Sześć strzałów do... Jakuba Ćwieka

    Z Jakubem Ćwiekiem rozmawiają
    Anna Tess Gołębiowska z Efantastyki oraz Patryk Sadowski z Kawerny.

    Większa część Twojej twórczości to cykle. Czy było to planowane, czy po prostu materiał rozrastał się w trakcie pracy? Łatwiej napisać Ci zamkniętą całość czy historię podzieloną na tomy?

    Jest taka znakomita nowelka w ramach komiksowego cyklu o Sandmanie – Kaliope. W jej finale Morfeusz, władca snów, rzuca na pazernego pisarza klątwę urodzaju. Mówi: Pragniesz pomysłów, snów, opowieści? Zatem dostaniesz je aż w nadmiarze. I tak trochę jest ze mną właśnie. Mam mnóstwo pomysłów, naprawdę dużych, obszernych i wielkich, ale ich realizacja to jednak żmudne dłubanie w scenach, słowo po słowie, zdanie po zdaniu. I tu, żeby się nie wbić w schemat, nie popaść w rutynę, stosuję płodozmian. Moje książki są podobnych rozmiarów, które uważam za właściwe. Jeżeli w takiej ilości stron zmieszczę się z całą książką – super. Jeśli nie, dzielę na tomy, w międzyczasie pisząc coś innego. Uważam, że to najlepsze podejście, by praca pozostawała przyjemnością...

    Bywasz na wielu konwentach, nie tylko jako gość: prowadzisz spotkania z innymi autorami, wygłaszasz prelekcje, przygotowujesz przedstawienia. Czujesz się bardziej Kubą – fanem czy Jakubem Ćwiekiem – pisarzem?

    Ależ to się nie wyklucza, a jedno nie wypiera drugiego! Jestem sobą, wywodzę się z ruchu fanowskiego, jestem dzieckiem ŚKF-u i tam mam swoje fantastyczne korzenie. A to, że zawodowo piszę... Cóż, to też robię przecież dla frajdy i zabawy. Fandom zasadniczo dzieli się przecież na pisarzy i tych, którzy jeszcze nic nie wydali. Słowo JESZCZE jest tu kluczem, oddającym nastroje i pragnienia większości czytelników rodem z Fandomu. Jeżeli jednak koniecznie mam wprowadzić rozgraniczenie: zawodowo jestem pisarzem, prywatnie fanem. Na konwentach, siłą połączonych mocy powstaje on, Captain Awsome (śmiech) Pisarz-fan!

    Wiele Twoich książek jest docenianych nie tylko za treść, ale też za okładki. Czy masz wpływ na ich wygląd? Która z dotychczasowych podoba Ci się najbardziej?

    Wciąż pierwsza – Kłamca ma dla mnie okładkę idealną i nie wyobrażam sobie innej, lepszej. Ale rzeczywiście, mam szczęście – czasem odrobinkę wspierane – do fantastycznych grafików. Z tego miejsca pozwolę więc sobie podziękować Magdzie, Wojtkowi i przede wszystkim Piotrkowi, któremu zawdzięczam najwięcej. To mistrzowie w swoim fachu.

    Krzyż Południa to prequel do książki, której jak na razie nie napisałeś, a wokół której było przez chwilę bardzo gorąco. Czy to znaczy, że po zakończeniu historii z Krzyża... Twoi czytelnicy mogą liczyć na to, że jeszcze spotkają się z J. Crossem?

    Uściślę. Napisałem. Trzy razy. I żadna do niczego się nie nadawała, a kosztowała mnie wielką ilość stresu i opóźnień, które teraz wychodzą. Na obecną chwilę nie mam pojęcia, czy po zakończeniu historii Crossa rzeczywiście wrócę jeszcze do jego świata, czy już będę miał dość. Krzyż Południa będzie miał dwa albo trzy tomy – zależy jak się zamknę z fabułą, co jeszcze wyleci, co dojdzie – więc, patrząc na moje tempo pracy, jak również inne plany pisarsko-wydawnicze etc., skończy się w 2013. Czy Wy wiecie, co będziecie robić w 2013?

    Która z Twoich dotąd wydanych książek jest Ci najbliższa i dlaczego?

    Ciemność płonie – bo kosztowała mnie trochę zdrowia i trochę wstydu: człowiek musi do wielu rzeczy się przełamać, pomieszkując na dworcu; ale przede wszystkim dlatego, że to książka, w którą władowałem sporo siebie, swojej ówczesnej fascynacji Śląskiem, samym dworcem, problemem bezdomności. Można mnie w tej książce szukać, ale wiele w niej fałszywych tropów, więc mało komu się to udaje. A, no i teraz ta książka zyskała jeszcze jeden aspekt. Jeżeli ktoś chce oczyma wyobraźni zobaczyć nieistniejące już miejsce, to Ciemność płonie spełnia to zadanie znakomicie.

    Wspomniałeś, że za pytanie, jak praca nad Kłamcą 4, będziesz wyrzucał ze znajomych na Facebooku, ale my chcielibyśmy zapytać o coś innego. Opowiadałeś, iż pierwotnie głównym bohaterem miał być Hermes, postawiłeś jednak na Lokiego. Kim stał się on dla Ciebie przez ostatnich sześć lat? Przyjacielem, utrapieniem...?

    Och, nikim specjalnym. To nie jest tak, że ja cały czas siedzę z i nad Lokim, że cały czas o nim myślę, bo przecież pomiędzy tomami drugim a trzecim napisałem dwie książki, pomiędzy trzecim a kończonym czwartym kolejne dwie, a do tego jeszcze szereg opowiadań (zebranych m.in w zbiorze Gotuj z papieżem). Na Kłamcę jako cykl patrzę trochę jak na stopnie krętych schodów za mną. Wyglądają fajnie, szło się całkiem przyjemnie, ale cieszę się, że zbliżam się do szczytu i będę mógł skoczyć przez barierką z czymś nowym. Oby był to fajny, efektowny lot, a nie smutne zawodowe samobójstwo. Cóż, Dreszcz pokaże...