Super 8
Ostatnimi czasy trudno o dobry film rozrywkowy. Jakkolwiek głupio brzmi to zdanie, taka jest właśnie prawda. Teraz, kiedy producenci zalewają kina kolejnymi blockbusterami, komediami romantycznymi i kontynuacjami wielkich hitów, z cudem graniczy znalezienie filmu, który pozwoli widzowi odprężyć się i pośmiać, zamiast zmuszać go do obserwowania montażowej sieczki i obrazów totalnej demolki, z których zupełnie nic nie wynika. Magia kina została zredukowana do magii speców od efektów specjalnych. Na tym tle dzieła J.J. Abramsa wypadają szczególnie: z jednej strony reżyser nie waha się używać przy ich tworzeniu nowoczesnej technologii, z drugiej – staje się ona środkiem, a nie celem. Ten zaś w jego filmach jest zawsze jasny: dobra rozrywka, której duże pokłady dostarcza jego najnowsza produkcja – Super 8.
Tuż po premierze podkreślano ogromny wpływ, jaki odcisnęło na obrazie kino spod znaku Nowej Przygody – zwłaszcza produkcje George’a Lucasa i Stevena Spielberga (ten drugi był zresztą producentem Super 8). Trudno tego nie dostrzec na ekranie – w gruncie rzeczy reżyser, posługując się nowoczesną techniką, zabrał widza w nostalgiczną podróż do czasów, kiedy liczyła się przede wszystkim wyobraźnia, a nie wielki budżet i miliony wydane na efekty specjalne; do okresu, w którym podział na dobro i zło był klarowny, a historie kończyły się nieodmiennie happy endem. Można pytać o zasadność tego zabiegu, o cel takiego wniknięcia w konwencję kojarzącą się obecnie przede wszystkim z niedzielnym, telewizyjnym blokiem kina familijnego. Jednak próby podejścia do tego z przysłowiowym „szkiełkiem i okiem” i ocenianie Super 8 w kontekście współczesnych produkcji nieodmiennie muszą prowadzić w ślepą uliczkę. W konfrontacji z dobrą zabawą, jakiej film Abramsa dostarcza dzięki wzorowaniu się na wypełnionych wszelakimi atrakcjami hitach w rodzaju Goonies czy E.T, trudno zachować zimny obiektywizm.
Oczywiście nie wszystko się Abramsowi udało. Jakby nie patrzeć, mamy już XXI wiek, w którym rządzą iPody i szybki Internet, więc podróż do czasów analogowych aparatów i walkmanów siłą rzeczy musi nosić znamiona współczesności i się do niej odwoływać – sama nostalgia nie wystarczy. W efekcie tego owa współczesna estetyka przebija spod konwencji niemal na każdym kroku: poprzez szalenie efektowną scenę katastrofy pociągu i sporą brutalność, ukazaną niekiedy w bardzo dosadny sposób (tyczy się to zwłaszcza zgonów żołnierzy). Widać to w makabrycznej diecie istoty, która uciekła z pociągu, umiejscowieniu najważniejszych zdarzeń w nocy czy wreszcie – w dużym nagromadzeniu wątków. Ten nadmiar powoduje, iż film pęcznieje w oczach, lecz z czasem wszystko splata się w jedną, mocną nic historii przetrzymywanego na Ziemi stwora. W gruncie rzeczy jednak wątek ten – w założeniu mający generować największą ilość atrakcji – okazuje się w zasadzie zbędny; nawet gdyby sprowadzono go do absolutnego minimum, film niewiele by na tym ucierpiał. Wszystko za sprawą naprawdę świetnie zrealizowanej warstwy, którą z braku lepszej opcji można nazwać obyczajową. Stare produkcje Spielberga miały to do siebie, że opowiadały przede wszystkim o ludziach: ich życiu, problemach i marzeniach. W filmie Abramsa jest niemal dokładnie tak samo: reżyser przedstawia widzowi zgraną paczkę przyjaciół, którzy wplątują się w grubą aferę. Ale bardziej niż intryga z udziałem obcej formy życia, do ekranu przyciąga właśnie ich przyjaźń i problemy: komiczne przekomarzania się, standardowe, szczeniackie ubliżania i kłótnie, wariacki plan nakręcenia amatorskiego filmu o zombie, rodzące się przyjaźnie i miłość, a także zamieszane w to wszystko problemy dorosłych, dawne konflikty i konieczność wyboru między porywem serca a głosem rozumu. Z pewnością nie wszyscy wczują się w ten klimat klasycznych filmów lat 80. W czasach, kiedy transgresja i relatywizm tak mocno odcisnęły piętno na kulturze, prosty i jasny podział na czerń i biel może niektórych razić, podobnie jak nieco naiwne i „familijne” rozwiązanie finału – ale to już kwestia indywidualnego gustu.
Ujmujący jest jednak sposób, w jaki Abrams podszedł do filmu – widać bowiem, iż Super 8 to produkcja o nerdach, zrobiona przez nerda dla innych nerdów (i nie, nie jest to zarzut). Patrząc na bohaterów, widzę dzieci tamtych czasów: jarają ich filmy fantastyczne, oblepiają ściany w pokojach plakatami z klasycznych produkcji, a nawet zbierają gadżety z ulubionych tytułów (jak Jackson, który kolekcjonuje i własnoręcznie maluje figurki). Trudno nie skojarzyć tego choćby z legionem fanów, który po premierze Gwiezdnych Wojen polował na wszelkie przedmioty kolekcjonerskie ze swoimi ulubieńcami i swobodnie żonglował cytatami z filmu (te zresztą załapały się nawet do Super 8). Co zabawniejsze, cały ten nerdowski kontent, włącznie z metodą podrywu na charakteryzatora (nie ma to jak umalować swą sympatię na krwiożerczego zombie!), wydaje się ciekawszy niż wątek obcego i można mieć momentami żal, iż reżyser nie skupił się całkowicie na perypetiach młodych filmowców, kręcących swoją własną wersję Nocy żywych trupów (przyznać trzeba, że film stworzony przez młodziaków – możliwy do obejrzenia w czasie napisów końcowych – jest naprawdę zabawny i stanowi znakomity deser po daniu głównym).
Ale film broni się nie tylko konwencją i wzbudzaniem w widzu uczucia nostalgii za starymi, dobrymi czasami. Główną zaletą nie są także efekty specjalne (całkiem niezłe, przyznać trzeba), fabuła czy wspomniane puszczanie oka do fanów, ale przede wszystkim gra aktorska. Osobiście nie cierpię dzieci w filmie – działają mi na nerwy, a poziom mojej irytacji rośnie proporcjonalnie do stopnia sztuczności ich gry (tyczy się to zwłaszcza polskiego kina). Tymczasem obsada Super 8, pozbawiona wielkich gwiazd, złożona głównie z nastolatków, nie tylko stanęła na wysokości zadania, ale dosłownie rozłożyła mnie na łopatki. Być może zabrakło nieco umiejętności, ale aktorzy nadrobili to emocjami, które w połączeniu z bardzo dobrymi dialogami dały znakomity efekt. Kłótnie paczki przyjaciół w barze, filmowanie sceny miłosnej na stacji kolejowej, bieg ulicami pod ciężkim ostrzałem – te i wiele innych sekwencji nabierają rumieńców przede wszystkim dzięki brawurowej i nieco bezczelnej grze młodych aktorów. Na ich tle dorośli wypadają trochę blado, choć przyczyna leży raczej w założeniach scenariuszowych, niż w brakach warsztatu.
Oceniając Super 8 jestem skrajnie subiektywny: od dawna nie bawiłem się tak dobrze i to pomimo faktu, iż produkcji daleko do ideału. Abrams złapał mnie na haczyk dobrych dialogów, gry aktorskiej, a przede wszystkim uczucia nostalgii za kinem lat 80. Świadomie stworzył film, który sięga po martwą – zdawałoby się – konwencję, naiwność i proste schematy i staje tym samym w poprzek masy dzisiejszych produkcji w rodzaju Transformers, nastawionych głównie na dostarczenie widzowi wizualnej orgii. W przeciwieństwie jednak do owej masy trywialnych filmów, które częściej męczą niż dają radość, Super 8 oferuje niezobowiązującą, lecz inteligentną rozrywkę, która faktycznie odpręża, potrafi zainteresować przygodą, a dla fana stanowi także źródło radości przy wynajdywaniu ukrytych smaczków. Zdecydowanie warto poznać.
Piotr "Vivaldi" Sarota

Tytuł oryginalny: Super 8
Tytuł polski: Super 8
Czas projekcji: 112 minut
Produkcja
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: J.J. Abrams
Produkcja: Steven Spielberg, J. J. Abrams, Bryan Burk
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Larry Fong
Montaż: Maryann Brandon, Mary Jo Markey
Obsada:
Joel Courtney - Joseph "Joe" Lamb
Elle Fanning - Alice Dainard
Kyle Chandler - Jackson "Jack" Lamb
Ron Eldard - Louis Dainard
Noah Emmerich - Pułkownik Nelec
Bruce Greenwood - "Cooper"
David Gallagher - Donny
Riley Griffiths - Charles Kaznyk
Michael Hitchcock - Deputy Rosko
Ryan Lee - Cary
Gabriel Basso - Martin
















































