Tak jest dobrze (Szczepan Twardoch)

Ciekaw byłem nowej serii wydawniczej Powergraphu. Już sama nazwa – Kontrapunkty – zwiastowała coś innego, nowego i nieoczywistego, zaś opis wydawniczy obiecywał oczarowanie piękną frazą i niejednoznacznością interpretacji. Podobno miała to być próba dotarcia do czytelnika zainteresowanego nie tyle utworami fantastycznymi, co po prostu dobrą literaturą. Czy udana? Tu bym się wahał. Z jednej strony powstała książka niezwykła, niesamowicie gęsta, jeśli chodzi o interpretacje poszczególnych tekstów i zaskakująca na poziomie języka, co z pewnością zwróci uwagę miłośników dobrej literatury. Z drugiej jednak strony nie jest to rzecz dla każdego, bowiem Tak jest dobrze to potężny emocjonalny granat, który rozrywa łeb i sprowadza człowieka na samo dno własnej osobowości, otwierając przed nim ukryte w cieniu drzwi. To jak podróż przez cuchnące, lepkie bagno, prowadzące jednak ostatecznie do bogactwa i sławy. Ale po kolei...

Przyznam się, iż dawno nie miałem w ręku książki, która wygrywałaby na moich emocjach niczym na organach, stawiając mnie w paradoksalnej sytuacji między strachem i obrzydzeniem nawołującym do przerwania lektury, a palącym pragnieniem pożarcia kolejnych tekstów, ponownym zanurzeniem się w tą dziwaczną rzeczywistość. To nie jest zbiór z rodzaju tych, które można przeczytać na szybko w pociągu, a potem na luzie iść na obiad lub do kina z partnerem; opowiadania zgromadzone w Tak jest dobrze działają jak solidna wiertarka, wrzynając się w mózg, przekraczając kolejne granice, by dowiercić się do samego jądra, a następnie sączyć w nie niepokój, obrzydzenie i strach, a czytelnik może tylko zżymać się, sprzeciwiać wizjom stworzonym przez Twardocha, złorzeczyć, kpić... i czytać dalej. To jest dziwna książka, pełna sprzeczności i paradoksów. Niby mało fantastyczna, ale jednak mocno oniryczna i pełna niejednoznacznych zdarzeń. Z pozoru napisana chaotycznie, językiem przyciężkim, dalekim od wszelkich przyjętych standardów, a jednak posiadająca osobliwy rytm sprawiający, iż kolejne wersy bez trudu wnikają do umysłu, siejąc tam pożogę. Na pierwszy rzut oka niesmaczna i bezsensowna, epatująca brudem, smrodem, zgnilizną i absolutną pustką, ze światem zdeprawowanym przez śmierć i gwałt oraz bohaterami brodzącymi w fekaliach bez szans na pomoc, z kolejnymi razami i pomyjami wylewanymi na ich głowy, zupełnie jakby autor napawał się ich cierpieniem, bawił ich obumieraniem, balansując na granicy śmieszności i taniej obrzydliwości napędzającej sprzedaż. A potem przychodzi refleksja, że tak przecież jest, każdego dnia, każdego tygodnia mija się takich ludzi – zgorzkniałych, oszalałych, sprowadzonych do rzędu popychadła i psiego łajna pod butami, nabrzmiałe ludzkie larwy w przyciasnych marynarkach, które omijamy wzrokiem, żeby przypadkiem nie zepsuć sobie miłego dnia, a cały opis jest tylko wszystkim tym, co kotłuje się w naszej głowie, niewypowiedziane. Wreszcie, książka w założeniu przeznaczona dla szerokiej rzeszy czytelników, podczas gdy już pierwsze opowiadanie tłucze się w duszy niczym potępieniec, jakby autor chciał pogrozić palcem: „chcesz ładnego, lekkiego opowiadanka? Nie ten adres, bratku, nie ten adres”.

Tak jest dobrze miażdży.
Miażdży wizją człowieka poddawanego potwornej presji, gnuśniejącego, zamkniętego w klatce nakazów lub ulegającego swoim pragnieniom i pożądaniom, człowieka pozbawionego ochrony, którego obsesje i lęki wypełzają na wierzch, żerując na nim. To nie są ładne obrazy: pokazują to, co zazwyczaj zamiata pod dywan; pokazują się w całym ich odrażającym kształcie, monstrualne i wyolbrzymione, może przesadzone, może odrealnione i pozbawione odrobiny litości, ale istniejące, niejednoznaczne, podatne na różne interpretacje, które mogą okazać się prawdą lub absolutnym błazeństwem. W opowiadaniu Gerd (moim zdaniem najlepszym w całym zbiorze, zwłaszcza pod względem języka) widzimy starego, zgorzkniałego Ślązaka, służącego niegdyś w Waffen-SS jako snajper, którego uczucie pustki, żal za życiem i demony przeszłości zaprowadziły na skraj szaleństwa. Masara ukazuje bezwzględny i pełen palącej śmieszności świat uczniowski, gdzie każda ułomność i brak są bezlitośnie wykorzystywane, by zadrwić i utuczyć poczucie wiecznej przegranej (z pewnością nikt, kto doświadczył podobnych docinek, nie będzie w stanie przeczytać tego tekstu bez zimnej guli na żołądku). Bohater opowiadania Ona płynie w moich żyłach, postawiony wobec sytuacji jak z sennego koszmaru, obdarty zostaje niemal z całego swojego człowieczeństwa, sprowadzony do poziomu zwierzęcia desperacko walczącego o przetrwanie i tylko na jedną krótką chwilę przypomni sobie to, co mu odebrano. Zupełnie inaczej potoczą się losy bohatera Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka, który z samego dna, śmierdzącego ściekiem, wypełnionym palącą pogardą, wzniesie się na szczyty, by stanąć oko w oko z sytuacją, której nie rozumie, która go przerasta i pożera bez litości, burząc wszystkie normy i przekonania, jakie sobie wypracował. Dla odmiany w Uderz mnie (opowiadaniu moim zdaniem najsłabszym, ale ze znakomitą puentą) czytelnik spotka się z tym, co czai się głęboko we wnętrzu, uśpione pod wątrobą, ale co wychodzi niekiedy na wierzch, mącąc myśli, burząc spokój i zrzucając ze szczytu w ciemne głębiny, gdzie nie ma nic, tylko strach i upiorny kalejdoskop wspomnień. Na sam koniec zaś uspokojenie – Tak jest dobrze – bez zła wyłażącego z każdej dziury, bez obrzydliwości i smrodu cywilizacji, ale z niepokojem, szaleństwem czającym się na granicy myśli, z palącym poczuciem przegranej i żalu, w wędrówce w poszukiwaniu spokoju. Wszystko to spada na czytelnika z ogromną siłą, bez żadnej litości i ostrzeżenia Twardoch wprowadza w ten świat, na który się nie godzimy, a jednocześnie cieszymy się, iż ktoś opisał, wypowiedział to za nas, uwolnił od konieczności wyrażenia własnych myśli.

Zbiór miażdży stylem, językiem i plastycznością opisu. Rozhisteryzowanego, będącego płodem umysłu w stanie przerażenia, opętańczej myśli pragnącej życia i ratunku. Pełnego goryczy, gniewu do całego świata, balansującego na granicy między rzeczywistością a jakąś piekielną halucynacją. Suchego, matowego języka uczennicy świadomej swego wyglądu i świadomej tego, jak otaczający świat z niej drwi i nią pogardza, wreszcie – spokojnego, najbardziej tradycyjnego, jaki znaleźć można w Tak jest dobrze, dającego choćby mikrą nadzieję, iż jest szansa na przebaczenie, litość i spokój. Twardoch oddaje głos swoim postaciom, pozwala im wyrzygać swoje frustracje, swój gniew, i ukazać je bez żadnego upiększania, przekształcając tekst w swoisty strumień świadomości skrzywionej, rozbitej; w istną litanię do serca nadgniłego. W tym chaosie jest harmonia, nadająca tekstom pewien rytm, ten zaś sprawia, że czytelnik coraz szybciej przebiega wzrokiem po zdaniach, zupełnie jakby opowiadania wymuszały na nim przyspieszenie tak, jak rozpędza się lub gęstnieje akcja. Twardoch tworzy wizje przerażające, ale i wspaniałe zarazem, urzekające pięknem fraz, niezwykłych porównań i niesamowitych opisów, nadających rzeczom zwyczajnym kształt niezwyczajny, straszny lub niewiarygodny, a wszystko to po to, by wyrwać czytelnika ze słodkiego otępienia i szargać jego emocje niczym pies stary, wytarty dywan. Operuje słowem z niezwykłą lekkością, a jednocześnie chłoszcze nim jak biczem, jak pojedynczym, celnym strzałem trafiającym w najczulszy punkt. Jest w tym jakaś upiorna ironia – czytać o bohaterach przechodzących przez piekło odmalowane soczystymi kolorami, opisane językiem poetyckim, ale i dosadnym zarazem.

Tak jest dobrze to książka znakomita i potworna zarazem. To depresja w wersji instant, skumulowany pocisk złych emocji, masakrujący warstwą językową i zatrważającymi obrazami. Twardoch kreśli sytuacje, które wielu może spotkać każdego dnia, ale robi to tak, iż ciarki przechodzą po plecach. Tworzy narracje niebanalne, zaskakujące i przerażające, a czyni to za pomocą opisów tak plastycznych, niemal namacalnych, że niektóre fragmenty oddziałują nie tylko na umysł, ale i na ciało... Gdyby prawdą było, iż autor zostawia w dziele cząstkę samego siebie, Twardocha powinno się profilaktycznie zakopać w ziemi, zalać betonem i pozostawić nietkniętym przez następne tysiąc lat. A książkę? Kochać, wielbić i czcić. No i czytać, czytać, czytać...

Piotr "Vivaldi" Sarota

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Powergraph.

autor: Szczepan Twardoch
tytuł: Tak jest dobrze
wydawnictwo: Powergraph
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: 2011
ISBN-13: 978-83-61187-20-2
wymiary: 140 x 215
liczba stron: 234
oprawa: twarda
seria: Kontrapunkty
cena: 32 zł

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany