentów, kinomanów i fanów. Największy problem bywa z tymi ostatnimi.
J.J Abrams, decydując się na reaktywację (a właściwie stworzenie kolejnej odsłony) Star Treka niewątpliwie porwał się na wyjątkowo ryzykowny projekt. Nie da się ukryć, że obok Gwiezdnych Wojen, uniwersum ST jest najbogatszym i najbardziej rozwiniętym, filmowym światem sci-fi. Ba – pod pewnymi względami tytuły Lucasa wyglądają jak łachmaniarze przy swoim starszym rywalu. Tyle tylko, że ta zaleta jest jednocześnie wadą. Kolejne seriale i filmy kinowe powodowały ciągły rozrost świata do rozmiarów, w których nie-fani nie byli w stanie się rozeznać, zawężając pole znacznie zainteresowania i krąg odbiorców. Udział w tym miało zapewne także nastawienie twórców na opowiadanie, które było dobrą historią, – ale niekoniecznie porywającym widowiskiem. W efekcie w potocznym języku częściej usłyszeć można pozdrowienie „Niech Moc będzie z tobą” niż tradycyjny gest Spocka.
W takim momencie właśnie, po nie do końca udanym Star Trek: Nemezis, reżyser postanowił wziąć się za bary z jedenastą częścią gwiezdnej wędrówki. I wyszedł z tej potyczki nieco pokiereszowany, ale z tarczą. Historia zaprezentowana przez scenarzystów, Alexa Kurtzmana i Roberto Orci, jest prequelem i rozgrywa się przed wydarzeniami znanymi z oryginalnego serialu. Poznajemy więc zarówno młodego Jamesa T. Kirka, jak i Spocka, przy czym pierwszy jest wyszczekanym, choć inteligentnym rozrabiaką, a drugi – dystyngowanym oficerem Floty. Obydwaj dostają się na statek USS Enterprise, gdzie razem, mimo niechęci, czy wręcz wrogości wobec siebie, będą musieli zmierzyć się z pałającym żądzą zemsty Nero i nie lekkim zamieszaniem czasoprzestrzennym, który wywołało jego pojawienie się. Od tego, czy załoga zdoła pokonać przybysza, być może zależeć będzie los całej Federacji.
Reżyser sporo ryzykował, biorąc się za przetwarzanie takiego materiału. Z jednej strony silna grupa fanów oczekujących kolejnego Star Treka, z drugiej – reszta kinomanów, liczących na dobry film sci-fi. W rezultacie Abrams wybrał zdrowy kompromis: starzy bohaterowie, motywy i odniesienia do poprzednich filmów serii miały przyciągnąć trekkerów, natomiast osadzenie historii przed wydarzeniami z serialu pozwoliły nie-fanom łatwiej identyfikować się z bohaterami i obserwować akcję, bez natrętnego uczucia, że postacie skądś się znają, ale nie wiadomo skąd i dlaczego. Nie ulega wątpliwości, że nie udało się zadowolić wszystkich fanów: krytykowano wiele nieścisłości, błędów reżysera, rozwiązań scenariuszowych i niezgodności z poprzednimi filmami (m.in. wydalenie Kirka ze statku). W zamian za to jednak reżyser postawił na rozmach, piękno i efekty, czyli elementy, których często Star Trekowi brakowało. Można wprawdzie narzekać, że to z powodu budżetu, (który musi się zwrócić i jeszcze dać zysk) nie zmienia to jednak faktu, że film jest naprawdę dobrze zrobiony od strony wizualnej: przepastne przestrzenie kosmiczne, w których majestatycznie suną statki Federacji, tudzież posępny kadłub Narady robią duże wrażenie. Dynamiczne potyczki i walki gwiezdne (niewiele ich, ale są sprawnie zrealizowane, widowiskowo, acz bez przesadnego efekciarstwa), ładne widoczki z powierzchni planet i naprawdę świetnie wyglądająca scenografia, zwłaszcza we wnętrzach statków – Abramsowi można zarzucać nielogiczności i błędy, ale nie można zaprzeczyć, że ma niezły zmysł plastyczny.
Nieco gorzej jest z aktorstwem, które prezentuje dość nierówny poziom. Z głównych postaci najlepiej wypadł Chris Pine w roli Kirka. Jego bohater jest jednocześnie inteligentny, odważny, pyskaty i niewiarygodnie wręcz pewny siebie. Czuć, że ma charyzmę, choć momentami wydaje się zbyt mocno szarżować w swojej kreacji „bad boya”. Nieźle wypadł też Eric Bana. W jego kreacji Nero jest postacią niejednoznaczną: po trochu morderca, po trochu szaleniec, a na pewno wstrząśnięty zagładą swej planety przywódca, którego ból pchnął w objęcia nienawiści. Blado natomiast wypada Zachary Quinto jako Spock. Być może to kwestia kształtu postaci, natomiast w filmie Spock wydał mi się irytującym, mdłym służbistą, z którym trudno się utożsamić. Jego czułe wyznanie w końcówce wcale tego wrażenia nie poprawiło. Zdecydowanie lepiej wypadł Leonard Nimoy, jako "stary" Spock - grał ze zdecydowanie większą swobodą i werwą, choć rólka była niewielka. Słabo zaprezentowała się również Zoe Saldana jako Uhura (w Awatarze była zdecydowanie lepsza), ckliwa i bezpłciowa. Ciekawie wypadły za to barwne, choć eksploatowane bez zbytniej przesady postacie drugoplanowe: Bruce Greenwood (jako kapitan Pike), Karl Urban (Leonard McCoy), a zwłaszcza Simon Pegg (w wyjątkowo zabawnej roli Montgomery Scotta) i Anton Yelchin (Pavel Chekov) wprowadzający odrobinę humoru. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że tło bierze górę nad postaciami z pierwszego planu. I choć lubię dobrze zarysowane charaktery, nie jest to dobry pomysł…
Star Trek J.J Abramsa nie jest arcydziełem, wyróżnia się jednak solidnym wykonaniem, urodą strony plastycznej i pewnego rodzaju bezpretensjonalnością, której brak kazał Cameronowi upchać w Awatarze masę niepotrzebnych odwołań i wątków, podanych w sposób bezpośredni, czy wręcz nachalny. Film o kapitanie Kirku to po prostu dobry film sci-fi, który zapewni wysokoenergetyczną dawkę rozrywki, bez konieczności zaznajomienia się przed seansem z całą mitologią ST.
Piotr „Vivaldi” Sarota

Obsada:
Chris Pine - James Tiberius Kirk
Zachary Quinto - Spock
Karl Urban - Leonard McCoy
Simon Pegg - Montgomery Scott
Anton Yelchin - Pavel Chekov
Zoe Saldana - Nota Uhura
John Cho - Hikaru Sulu
Eric Bana - Nero
Bruce Greenwood - Christopher Pike
Czas trwania: 127 min.
Rok produkcji: 2009
Produkcja
Reżyseria: J. J. Abrams
Scenariusz: Alex Kurtzman, Roberto Orci
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Daniel Mindel
Montaż: Mary Jo Markey, Maryann Brandon
Produkcja: J. J. Abrams, Damon Lindelof


















































Odpowiedzi
A niezapomniany Leonard Nimoy to pies?
Dla prawdziwego trekkera jego występ był jedynym powodem, by iść na ten film
Ale ja nie jestem prawdziwym
Ale ja nie jestem prawdziwym trekkerem. Ba, nawet za pół-fana uznać mnie trudno.
A błąd swój naprawiłem - niestety, filmweb był tak miły, że część aktorów ukrył w sposób dość dziwny...
I biorąc pod uwagę że o nim zapomniałem - aż tak "niezapomniany" to chyba nie jest :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Taak - od razu widać, że nie jesteś trekkerem
TOS, czyli to, czego niejako prequelem jest "Star Trek 2009", to Leonard Nimoy i William Shatner. Bez nich nie byłoby Treka.
Mnie i tak na słowo "Star
Mnie i tak na słowo "Star Trek" zawsze będzie na myśl przychodził Patrick Stewart i jego łycha głowa :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Patrick Stewart to TNG
The Next Generations. TOS, The Original Series, dziś może śmieszyć badziewianymi dekoracjami i szczątkowymi efektami specjalnymi, ale ma w sobie nieprawdopodobną magię, no i jest tym, od czego wszystko się zaczęło.Jest niczym korzenie dla wspaniałej rośliny, a William Shatner (Kirk) i Leonard Nimoy (Spock) stanowili serce tego serialu i filmów kinowych.
Moje animacje są też TOS-owe :)
GoAnimate.com: Kto wrobił kapitana Kirka cz II by Eviva
Like it? Create your own at GoAnimate.com. It's free and fun!
A dla mnie oboje mówicie w
A dla mnie oboje mówicie w tej chwili po chińsku... ;)
Nie szkodzi
Na całe szczęście nie każdy musi być trekkerem. Powiem więcej, nie każdy MÓJ KUMPEL musi być trekkerem (choć byłoby miło)
Nie każdy mój kumpel musi
Nie każdy mój kumpel musi mieć pierdolca na punkcie języków... ;)
Nie każdy mój kumpel ma blade
Nie każdy mój kumpel ma blade pojęcie o większości spraw, które mnie interesują i co? Ludzie, no litości! Fanatyzm jest bleee w każdej postaci. Pisałam w życiu masę tekstów o rzeczach, które są mi obojętne i bynajmniej nie są moją pasją, a jeszcze więcej o takich, które wywołują u mnie odruch wymiotny. Ale nie przeszkadza mi to w pisaniu o nich. Żeby o czymś pisać nie trzeba być tego fanem. W zasadzie gdyby tak było to ja nie powinnam w ogóle o niczym pisać, bo nie uważam się za fankę niczego.
A co do tekstu:
"Kolejne seriale i filmy kinowe powodowały ciągły rozrost świata do rozmiarów, w których nie-fani nie byli w stanie się rozeznać, zawężając pole znacznie zainteresowania i krąg odbiorców."
Nie rozumiem tego zdania.
"Udział w tym miało zapewne także nastawienie twórców na opowiadanie, które było dobrą historią, – ale niekoniecznie porywającym widowiskiem."
Zdecyduj się. Albo przecinek, albo myślnik.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Ja o dziwo mniej-więcej jarze
Ja o dziwo mniej-więcej jarze o czym mówią :D
No tak, pierwszy cykl serialu był najlepszy mimo wcześniej wspomnianych efektów specjalnych i ciut teatralnej gry, która była charakterystyczna dla tamtych czasów. Ale prócz ciekawej fabuły oferował on wepchniecie w nią 'elementarnych pytań egzystencjalnych' jak to ktoś ujął oraz tym podobnych zagadnień i zestawienie ciekawych postaci: na pozór zimnego Spoka, hołubiącego uczucia i emocje doktorka, charyzmatycznego kapitana (nie pozbawionego kilku paskudnych wad charakteru na szczeście sie rzadko objawiających) oraz wesolutkiego scotiego. niestety filmu bazujące na owym pierwszym star treku średnio mi przypadły do gustu min ze względu na brak konsekwencji w fabule np: najpierw spok ginał poświecajac się dla załogi, a w następnym filmie był zdrow i cały mimo iz starszy bodajże o 20 lat (skłonność do zmartwychwstań jak koles z Dziadów)
Wznowienia serialu potem juz nie były tak intrygujące i o ile chyba z pierwszego treka widziałam chyba wszystkie odcinki następne piąte przez dziesiąte. Chociaż musze przyznać, ze w nastepnym pokoleniu bardzo mi się podobała woopy golberg robiącą za swoisty przekaźnik madrości życiowych - emanowała takim spokojem i uduchowieniem.
Geez, przypomina mi to Modę
Geez, przypomina mi to Modę na Sukces - tam też ktoś (bodajże Ridge) zmartwychwstał... :P
W SW jest przynajmniej podział na opowieści w Expanded Universe (zgodne z kanonem) i Out of Canon (np. świetne Infinities - komiks :D) i nie ma takiego bałaganu.
Gdzie Ridge, Tylor, jego
Gdzie Ridge, Tylor, jego żona... ;) I żeby to raz!