Wilkozacy. Wilcze prawo (Rafał Dębski)
Nie ulega wątpliwości, że Dzikie Pola to miejsce w pewien sposób magiczne. Chyba trudno znaleźć w naszej historii krainę, która działa z taką dwuznacznością na czytelników czy widzów filmowych. Z jednej strony przelano na nich morze krwi, a poziom okrucieństwa walczących w licznych ruchawkach momentami przekraczał stan krytyczny, z drugiej zaś, któż nie poczuje pewnego rozrzewnienia, patrząc na samotnego, dumnego Kozaka, podróżującego razem z wiatrem poprzez bezkresny step, szukając szczęścia, sławy bądź śmierci. Nie dziwi więc, iż wielu autorów właśnie w tym miejscu lokuje akcję swoich powieści, czego przykładem jest Rafał Dębski i jego książka Wilkozacy. Wilcze prawo.
Choć akcja opowieści dzieje się w czasach powstania Chmielnickiego, próżno szukać tutaj choćby niewielkiej potyczki między Kozakami a wojskami Korony. Siły Rzeczpospolitej wiszą raczej nad mołojcami jak cień, wspominany z pogardą, strachem lub nienawiścią, lecz na dobrą sprawę nieobecny. Zamiast tego fabuła skupia się na konfliktach wewnętrznych, targających powstaniem Chmiela. Widzimy samowolkę chorążego Serhija, wyruszającego by pomścić rodzinę; samego hetmana, lawirującego między Lachami, Moskwą i Tatarami, za wszelką cenę starającego się osiągnąć zamierzone cele. Mamy zakonspirowanych przeciwników Chmielnickiego, którzy nie mogą patrzeć, jak ten prosty Kozak daje się ponieść ambicjom i pcha się w ramiona Moskali. Są wreszcie i Wilkozacy: przemieńcy rządzący się swoim twardym kodeksem, boleśnie kąsający każdego, kto zagraża siczy i bezwzględnie egzekwujący postanowienia Prawa.
Takie rozwiązanie – rozpisanie historii na kilka głosów, osobnych wątków – jest ogromną zaletą, ale w moim odczuciu także największą wadą książki. Nie ulega wątpliwości, że fabuła zyskuje dzięki temu duży rozmach i głębię. Trudno chyba wyobrazić sobie gorszą sytuację niż ta, gdy autor osadza opowieść w ciekawych i szalenie inspirujących ramach historycznych, po czym spycha je na dalszy plan i całkowicie odcina od nich bohaterów. Dębski tego błędu nie popełnia: przedstawiając całość z różnych punktów widzenia, jednocześnie stara się choć w zarysie (w końcu nie jest to książka historyczna) przedstawić przyczyny całej tej kozackiej rejzy, racje stojące za każdą ze stron i przyczyny, dla których ich losy przebiegły akurat w ten sposób. Przy okazji autor unika także prostego wartościowania, które w naszym kraju każe postrzegać kozacki żywioł przez pryzmat dzikiego „potwora”, który przetacza się po kresach, paląc i zabijając, przynajmniej do czasu, aż polski szlachciura nie nauczy go rezonu. Kozacy u Dębskiego to ludzie prości i niekiedy okrutni, ale także dumni, znający swoją wartość i miłujący wolność ponad wszystko.
Czemu więc uważam ten wielogłos za wadę? W moim odczuciu Dębski zbyt często skacze między bohaterami: oddaje na chwilę głos Serhijowi, by za moment przeskoczyć do Wilkozaków i Chmielnickiego. Owszem, można zauważyć w tym próbę zdynamizowania akcji, jej skondensowania i udramatyzowania, co też się udaje, tyle tylko, że takie rozwiązanie powoduje również to, iż trudno wczuć się w bohaterów. Nie można oczywiście zarzucić im bylejakości czy pośledniości, brakuje jednak czasu, by przyzwyczaić się do nich, zawiązać więź emocjonalną, bo akcja gna na złamanie karku. Tempo nie pozwala na zbytnie zagłębianie się w dygresje czy wspominki bez narażania się na zaburzenie rytmu akcji. W wyniku tego zaprezentowane wydarzenia nie rezonują tak mocno jakby mogły, gdyby jednak nieco zwolnić i pozwolić bohaterom bardziej się „wygrać”.
Boli to zwłaszcza w odniesieniu do tytułowych Wilkozaków, przemieńców potrafiących Okołopełni przybrać postać wilków. Dębskiemu udało się stworzyć postacie nieludzkie, a zarazem niesamowicie intrygujące. Wilcy przemierzali stepy, zanim jeszcze dotarli tam pierwsi uciekinierzy z ziem polskich, prowadząc walki między siczami zgodnie z literą Prawa. Nie znają litości ani strachu, obca jest im ludzka chciwość i skłonność do podstępów. Nie uznają żadnej władzy: ani Lachów, ani Moskali, ani innych Kozaków, zaś nadrzędnym celem jest dobro siczy. Szkoda więc, że tak niewiele w gruncie rzeczy miejsca poświęcono opisowi tej społeczności, konfliktom wewnętrznym i poszczególnym postaciom, z Hrehorym i Michejem na czele.
Większych zastrzeżeń nie mam natomiast do warstwy opisowej Wilkozaków. Okres powstania Chmielnickiego już sam w sobie jest tematem barwnym i ciekawym, a nakreślony piórem Dębskiego zyskuje dodatkowo na wartości. Język jest żywy i przystępny, cieszy także dbałość o szczegóły, takie jak na przykład odmienny sposób mówienia, w zależności od tego, czy wypowiada się stara znachorka czy młody basior. Bardzo dobrze wypada także wplatanie w akcję powieści określeń, nazw i pieśni zaczerpniętych z języka i tradycji ukraińskiej. Uznanie należy się autorowi za umiejętność budowania napięcia i odmalowywania za pomocą słów całej palety odczuć: od przerażenia i nienawiści, po współczucie i dumę. Przykładem może być choćby początkowa scena masakry dokonanej przez Wilkozaków, bardzo plastyczna i dynamiczna, na „dzień dobry” uderzająca w czytelnika sporym ładunkiem emocjonalnym. Równie wysoki poziom opisów udaje się utrzymać przez całą powieść, także w dialogach, które – choć momentami wydają się nieco naiwne – ogólnie napisane są sprawnie i czyta się je z przyjemnością.
Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to kilkukrotne powtarzanie czegoś w rodzaju „rachunku sumienia”, dokonywanego przez Kozaków w obliczu wielkiego okrucieństwa Wilków bądź Moskali. Być może miało im nadać ludzką twarz, uczłowieczyć nieco ich czyny, ale wydaje mi się to nieco sztuczne, zwłaszcza gdy pada w tekście kilkukrotnie.
Powieść Wilkozacy. Wilcze prawo przypomina mi nieco swawolną ruchawkę: momentami jest chaotyczna i nie bardzo można orzec, kto jest dobry, a kto zły i kto na dobrą sprawę wygrywa. A jednocześnie wejście w nią owocuje całkowitym zatraceniem w zawierusze, zalewem emocji i zadowoleniem z faktu uczestniczenia w niej. A na koniec także pewnym niedosytem, że wszystko już się skończyło, choć przecież można było jeszcze szaleć…
Liczę na to, że Dębski jeszcze kiedyś powróci do wilkozackiej siczy i przedstawi jej dalszą historię. W końcu nie wszystkie wątki zostały zakończone i tak wiele pozostało do opowiedzenia…
Piotr "Vivaldi" Sarota
dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów.

autor: Rafał Dębski
tytuł: Wilkozacy. Wilcze prawo
wydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania: 2010
miejsce wydania: Lublin
oprawa: miękka
format: 125x195 mm
stron: 352
ISBN-13: 978-83-7574-279-4
wydanie: I
cena z okładki: 34,90 zł


















































Odpowiedzi
Brzmi interesująco. Jeżeli
Brzmi interesująco. Jeżeli zupełnym przypadkiem będę mieć za dużo pieniążka... :D
Zgadzam się, interesująco...
Zgadzam się, interesująco... :)
A ja czytałam już opowiadanie
A ja czytałam już opowiadanie w tych realiach kiedyś w NF albo SFFiH. Bardzo mi się podobało. Książkę kupię na pewno.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Po spojrzeniu Sienkiewicza na
Po spojrzeniu Sienkiewicza na Kozaków i Chmielnickiego jak na bandę, która gwałci, wojuje ogniem i mieczem i zostawia po sobie tylko zniszczenie, obraz Dębskiego zdaje się ukazywać inne oblicze Kozaków. Zapowiada się więc bardzo interesująco.:)
Spojrzenie Sienkiewicza było podbudowane relacjami historycznymi
a Rafał Dębski tworzy fabularną fantasmagorię. Ot i cała różnica. Nie ma co porównywać tych dwóch.
Co nie zmienia faktu, że
Co nie zmienia faktu, że wydźwięk powieści Sienkiewicza jest antyukraiński...
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Jest właściwie anty-wszystkiemu-co-nie-polskie
I o to chodziło. W końcu to powieść, napisana "ku pokrzepieniu serc" w bardzo trudnych dla Polski czasach. Nie możesz jednak oskarżać Sienkiewicza o fałszowanie historii. Uczciwie opisał, że nie tylko Kozacy byli wtedy diabłami wcielonymi, ale i Polakom, nawet bohaterom pozytywnym, nic nie brakowało i dziś byliby uznani za psychopatów co do jednego.
Jak to nie można oskarżać
Jak to nie można oskarżać Sienkiewicza o fałszowanie historii, skoro właśnie to robił? Pisał "ku pokrzepieniu serc", więc nie obchodziła go prawda historyczna i dowolnie naginał ją do potrzeb fabuły i przesłania.
Gdyby było tak, jak piszesz, opisywałby postacie nieskazitelne
a tak nie było. Jak na pisarza fabularnego pisał dość uczciwie. Pod tym względem znacznie gorzej prezentuje się "Quo vadis" niż "Trylogia".
Dość uczciwie, jednakże
Dość uczciwie, jednakże charaktery niektórych postaci mocno przeinaczył - np. Jaremy Wiśniowieckiego :P
Fakt, trochę go złagodził
Choć jeśli chodzi o rzeczywiste czyny owego wesołka - to opisał, jak należy, że Kozacy siwieli na sam ddźwięk jego imienia, i to mieli dobry powód.
TROCHĘ? :D Z tego, co
TROCHĘ? :D Z tego, co pamiętam z historii oraz lektury Trylogii, to zmiany były szalone :P
Btw. - odpowiadałam z tego na egzaminie z pozytywizmu xD
Ja z tego pisałam maturę :)
Niech będzie, że szalone. Kłócić się nie będę, szczególnie o takie gościa. Jednak wybielanie Kozaków to przegięcie w drugą mańkę.
Evivo, ale ja o chlebie, Ty o
Evivo, ale ja o chlebie, Ty o niebie... ;) Ja piszę o zafałszowaniu historii, Ty o wybieleniu postaci. Przecież fałszowanie to zmiana, niekoniecznie wybielenie.
Jedno i drugie fałszerstwo
Każda półprawda to całkowite kłamstwo. A co wyczyniali Kozacy, wiadomo z przekazów historycznych, Sienkiewicz mało co dodał, moze nawet nic. Jarema to juz inna bajka, bo tu faktycznie troche przegiął.