Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Wojna runów (Marcin Mortka)

O tym, że naziści przed II wojną światową i w czasie jej trwania, prócz masowej eksterminacji, prowadzili także studia nad mocami tajemnymi, wie zapewne wielu. Okultyzm, satanizm, święty Graal, wierzenia ludów północy – tuż za plecami żołnierzy Wermachtu prowadzono mniej lub bardziej groteskowe próby odnalezienia magicznej Wunderwaffe, w czym celowali najczęściej nawiedzeni naukowcy i członkowie SS. Potencjał takich historii dostrzegł choćby Spielberg, kręcąc film Indiana Jones i ostatnia krucjata. Podobnym tropem poszedł również Marcin Mortka, ale zabrał się do rzeczy ze zdecydowanie większym rozmachem.

Jakkolwiek ze wspomnianymi filmami o przygodach dzielnego archeologa Wojna runów dzieli wątek poszukiwania pradawnej mocy, grubą przesadą byłoby rzec, iż autor próbuje „podeprzeć się” sławą produkcji Spielberga. Przede wszystkim akcja powieści dzieje się nie w neutralnym okresie początku lat trzydziestych, ale w ich drugiej połowie, począwszy od roku 1936 (wydarzenia wspominane są w pamiętniku), kiedy to cała intryga ma swój prolog, poprzez inwazję na Polskę, aż do wiosny 1940 i walk o Narwik. Wtedy też rozegra się tytułowa wojna runów: pomiędzy opętanym pragnieniem władzy, nazistowskim profesorem Tritzem a związanym z brytyjskim wywiadem sir Harringtonem, wojna, w którą, za sprawą przeznaczenia, wciągnięty zostanie członek załogi ORP „Grom”, porucznik Śnieżewski. Obdarzony niezwykłym i mrocznym darem, odegra kluczową rolę w toczonej za plecami generałów wojnie o potęgę Króla Gór. Konflikcie, w którym nie można wskazać sojuszników ani wrogów a śmierć czai się na każdym kroku.

Marcin Mortka z niezwykłą precyzją splata historię krwawej, wojennej kampanii ze światem nordyckich mitów i legend. Postacie autentyczne mieszają się z całkowicie fikcyjnymi, a faktyczne wydarzenia zyskują nowy, fantastyczny scenariusz. Autor swobodnie wplata wątki irracjonalne w tkankę historyczną, ustrzegając się jednocześnie grzechu nadmiernego efekciarstwa. Dar Śnieżewskiego, oddział Tritza czy nawet runiczne „dopalacze”, jakich używa Harrington – wszystko to jest brutalną ingerencją w nurt historii, lecz ingerencją w zaskakujący sposób harmonizującą z dziejami walk zbrojnych. Mortka bardzo umiejętnie dozuje fantastykę spod znaku wikińskiego młota w taki sposób, iż czytelnik nie ma wrażenia, że ktoś chce z niego zrobić durnia. Więcej: jest w stanie uwierzyć, że major Gubbins rzeczywiście „przeszmuglował” do Anglii hrabiego Załuskiego, że Harrington zmusił dowódcę statku do zatopienia niewygodnego sojusznika, a w siedzibie SS Himmler trzymał bandę wilkołaków. Na zakończenie książki autor wyznaje wszystkie swoje historyczne „grzechy”, opisując, co i w jaki sposób zmienił, można więc przekonać się, jak mała nieścisłość w faktografii może przynieść wielkie profity dla powieści.

Dużo uwagi autor poświęca odpowiedniemu dawkowaniu napięcia. Z początku fabuła brnie powoli, skupiając się na przedstawianiu bohaterów i zarysie ich historii. Z czasem czytelnik zyskuje pełniejszy obraz intrygi, docierają do niego kolejne tropy i informacje, z których wyłania się obraz tajemniczego pojedynku, skrytego przed oczami profanów. Akcja nabiera tempa, a kolejne potyczki następują kolejno po sobie, z coraz większą częstotliwością i brutalnością. Po koniec książki robi się wręcz gęsto od zaskoczeń i zasadzek, a mimo to czytelnik nie dostaje zadyszki. Mortka stara się nie mówić wszystkiego od razu, operuje niedomówieniami, urywa akcję w kulminacyjnym momencie, by przedstawić ją później, z innego punktu widzenia, niekiedy jakby mimochodem. Z początku częste przeskoki między Harringtonem, Śnieżewskim, a w późniejszym okresie także Tritzem, były dla mnie dość denerwujące, jednak, z perspektywy całości książki, dochodzę do wniosku, że to się doskonale sprawdza, nadając historii nieco „filmowego” rozmachu.

Równie dobrze wychodzi autorowi opisywanie świata, niezależnie od tego, czy na tapetę bierze krajobrazy i dziką naturę, chaos bitewny w czasie ostrzału czy też konkretne procedury i obowiązki załogi niszczyciela. Wszystko to jest niezwykle plastyczne, pełne, niekiedy dość dosadne, w innym zaś miejscu – stonowane lub nawet magiczne. Nieco mniej podobały mi się postacie bohaterów pierwszoplanowych. Dobrze wypadają Tritz i Harrington, z ich konfliktem, którego kulisy odsłonięte zostają w dalszej części powieści. Obydwaj są niezwykle potężni i przebiegli, a za ich plecami stoją siły wielkich mocarstw, które bez skrupułów wykorzystują do prowadzenia osobistej wojny. Momentami są nieco karykaturalni (zwłaszcza Tritz) ale - koniec końców - dają radę. Gorzej wygląda sprawa ze Śnieżewskim: wydał mi się nieco bezbarwny, pozbawiony ikry, a ze swoim darem - wręcz schematyczny. Przeklęty żołnierz, który musi w sobie odkryć bohatera. Dopiero z czasem nabrałem do niego respektu, choć i tak uważam, że znacznie ustępuje pozostałej dwójce. Podobały mi się natomiast postacie drugoplanowe, zarówno te autentyczne, jak i zmyślone: nie podlegały zwykłym schematom i podziałowi „dobry – zły”, nie były tylko tłem, ale ważnym elementem historii (nawet jeśli ich występ, jak np. hrabiego Załuskiego, był niemal symboliczny).

Reasumując: Wojna runów to solidny kawał literackiego mięsiwa, którego farsz składa się z opowieści wojennej, historycznej i fantastycznej, zmieszanych w idealnych proporcjach, doprawionych dodatkowo umiejętnym budowaniem napięcia i ciekawą fabułą. Książka godna polecenia, nie tylko fantastom i fanom mitologii nordyckiej.

Piotr "Vivaldi" Sarota

 

Autor: Marcin Mortka
Tytuł: Wojna runów
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza RUNA
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 412
Format: 125x185 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89595-13-3
Cena z okładki: 28,50 zł

Odpowiedzi

portret użytkownika Lorelay

Książkę czytałam i w całej

Książkę czytałam i w całej rozciągłości zgadzam się z Vivaldim.

Co do recenzji - dla mnie bomba. Nie wiem czy nie Twoja najlepsza książkowa jak do tej pory. Bardzo ładnie! Gratuluję!

"Z początku częste przeskoki między Harringtonem, Świeżawskim, a w późniejszym okresie także Tritzem, były dla mnie dość denerwujące, jednak, z perspektywy całości książki, dochodzę do wniosku, że to się doskonale sprawdza, nadając historii nieco „filmowego” rozmachu."

A on się przypadkiem nie nazywał Śnieżewski?

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika Vivaldi

Nazywał. I zastanawiam się,

Nazywał. I zastanawiam się, jakim to wyszło ;p

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi