Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Widma minionych nocy (James P. Blaylock)

Przyznam szczerze – wielkim znawcą literackiej grozy nie jestem. Poza kilkoma sztandarowymi nazwiskami i tytułami, gatunek ten jest dla mnie obszarem, po którym miło się spaceruje, ale raczej po wcześniej wytyczonych ścieżkach. Być może dlatego mój system oceny w tej materii jest cokolwiek ograniczony i subiektywny – albo mi się coś podoba, albo nie. Zdarzają się jednak wyjątki – na przykład książka Widma minionych nocy Jamesa P. Blaylocka, którą pochłonąłem w jeden wieczór (a krótka nie była), choć sam do końca nie wiem, z jakiego powodu.

Gdyby bowiem rozłożyć Widma… na czynniki pierwsze, okazałoby się, iż powieść składa się z elementów niekoniecznie dla mnie pociągających, lokujących się poza moim obszarem zainteresowań. Weźmy taką fabułę: głównym bohaterem powieści jest Peter – człowiek w średnim wieku, rozwodnik – mieszkający w zapomnianym przez Boga zakątku Stanów, na terenach słabo jeszcze dotkniętych plagą rozwoju cywilizacyjnego. Mężczyzna ów jest w klinczu pomiędzy uczuciami do byłej żony, Amandy a nową miłością, Beth. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Amanda i jej syn, David, znikają – w domu leżą tylko rzeczy i pieniądze przygotowane go wycieczki na Hawaje. To odkrycie zapoczątkuje ciąg dziwnych i zatrważających wydarzeń, w których główne role odegrają: rodzinna historia sąsiada Petera, jego stare domostwo, kłopotliwy agent nieruchomości, uwikłany w lewe interesu pan Klein… i wiatr. Wiatr, od którego wszystko się zaczęło i na którym wszystko się skończy. Słowem – standard opowieści o duchach i zemście. Blaylock nie wymyśla w tym zakresie niczego nowego, trzymając się sprawdzonego wzorca, a spoglądając na rzecz z dystansu można stwierdzić, iż jest w tej materii wręcz odtwórczy. Już ten fakt powinien zepsuć mi lekturę – tymczasem było wręcz odwrotnie: mimo że akcja podążała za schematem co i rusz łapałem się na tym, że niecierpliwie przerzucam po kilkanaście kartek żeby zobaczyć, jak autor rozegrał tę czy inną sytuację.

Rzecz o tyle dziwniejsza, że Widma minionych nocy trudno nazwać horrorem. Blaylock dokonał sprawnej fuzji dwóch – wydawałoby się sprzecznych – gatunków: powieści obyczajowej i grozy, przy czym ta druga wcale nie jest w tym zestawie dominująca. Początkowe partie książki to w zasadzie czysta obyczajówka: rozterki Petera dotyczące rozstania z Amandą i związku z Beth, poczynania Pomeroya przy próbach wykupu domów, nie do końca legalne działania Kleina… Obserwujemy następujące po sobie obrazki zwyczajnego życia, przetykane problemami dnia powszedniego, począwszy od irytującego, byłego męża, kończąc na namolnym sprzedawcy i dziwnym wydarzeniu w przedszkolu. Z biegiem czasu gdzieś spod spodu zaczyna powoli wypełzać groza – z początku bardzo oszczędnie, niejako przypadkiem i niekoniecznie w sposób, w jaki czytelnik to sobie wyobrażał. Narracja rozbija się na dwa wątki: sensacyjno-obyczajowy i czystej grozy, które rozwijają się w miarę niezależnie od siebie, stykając się tylko od czasu do czasu, zanim nie splotą się w finale w dość zaskakujący sposób. Co zabawniejsze, początkowo to właśnie pierwszy wątek dostarcza większego napięcia: rozwija się prędzej i dosadniej – choć to być może kwestia tego, iż bardzo szybko zyskujemy kolejne kawałki układanki. Wątek drugi rozwija się wolniej, autor oszczędnie dawkuje wskazówki mogące prowadzić do rozwiązania zagadki, trzymając czytelnika i bohaterów w niepewności. Niestety – wraz ze wzrostem napięcia pojawiają się także nielogiczności. O ile Blaylockowi udaje się ich uniknąć przez większą część powieści, o tyle finał jest nimi naszpikowany: niewytłumaczalne zjawiska, które nie mają żadnego powodu, by się zdarzyć (np. rozwiązanie wątku Pomeroya) tudzież zostają ucięte, wypowiedziane jakby półgębkiem, by tylko zaistnieć i nie odegrać większej roli. Samo zaś zakończenie wydaje się dziwaczne i nielogiczne, zaskakująco cukierkowe na tle poprzednich kilkunastu rozdziałów i po prostu rozczarowujące. Jednak trzeba oddać honor autorowi – udało mu się dość skutecznie trzymać mnie w napięciu niemal do samego końca, każąc mi zagłębiać się w narastający stan przerażenia bohaterów. Widma… są w zasadzie swoistym stadium lęków – niemal każdy bohater czegoś się boi, od czegoś ucieka, starając się odsunąć fakt od siebie, zamiast się z nim skonfrontować.

Zresztą, bohaterom też trzeba poświęcić nieco miejsca. W przeciwieństwie do wielu powieści, u Blaylocka postaciom daleko do doskonałości. Prawie wszyscy – począwszy od Petera, poprzez Beth, Kleina, aż po Ackroyda – noszą w sobie lęk i słabość, której się poddają. Targają nimi wątpliwości, ich drogi znaczą kolejne pomyłki i błędy, które następnie próbują z całych sił naprawić, popełniając kolejne złe wybory. Miotają się w niepewności, obawiając się uczynienia następnego kroku, bojąc się konsekwencji. Na dodatek wszyscy mają coś, czego żałują i co ich prześladuje. Z tego względu tytułowe widma mogą odnosić się nie tylko do warstwy paranormalnej, ale i do doświadczeń bohaterów, z których nie zawsze są dumni i zadowoleni. Jak na ironię jedyną postacią, która jest prawie całkowicie pozbawiona wątpliwości, twardo osadzona na ziemi i nie przejmuje się konsekwencjami swoich czynów, jest psychopata, swoim zachowaniem łamiący wszelkie normy społeczne. Z pozoru może to być problemem – wszak nie każdy potrafi sympatyzować z rozwodnikiem niemogącym się zdecydować, którą kobietę kocha – ale koniec końców czytelnik szybko zaczyna przejmować się bohaterami i tym, co się z nimi dzieje, nawet jeśli jest to nieco nielogiczne.

Co do języka, jakim operuje autor – nie jest specjalnie skomplikowany czy niezrozumiały, choć konstrukcje niektórych zdań przydałoby się uprościć. Dobrze wypadają dialogi – są sprawnie napisane, żywe, zaś postacie mówią w charakterystyczny dla siebie sposób (choć na mój gust kilkuletnie dzieciaki wydają się zbyt biegłe w budowaniu swoich wypowiedzi). Nieco gorzej jest z opisami: niekiedy są przeładowane szczegółami (dotyczy to zwłaszcza opisów przyrody), innym zaś razem są powierzchowne i brakuje im detalu. Osobiście irytowało mnie również naszpikowanie tekstu nazwami własnymi, zwłaszcza na początku – nie mówiły mi one absolutnie nic, a tylko zaciemniały obraz, jaki sobie wytworzyłem w głowie.

Gdybym miał powiedzieć, czemu Widma minionych nocy tak dobrze mi się czytało, odpowiedziałbym zgodnie z prawdą – nie mam pojęcia. Książka składa się z elementów, które powinny mnie zdecydowanie odrzucić – bohaterowie są słabi i pełni wątpliwości, sporo tutaj elementów powieści obyczajowej, momentów, gdzie prawie nic się nie dzieje, groza pojawia się powoli i dopiero w drugiej części nabiera rumieńców, zakończenie jest mało sycące – a mimo to czytało mi się powieść Blaylocka bardzo dobrze. Co prawda do mojego osobistego rankingu najlepszych powieści tego roku raczej się nie załapie, ale w żaden sposób nie żałuję czasu spędzonego z tą lekturą. Warto się zapoznać, choć fani czystego horroru mogą poczuć się mocno rozczarowani małą liczbą atrakcji. Ale to już ich problem...

Piotr "Vivaldi" Sarota

Za udostępnienie egzemplarza egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka.



Tytuł:Widma minionych nocy
Autor: James P. Blaylock
Tytuł oryginału: Night Relics
Język oryginału: angielski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Jarosław Cieśla
Data wydania: 2011
ISBN: 978-83-7648-645-1
Ilość stron: 488

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi