Top 10 książek wydanych w 2010 roku

Dobiega końca rok 2010. W innych okolicznościach musiałbym zacząć od tego, że był to rok niezwykły albo wyjątkowy, lecz rok 2010 był rokiem po prostu unikatowym, stanowiącym pewną cezurę – niespodziewaną i okrutną.

W te tematy jednak się nie zagłębiajmy, zejdźmy z poziomu wielkich emocji, których piętno z pewnością będziemy długo w sobie nosić, i skupmy się na tym, co najbardziej nas interesuje – czyli na fantastyce. Na rynku wydawniczym pojawiło się mnóstwo pozycji - nie dysponuję na chwilę obecną dokładnym zestawieniem, ale chyba mogę wysnuć założenie, że w 2010 roku miał miejsce prawdziwy wysyp literatury. Było z czego wybierać. Mnóstwo nowych nazwisk, mnóstwo powrotów, wielu autorów zagranicznych wreszcie doczekało się przekładów. Uznałem, że trzeba ten rok uporządkować i podsumować. Dlatego też sporządzam tę oto listę: Top 10. Właściwie to zwykłe „Top 10” nie wystarczy, ta lista powinna się nazywać inaczej, na przykład „Top 10 książek, z którymi powinniście byli się zapoznać, ale byliście zbyt zajęci czytaniem Pilipiuka”. O – to ci dopiero trafna nazwa! Tak, istotnie – na tej liście znajdują się książki dobre i bardzo dobre, lecz jednocześnie niemal całkowicie pominięte w dyskursie lub po prostu nie dość docenione. Nie – to nie jest zestawienie najlepszych książek roku 2010, a pozycja pierwsza nie jest najlepszą książką wydaną w tym roku. Przedstawiam Wam listę pozycji WARTYCH UWAGI, której otrzymały one zbyt mało. Można wprawdzie biadolić i ciągle w rozmowach stosować prosty argument: „o gustach się nie dyskutuje”, lecz ja go nie uznaję. Literatura, także fantastyczna (a w skutek zaniku klasycznej formy powieści w głównym nurcie, w sumie przede wszystkim ona), dzieli się na dobrą i złą, po prostu. To nie kwestia gustu, tylko raczej kwestia smaku, jak rzekłby Zbigniew Herbert. Rynek wydawniczy rządzi się u nas trochę innymi prawami niż ten zachodni, czy nawet wschodni; dyskurs internetowy jest w fantastyce właściwie jedynym, na jaki możemy liczyć, sami fantaści biadolą nad tym, jak to główny nurt ich nie kocha i nie docenia, a najlepsze historie fantastyczne tak naprawdę ostatnio oglądamy raczej w kinie albo na ekranach komputerów czy konsol. Dlatego potrzebna jest taka właśnie lista Top 10. Tu nie ma rozróżnienia na podgatunki ani reguł: „tyle tego, tyle tamtego”, lecz proste zestawienie. Mam szczerą nadzieję, że sięgniecie przynajmniej po jedną książkę z wymienionych niżej. A jeśli już sięgnęliście – to w takim razie powinniście (ba - musicie!) ją polecić komuś, kto tego jeszcze nie zrobił.

Cieszmy więc się naszą listą „Top 10”. Zapraszam do czytania i życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku.

Numer 10: Róża Jakobsze, „Rhezus. Tułaczka śladami konania”

Nawet wrodzona zawiść nie pozwala mi skrytykować tego książkowego debiutu na naszym rynku. Jakobsze dokonała czegoś, co naszym autorom fantasy nie udaje się od bardzo dawna – napisała po prostu dobrą powieść. Tu nie ma wygibasów językowych, eksperymentów stylu czy bicia głupich pokłonów przed autorytetami (czym cechuje się na przykład żałosny cykl o Czarokrążcy sprzed kilku lat). Zamiast tego otrzymaliśmy po prostu sprawnie napisaną książkę, którą czyta się szybko i to bez zgrzytania zębami.

Młodzi autorzy cierpią w Polsce na jedną zasadniczą chorobę – całkowity brak warsztatu. Rozumiem, że ganianie na konwenty za wydawcami (czy można dziś wydać książkę, nie ganiając na nie?) uniemożliwia poświęcenie tego czasu na ćwiczenie stylu. Stąd mamy masę ciekawych pomysłów podanych w bardzo marny sposób, a redakcja w takich przypadkach jakoś śpi. Tymczasem Jakobsze ma po prostu warsztat – widać tu albo wrodzony talent, albo mozolne ćwiczenie stylu przez lata. Jakobsze jest w stanie napisać poprawne zdanie wielokrotnie złożone i poprowadzić narrację bez topornej, łopatologicznej maniery ucznia szkoły podstawowej. Alleluja.

Numer 9: Rafał Dębski, „Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu”

Cytuję: „W dzisiejszych czasach nikt już nie napisze wielkiej, tęsknej powieści science fiction, bo nikt tego nie będzie chciał czytać.” Koniec cytatu. Tymczasem autor tych słów, Rafał Dębski, napisał właśnie taką powieść. Czy to tylko kosmiczny kryminał? Dość pobieżna i prostacka interpretacja, zważywszy, że Dębski, przenosząc zbrodnie w obszar kosmosu, przeniósł także pojęcie zła w bardziej transcendentny wymiar. Nie chcę zdradzać zawiłości fabuły, powiem więc tylko, że to nie jest prosty kryminał na stacji kosmicznej. To traktat o wiecznej naturze tkwiącego w nas zła.

Numer 8: Miroslav Žamboch, „Koniasz. Wilk samotnik”

Że „Na ostrzu noża” była wybitną powieścią – to jest fakt. Że „Mroczny zbawiciel” był strasznym szajsem – także. Że „Łowcy” zżynali z opowiadania „Scherzo z Tyranozaurem” niemal na granicy plagiatu – to również prawda. Mimo to Žamboch jest jednym z najlepszych wydawanych u nas czeskich pisarzy, jeśli nawet nie najlepszym. To artysta w czystym, predziewiętnastowiecznym znaczeniu tego słowa. Facet od rozrywki, pod płaszczem której przekazuje tezy mądre i ważne. Choć trzyma bardzo nierówny poziom („Agenta JFK” chwilami czytać się nie da) powrót do uniwersum Koniasza oznacza dla czytelników dobre czasy. To nie jest oryginalny świat, ale taki nie miał być. Tutaj kluczowe są postacie – krwiste i żywe. Opowieść o Koniaszu została rozpisana jak dotąd na sześć książek, a z każdą dochodzi nowa cegiełka do konstrukcji jego rysu. To postać po stokroć ciekawsza niż Conan (choć kto twierdzi, że Conan to jedynie tępy osiłek, chyba nigdy nic o Cymeryjczyku nie czytał), osadzona w o wiele barwniejszym świecie, a głębią dawno przebiła już Geralta - przykro mi, fani Sapkowskiego. Oba tomy „Wilka samotnika” po prostu trzeba mieć. A potem je przeczytać. Dwa razy.

Numer 7: Ian Cameron Esslemont, „Powrót Karmazynowej Gwardii”

Ci, którzy nie mieli jeszcze do czynienia ze światem Imperium Malazańskiego… no cóż – właściwie to powinni sięgnąć po „Ogrody Księżyca” Eriksona. Z „Powrotu…” nie od razu wszystko zrozumieją. Powieść wymaga czasu, skupienia i cierpliwości, lecz z czasem staje się nie tylko literacką ucztą, ale także niezwykłą przygodą. Zaś wszyscy, którzy jeszcze twierdzą, że postmodernistyczna żonglerka jest równie ciężka, jak stworzenie funkcjonującego świata od zera, raczej po lekturze zamilkną na wieki.

Numer 6: Feliks W. Kres, „Galeria dla dorosłych”

Myśli wybitnego pisarza zebrane w jeden chaotyczny tom. Bez jakiejkolwiek idei przewodniej, częściowo wybrakowane (dysponując większością jego artykułów, jeszcze z czasów "Feniksa", widzę tu wyraźne dziury), tworzą obraz człowieka, który chyba cały czas miota się w walce z samym sobą. Mamy tu niesłychane wolty światopoglądowe od czasu „Galerii złamanych piór” i dużo rozważań na temat odpowiedzialności rzemieślnika. Odpowiedzialności, której Kres, w finale, nie podołał. Warto chyba wiedzieć, gdy już zapoznamy się z jego literaturą, co Kres myślał o swoim fachu i jak się na wiele spraw zapatrywał. Kronika pewnej epoki. Czekam teraz jeszcze na zbiorczy tom wywiadów, najlepiej z komentarzem. Wydawcy, jest jakaś szansa?

Numer 5: Steven Erikson, „Pył snów”

Przedostatni tom "Malazańskiej Księgi Poległych" – największego i najwspanialszego (no, oprócz „Pieśni Lodu i Ognia”) cyklu fantasy, tworzonego współcześnie. Literatura pełną gębą. Erikson zmienia obszar zmagań – przenosimy się do dalekiej krainy, wcześniej mało zarysowanej. To na tym odległym lądzie zaczyna się ostatni rozdział cyklu. W odróżnieniu od „Myta Ogarów” te dwa tomy da się czytać bez dokładnej znajomości poprzednich części, lecz kto by chciał się skazywać na ich nieznajomość? Perła w koronie światowej fantasy, dowód na to, że Kres mylił się, wskazując na śmierć gatunku.

Choć z drugiej strony – skoro tylko dwa cykle wybijają się ponad przeciętność, może jednak miał trochę racji…?

Numer 4: Łukasz Orbitowski, „Nadchodzi”

Wydawnictwo Literackie nie wydaje byle kogo. Krakowska oficyna nadal jest synonimem najlepszej literatury – polskiej i w przekładach. Orbitowski jest jednym z dwóch (obok Dukaja) polskich fantastów wydawanych przez Literackie. Nie jest on już tylko autorem horrorów, lecz wielkim literatem, którego dopiero przyjdzie nam docenić. „Nadchodzi” jest zbiorem rozliczeniowym – z naszą historią, jej upiorami, z nami samymi. Bohaterami miota grzech, przeszłość, zdrada siebie, swoich ideałów, ojczyzny. Tytułowe „Nadchodzi” to wieczne widmo ciążące nad nami. Literatura, którą po prostu powinniśmy przeczytać. Dla samych siebie.

Numer 3: Tomasz Kołodziejczak, „Kolory sztandarów”

Był taki okres, gdy Polacy pisali naprawdę wyborną science fiction. Był taki okres, gdy się ją czytało. Kołodziejczak dzięki Fabryce Słów powrócił. Jego książka, napisana niemal dwadzieścia lat temu… nadal trzyma w napięciu. Ściska za gardło. Drodzy Czytelnicy – kiedyś Polacy pisali właśnie, o, takie historie – krwiste, ciekawe, żywe, pełne kulturowych odniesień, lecz nie prostackie, a głębokie i ważkie zarazem. Temu, kto Kołodziejczaka „odnalazł”, dałbym specjalnego Zajdla za zasługi. Patrząc na księgarskie półki, na których leżą „Kolory sztandarów” i inne książki, innych autorów, czuję zażenowanie. Jak długo tak wybitne dzieła mogły być zapomniane? Teraz tylko oczekuję (tak – będę nawoływał co felieton) wznowienia Żerdzińskiego. Drodzy wydawcy – taki zbiór, „Korporacja Wars’n’Guns”, Maciej Żerdziński, poszukajcie. Zaraz po tym, jak wznowicie drugi tom Kołodziejczakowego cyklu.

Numer 2: Alastair Reynolds, „Prefekt”

"Prefekt" przeszedł w Polsce bez echa. Samo Wydawnictwo MAG zbyt mocno go po premierze nie reklamowało. Właściwie to powieść ta powinna znaleźć się na drugim miejscu wraz z „Otchłanią Rozgrzeszenia”, więc załóżmy, że polecam obie te powieści mistrza science fiction z Walii. Po powrocie z Holandii (gdzie mieszkał jakiś czas) Alastair Reynolds kontynuuje tworzenie literatury na najwyższym poziomie, tworząc świat zwarty, logiczny i ewoluujący. Wszystko płynie, zmiany są wszechobecne, także kunszt Walijczyka zmienia się na lepsze z każdą powieścią.

Numer 1: Rafał A. Ziemkiewicz, „Walc stulecia”

Gdy recenzja powieści danego autora zaczyna się mniej więcej od słów: „Nienawidzę Ziemkiewicza, prawicowego oszołoma!” to możemy mieć pewność, że mamy do czynienia z czymś, co naprawdę warto przeczytać. To najlepsza rekomendacja dla książki, odkąd Głowackiego w listach nazywano gibonem. Ważne, by osoba autora wzbudzała kontrowersje, kontrowersja jest rzeczą jak najbardziej służącą dziełu.

"Walc stulecia" jest książką, którą nie tyle warto, co trzeba przeczytać. Z prostego powodu – my już żyjemy w świecie „Walca…”. To, co Ziemkiewicz opisał, toczy się wokół nas: kultura jest wynaturzona i pusta, społeczeństwo rozleniwione, mężczyźni zniewieściali. Mógłbym tak kopać i kopać, a i tak się nie przekopię przez tę powieść i jej głębię. Dziełu Ziemkiewicza winienem poświęcić osobne opracowanie, lecz tutaj stwierdzę tylko jedno – fakt, iż „Walc stulecia” po wznowieniu był przez krytykę fantastyczną trochę zlekceważony, ponownie ujawnia owej krytyki miałkość. „Walc stulecia” dla III RP jest tym, czym „Przedwiośnie” było dla II Rzeczpospolitej. A że autor nie wszystkim się podoba? A Żeromskiego to w jego czasach nosili na rękach?

Tak oto zamykam listę dziesięciu najbardziej wartych uwagi książek fantastycznych 2010 roku. Jestem pewien, że jeśli poświęcicie czas na ich lekturę, nie będziecie tego żałować. Ogólnie rzecz biorąc... warto czasami - zamiast czytać fantastykę - po prostu czytać literaturę. Zobaczymy wtedy, że fantastyka nie ma się czego wstydzić.

Arkady F. Saulski

Bibliografia:
Dębski Rafał, Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu, Lublin, Fabryka Słów 2010.
Erikson Steven, Pył snów: Wymarsz, przeł. Michał Jakuszewski, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2010.
Esslemont Ian Cameron, Powrót Karmazynowej Gwardii, przeł. Michał Jakuszewski, tom 1, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2009.
Esslemont Ian Cameron, Powrót Karmazynowej Gwardii, przeł. Michał Jakuszewski, tom 2, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2009.
Jakobsze Róża, Rhezus. Tułaczka śladami konania, Lublin, Fabryka Słów 2010.
Kołodziejczak Tomasz, Kolory sztandarów, wyd. 2, Lublin, Fabryka Słów 2010.
Kres Feliks W., Galeria dla dorosłych, Lublin, Fabryka Słów 2010.
Orbitowski Łukasz, Nadchodzi, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2010.
Reynolds Alastair, Prefekt, przeł. Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2010.
Ziemkiewicz Rafał A., Walc stulecia, wyd. 2, Lublin, Fabryka Słów 2010.
Žamboch Miroslav, Koniasz. Wilk samotnik, tom 1, Lublin, Fabryka Słów 2010.
Žamboch Miroslav, Koniasz. Wilk samotnik, tom 2, Lublin, Fabryka Słów 2010.

Komentarze

No Avatar
tess on czw., 02/13/2014 - 09:51

Cóż, absolutnie nie zgadzam się z doborem pozycji w tej topce. Stwierdzasz wyraźnie, że są to książki nienagłośnione... a ja tu widzę tytuły mocno promowane.

O "Walcu stulecia" głośno było nieziemsko, zresztą sam podpierasz się recenzjami - w wypadku przemilczanej książki nie byłoby chyba czym? Ta powieść na nawet własne hasło na Wikipedii. Dwie recenzje w "Rzeczpospolitej", jedna w "Polska The Times"... No i już sam fakt, że jest wznawiana, o czymś świadczy.

Podobnie z "Kolorami sztandarów", chyba jedno z głośniejszych wznowień tego roku. Notka "Powieść nagrodzona ZAJDLEM" na okładce to nic innego niż zabieg marketingowy. Jednym z patronów medialnych była fotka.pl - można o tym portalu powiedzieć wszystko... prócz tego, że ma mały zasięg.

Nie skupiając się już na rzeczach oczywistych (recenzje, patroni medialni), skupię się na rzadkich czy ciekawych zabiegach marketingowych. Ważnym elementem reklamy książki jest sama okładka, to jedna z bardziej podstawowych elementów marketingu książki. "Koniasz. Wilk samotnik" miał świetną okładkę, komentowaną nie tylko w Polsce, ale i w Czechach. Szukałam ostatnio tej książki w empikach, w kilku salonach - nakład się skończył. Jak można mówić, że jest cicho o książce, której nie można dostać... bo tak schodzi?

"Zoroaster..." - wydawnictwo przedstawiło kilka propozycji okładki, fani mieli wpływ na to, jak będzie wyglądała. Co to, jeśli nie zabieg promocyjny?

Róża Jakobsze (której twórczość ma wiele zalet, a moim skromnym zdaniem akurat warsztatu jej jeszcze pracuje - ale w drugim tomie widać, że zaczęła się wyrabiać, więc rokuje ogromnie)... Przychodzą mi go głowy tylko dwa bardziej nagłośnione debiuty ostatniego czasu. Marta Kisiel i Rafał W. Orkan. Ale oboje napisali mocniejsze książki, więc może to dlatego?

W ogóle niezrozumiałe dla mnie, że w topce przeważają książki Fabryki Słów, na co dzień krytykowanej za to, że jest właśnie fabryką, przedsiębiorstwem, które promuje słabe teksty... za to bez wątpienia jest w czołówce wydawnictw kładących nacisk na promocję.

W topce tekstów przemilczanych wolałabym poczytać o perełkach, które autor felietonu wygrzebał, odnalazł, choć dyskurs rzeczywiście je przemilczał. Znaleźć wśród tych książek coś dla siebie. A o co niektórych z tych pozycji nawet osobiście pisałam newsy...

PS. A co robi tu "Powrót Karmazynowej Gwardii", którego oba tomy wyszły w roku 2009, we wrześniu [sic!] i w grudniu... pojęcia nie mam.

No Avatar
tess on czw., 02/13/2014 - 09:52

Dzięki wielkie, doczytałem do Zoroaster, razem z opisem. Mamy inne kryteria dobrych powieści, koniec.

Obrazek użytkownika Lorelay
Lorelay on czw., 02/13/2014 - 09:52

Ja w zupełności zgadzam się z trzema fragmentami tego tekstu:

1. "Rynek wydawniczy rządzi się u nas trochę innymi prawami niż ten zachodni, czy nawet wschodni(...)"

2. "Był taki okres, gdy Polacy pisali naprawdę wyborną science fiction. Był taki okres, gdy się ją czytało. Kołodziejczak dzięki Fabryce Słów powrócił. Jego książka, napisana niemal dwadzieścia lat temu… nadal trzyma w napięciu. Ściska za gardło."

3. "Ogólnie rzecz biorąc... warto czasami - zamiast czytać fantastykę - po prostu czytać literaturę."

Pozostała część tekstu, nie poparta dowodami, wydaje mi się... niestety wyssana z palca.