Vatran Auraio (Marek S. Huberath)
Science-fiction jak chyba żaden inny gatunek literacki lub filmowy nadaje się do tego, by zawrzeć w nim szeroki wachlarz różnego rodzaju refleksji. Z jednej strony oferuje pisarzowi ogromne możliwości, jeśli chodzi o kreację świata i aspekt artystyczny, z drugiej – poddaje się daleko idącemu nasyceniu ideologicznemu. Dzięki temu może oscylować wokół tematów filozoficznych, rozważań socjologicznych, egzystencjalnych lub technologicznych, czy to lekko tylko zaznaczając je w tekście, czy też uwypuklając i doprowadzając do skrajności. Tym bardziej więc boli, że w obecnych czasach taka stylistyka stała się raczej pożywką dla niskiej jakości produktów w rodzaju Avatara czy innej space-opery. Jednak, jak pokazuje Marek S. Huberath przy pomocy swojej książki Vatran Auraio, używając tej konwencji można jeszcze przekazać coś ponad szybką akcję i rzewny melodramat.
Vatran Auraio jest w gruncie rzeczy zbiorem opowiadań obejmującym trzy teksty: tytułowy, będący w gruncie rzeczy minipowieścią, oraz publikowane wcześniej Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe i Maika Ivana. Akcja opowiadań toczy się w różnych miejscach i czasach, jednak dość czytelne aluzje i podsuwane tropy każą sytuować je w jednym uniwersum (może dość pompatycznie to brzmi, ale mniej więcej oddaje ideę). Przyznam szczerze, iż nie miałem wcześniej styczności z twórczością Huberatha i nie do końca byłem świadomy, z czym tak naprawdę się zetknę. Może właśnie dlatego pierwsze chwile spędzone z nowym zbiorem mógłbym określić krótko jako zgrozę, lament i zgrzytanie zębów. Pisarz zdaje się specjalnie nie ograniczać i nie poprzestaje na środkach, jakie zapewnia nasza rodzima mowa, dzięki czemu z ust bohaterów padają dziwacznie brzmiące pojedyncze słowa i całe zdania oparte na językach obcych (hiszpańskim i rosyjskim, ale głowy nie dam). Nagromadzenie wyrazów w rodzaju velkan nocejl, garadav, patnocljnik, en gaucho czy pachecos momentami jest naprawdę wysokie i mniej odpornego czytelnika może trzepnąć o ścianę i poprawić z laczka. Jest to jedna z niewielu wad tej książki. Z drugiej strony określenia te mogą również stanowić niezły odsiew dla „przypadkowych” konsumentów. Poza tym wystarczy podstawowa znajomość języka, aby większość terminów przestała stanowić problem, dość łatwo zresztą można odczytać ich znaczenie poprzez kontekst. No i trudno zaprzeczyć, że – choć kłopotliwy – taki sposób konstruowania wypowiedzi i opisów świetnie buduje klimat obcości, odmienności od tego, co znamy z naszej rzeczywistości.
A owej obcości jest całkiem sporo. Nieprzypadkowo powieść jest dedykowana Lemowi – duch autora Cyberiady unosi się nad całością dzieła i łatwo go wyczuć w sposobie budowania bohaterów czy konstrukcji poszczególnych społeczności. Nie jest to w żadnym wypadku przytyk do Huberatha, ani próba sugerowania jakiegokolwiek plagiatu czy epigoństwa. Podobieństwo wynika raczej z tożsamości tematów i kwestii, jakie podejmowali obaj pisarze.
Huberath prezentuje trzy światy, trzy społeczności wraz z ich mieszkańcami, rozrywkami i wierzeniami. Jedyne, co nie ulega zmianie, to odwieczne antagonizmy, jakie targają zbiorowością niezależnie od stopnia rozwoju technologicznego czy liczebności. Pisarz prezentuje więc tytułowego Auraio, który, obierany co kilka pokoleń, dbać ma o kurczącą się społeczność. Jednak w twardych warunkach, zmuszony do ciągłego powielania wiedzy zapisanej na nietrwałych kartach, bardziej niż anioła stróża przypomina jednookiego, obranego przez ślepców na króla. Jest przedstawiona sama społeczność, w której od długiego czasu trwa proces degeneracji fizycznej i moralnej, w paradoksalny sposób wpisany w strategię przeżycia. Podjęty jest problem szaleństwa i rozpadu tożsamości, niebezpiecznego o tyle, że dotyka on jednostkę predestynowaną do wzięcia odpowiedzialności za gromadę. Obecna jest kwestia nauki i postępu, który może okazać się zbawienny i pchnąć zbiorowość na nowe tory rozwoju, ale może również oznaczać niebezpieczeństwo jej dezintegracji, zwłaszcza w połączeniu z odrzuceniem tradycji, autorytetu i przerostem ambicji. Podobnie z religią: gdzie przebiega granica między wiarą a fanatyzmem, gdzie kończy się wolność i prawo do eksperymentowania, a zaczyna herezja? Czy dogmaty wiary usprawiedliwiają dokonywanie aktu barbarzyństwa, prawnie jednak usankcjonowanego, choć przez osoby świętoszkowate i pełne hipokryzji? Tematy można mnożyć: mamy refleksje nad problemem kontaktów z obcą kulturą, rozważania o autorytarnych rządach i zasadności ich stosowania w zamkniętej społeczności, o nadziei wiązanej z przybyciem „ludzi z gwiazd”… Pod tym względem książka Huberatha jest naprawdę gęsta i zawiera wiele ciekawych obserwacji, choć czasem może trochę zbyt powierzchownych.
Ale ich zaprezentowanie byłoby niemożliwe bez bohaterów, którzy stają się nośnikami owych idei. Trudno ich nazwać wyjątkowymi: nie mają w sobie nic z herosów, pozbawieni są cech nadludzkich. Posiadają swoje życie, marzenia i problemy, podejmują decyzję, mylą się i ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny. Może właśnie dlatego tak łatwo się z nimi utożsamić i z przejęciem obserwować ich działania, niezależnie od tego, czy dotyczy to postaci pierwszoplanowych w rodzaju Ajfrida lub Aberto, czy też epizodycznych i negatywnych, w rodzaju Willemo czy Urbaneca. Ich zmagania z rzeczywistością są niekiedy naprawdę poruszające i nie pozwalają oderwać się od książki. Zresztą z tą negatywnością też sprawa nie jest prosta, gdyż autor nie zawsze w sposób kategoryczny potępia zachowanie konkretnego człowieka, przez co opowieść staje się bardziej wieloznaczna i podatna na interpretacje.
Trzeba również zaznaczyć, że pisarz nie skupił się li tylko na przekazie ideologicznym, ale opakował go także w całkiem zgrabną formę. Styl Huberatha oscyluje między dużą dbałością o detal, zwłaszcza w rozbudowanych opisach przyrody, wyglądu postaci i przebiegu różnorakich obrzędów, a pewną powściągliwością, jeśli chodzi o przeżycia bohaterów. Nie jest to zresztą sztywna reguła: w tekście Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe dużą rolę odgrywa dialog, który staje się przekaźnikiem informacji na temat świata i mieszkańców, podczas gdy już w Vatran Auraio wiedza ta płynie ze wspominanych wyżej szczegółowych opisów. Niektóre wizje autora są naprawdę niezwykłe i interesujące, przemyślane pod względem konstrukcji i odmalowane z niezwykłą precyzją, plastycznie i ekspresyjnie. Czasem tylko zgrzytnie nieco infantylnie brzmiący fragment, który wydaje się niezbyt pasować do określonej sytuacji. Poza tym jednak akcja płynie do przodu swoim własnym, dość niespiesznym rytmem, który jednocześnie hipnotyzuje i nie pozwala odłożyć powieści na bok, pomimo braku intensywnej akcji i tryskającego na boki testosteronu.
Przesadą byłoby z mojej strony nazywać Vatran Auraio jedną z kandydatek do tytułu książki roku (wszak mamy dopiero styczeń), niewątpliwie jednak jest w tej powieści coś, co mnie oczarowało. Może to ogólny koncept, obcość bijąca od bohaterów, może dobry styl lub mnogość refleksji? Nie mam pojęcia. Przyznać jednak muszę, że po potoku czytadeł, które szybko się "połykało" i jeszcze szybciej zapominało, Vatran Auraio dało mi naprawdę dużo satysfakcji i radości. Powieść zdecydowanie nie dla każdego, ale jeśli ktoś lubi dobrą literaturę (niekoniecznie SF) i nie boi się neologizmów, z pewnością będzie zadowolony z lektury.
Piotr "Vivaldi" Sarota
dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu

Autor: Marek S. Huberath
Tytuł: Vatran Auraio
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2011
Stron: 503
ISBN: 978-83-08-04-569-5
















































