Thor
O Thorze było głośno jeszcze na długo przed premierą - głównie z powodu licznych zarzutów, jakie mu stawiano: zbyt daleko posuniętej poprawności politycznej, odstępstw od komiksowego oryginału, niezgodności z mitologią i jej spłycenia, kiczowatości dekoracji i wielu, wielu innych. Przyznam szczerze, że dla mnie – jako widza – minimalne znaczenie miało, że w roli Heimdalla obsadzono czarnoskórego Idrisa Elbę, że cechy charakteru Thora bardziej pasowałyby do szalonego Odyna oraz to, że film nie trzyma się kurczowo komiksu (czego - jak sądzę - większość widzów zapewne nie zauważy; stworzony w 1962 roku przez Stana Lee i Larry'ego Liebera co prawda nie stanowi "drugiego garnituru" superbohaterów, ale i tak nie ma sensu porównywać go chociażby z takim Spidermanem czy X-men). Mnie interesowało jedno – czy Kenneth Branagh jest w stanie nakręcić efektowny film rozrywkowy, przy okazji nie obrażając inteligencji widza?
Pytanie o tyle zasadne, że powodów do niepokoju było sporo: reżyser wszak, znany głównie z adaptacji Szekspira, nie miał dotąd na koncie tego rodzaju produkcji; nikła popularność i znajomość Thora poza granicami USA wykluczała wszelki sentyment do tej postaci, a fakt, że opowieść dotyczyła nordyckich bogów oznaczał ryzyko zapełnienia filmu totalną rozwałką. Oczekiwania względem produkcji były zresztą tym większe, że Marvel jest ostatnimi czasy na fali wznoszącej – zwłaszcza po niewątpliwym sukcesie Iron Mana i pozytywnym odzewie względem projektu Avengers. Zresztą film Jona Favreau zdaje się być dla Thora swego rodzaju matrycą w kwestii budowania fabuły i konstrukcji postaci. Niestety, do tego poziomu produkcji Brnagha jeszcze sporo brakuje – zwłaszcza, jeśli chodzi o intrygę.
Ta, przyznać trzeba, zakrojona jest na dużą skalę i obejmuje motywy, które reżyserowi z pewnością są znajome: walkę o władzę, braterską rywalizację, starania o ojcowską miłość, pychę prowadzącą do tragedii, a także winę i ostateczne przebaczenie. Widz z jednej strony obserwuje napiętą i pełną niejasności sytuację w Asgardzie, z drugiej – przypatruje się zabawnym niekiedy perypetiom Thora na Ziemi. Pomysł takiego rozdzielenia jest niewątpliwie bardzo dobry; pozwala twórcom utrzymać równowagę pomiędzy efektownymi starciami, a sekwencjami służącymi rozwojowi intrygi i pogłębieniu charakterów postaci. Dzięki temu film nie zmienia się w festiwal slow-motion w stylu Sucker Punch Snydera, a przy okazji otrzymujemy zręcznie wplecione odniesienia do Avengers, w postaci wspomnień o doktorze Bannerze czy Tonym Starku.
Gorzej, że taka strategia nie pozwala rozwinąć żadnego z wątków w sposób satysfakcjonujący – zachowanie Thora wydaje się pretekstowe, zaś zmiany w nim zachodzące – zbyt szybkie i mało przekonujące, zaś w przypadku Asgardu wątki podoczne pojawiają się i znikają, nie odgrywając większej roli, choć na początku wydawały się kluczowe. Dotyczy to zwłaszcza artefaktu Lodowych Olbrzymów, będącego w zasadzie tylko ozdobą, mimo swej niewątpliwej potęgi. Do tego należy dodać także pewną schematyczność całej opowieści, którą na szczęście reżyser próbuje nieustannie delikatnie rozbijać i dekonstruować – choćby w momencie spotkania Thora z S.H.I.E.L.D. lub w wątku miłosnym, poprowadzonym z pewnym dystansem i humorem. W efekcie jednak cała fabuła najeżona jest mniejszymi i większymi nieścisłościami, co sprawia, że historia miejscami mocno trzeszczy w posadach i nie bardzo wiadomo, do czego właściwie dąży. Widać, że chciano osiągnąć rezultat zbliżony do Iron Mana, ale nie porzucając przy okazji efektownych potyczek – i chyba przedobrzono.
Owo przedobrzenie – czy może raczej przerysowanie – jest zresztą w warstwie wizualnej Thora bardzo widoczne. Jeden rzut oka na Asgard i można dostać oczopląsu; zupełnie jakby Nibelungi Fritza Langa nagle spotkały futuryzm i retro SF i we trójkę zabalowali z gigantomanią, czego wypadkową jest istna orgia wielkich płaszczyzn i prostych brył skrzących się złotem, srebrem i chromem, pełnych nordyckiej ornamentyki, dodając do tego jeszcze Bifrost wyglądający jak rezultat zabawy z 8-bitowcem. Stroje bogów wydają się zaskakująco plastikowe, wręcz kiczowate, z Heimdallem przypominającym Galactusa na czele. Zresztą, twórcy zdawali się być świadomymi tej specyficznej estetyki, gdyż pozwolili sobie na mały żarcik w postaci dwóch agentów S.H.I.E.L.D., którzy na widok nordyckich bogów raportują o wizycie Xeny i Robin Hooda w miasteczku. Wisienką na torcie są starcia – o dziwo, zaskakująco stonowane. Owszem, wyładowania energetyczne przecinają powietrze raz za razem, olbrzymy są masakrowane i miażdżone setkami, non stop ktoś wylatuje w powietrze posłany tam potężnym ciosem – ale nie ma mowy o wizualnej bombie w typie wspomnianego Sucker Punch. Jest efektownie, ale w granicach rozsądku.
Pochwalić należy natomiast aktorstwo. Od Chrisa Hemswortha bije na ekranie taka buta i pewność siebie, że można by nią obdarować tabun bohaterów, a jeszcze by jej zostało. Kiedy trzeba przypomina rozjuszonego byka, by za chwilę zmienić się w skruszonego brata, wreszcie – w wielkiego bohatera. Błędem jest porównywanie go do Roberta Downey Jr. z Iron Mana – wszak Thor to zupełnie inna postać, logika i aktorska ekspresja; jednak trzeba przyznać, że ze swej roli Chris wywiązał się świetnie, podobnie jak Tom Hiddleston. Jego Loki jest wszystkim tym, czym powinien być zdradziecki bóg – kłamcą i krętaczem, trawionym ambicją i gniewem, który nie waha się poświecić niczego dla swych planów. Bije od niego autentyczna przebiegłość i zło. Kto wie – być może jest to najlepiej skonstruowany (a na pewno zagrany) komiksowy czarny charakter w adaptacjach Marvela? Niewiele można powiedzieć o reszcie aktorów – ot, Anthony Hopkins w roli Odyna wypadł przekonująco ze swoim mentorskim tonem, Idris Elba w roli Heimdalla nieźle oddał odseparowanie strażnika od reszty bogów, zaś Natalie Portman wydała się zaskakująco mdła, choć winić za to należy chyba scenariusz – bo kiedy trzeba, Natalie potrafi pokazać się z dobrej strony, zwłaszcza gdy historia przedstawia jej bohaterkę w sytuacjach komicznych.
Zbierając to wszystko do kupy: filmowy Thor nie uderza z siłą Mjöllnira i z pewnością nie jest najlepszą adaptacja komiksu; do Iron Mana nadal brakuje mu dużo, nie wspominając już o filmach z Batmanem, jednak zdecydowanie wyrasta ponad poziom filmowych śmieci w rodzaju Fantastycznej 4 czy Hulka w reżyserii Anga Lee. Film Branagha dostarcza sporo niezobowiązującej rozrywki na niezłym poziomie, mogąc usatysfakcjonować nie tylko komiksowych nerdów, ale także zwykłych kinomanów, bardziej niż ulubionym bohaterem, zainteresowanych aktorstwem, akcją i dobrze wykształconymi, męskimi klatami.
Piotr "Vivaldi" Sarota

Tytuł: Thor
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone
Język: angielski
Czas trwania: 93 minuty
Obsada:
Chris Hemsworth - Thor
Natalie Portman - Jane Foster
Anthony Hopkins - Odyn
Kat Dennings - Darcy
Tom Hiddleston - Loki
Jaimie Alexander - Sif
Idris Elba - Heimdall
Troy Brenna - Kale
Rene Russo - Frigga
Produkcja:
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz
Muzyka: Patrick Doyle
Zdjęcia: Haris Zambarloukos
Scenografia: Bo Welch
Kostiumy: Alexandra Byrne
Montaż: Paul Rubell
Produkcja: Kevin Feige, Craig Kyle

















































Odpowiedzi
A ja tam sądzę, że tak jak
A ja tam sądzę, że tak jak Iron Man, tak i Thor będzie mieć dwie części. Tam mamy budowę zbroi a potem skutki tegoż, tu mamy zdradę Lokiego i dorastanie Thora, a w przyszłości może efekty tegoż.
Zresztą filmy powoli układają się w cykl, scena po napisach z Iron Mana 2 jest wpleciona w Thora, w produkcji jest Kapitan Ameryka, Hulk za nami. Avengers prawie w komplecie.
Cóż, sądząc po scence po
Cóż, sądząc po scence po napisach końcowych Thora, efekty zdrady Lokiego będą już w Avengersach. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Na razie wstrzymano produkcję
Na razie wstrzymano produkcję Avengers niby przez kradzież fragmentu scenariusza.
Ja się nie orientuję w tym
Ja się nie orientuję w tym wszystkim, ale z tego co wnioskuję po obejrzeniu filmu - Loki wróci.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
No właśnie dowiedziałem się,
No właśnie dowiedziałem się, że scena była. Spróbuję gdzieś ją znaleźć. Pewno wkrótce na jutiubie się pojawi.