Wolni Ciut Ludzie (Terry Pratchett)
Czarownice nie wyrastają na kredzie. Dobra czarownica, aby wyrosnąć, potrzebuje solidnej i twardej skały, a przecież kreda jest tylko odrobinę twardsza od gliny. Tymczasem jednak w krainie zwanej Kreda (zaskoczeni?) wyrosła czarownica, a jest nią dziewięcioletnia, pod każdym względem nietypowa, Tiffany Obolała.
Tiffany wiedzie spokojny żywot na Kredzie wraz ze swoją liczną rodziną, która zajmuje się praktycznie wszystkim, co związane jest z pasterstwem. Ona sama, mimo młodego wieku, ma wiele obowiązków – robi masło, sery (i to całkiem niezłe), opiekuje się młodszym bratem i ma na głowie także inne pomniejsze zajęcia. Jest ich całkiem sporo, jak na dziewięciolatkę, jednakże w rodzinie gospodarskiej, zwłaszcza wielodzietnej, to rzecz naturalna – beztroskie dzieciństwo trwa krótko, bo pracy jest mnóstwo, a rąk do pomocy nigdy nie zbywa. Wszystko toczy się normalnym trybem – wypasanie owiec, ich strzyżenie, odbieranie jagniąt, produkcja serów, masła i tak dalej – aż do momentu, kiedy nad rzeką Tiffany spotyka... potwora rodem z baśni. Podejrzewam, że normalna dziewczynka uciekłaby z krzykiem (podejrzewam nawet, że sama uciekłabym z krzykiem), gdyby znienacka ze spokojnej, leniwej rzeczki wyskoczyła jakaś zielona stwora z zamiarami niekoniecznie pokojowymi. Jednakże, jak już wspominałam, Tiffany nie jest do końca zwyczajną dziewczynką. Zastawia na potwora pułapkę, jako przynęty używając (!) własnego brata, a następnie z rozmachem wali stworę patelnią prosto w facjatę. Przynosi to całkiem niezłe rezultaty – stworzenie pogrąża się z powrotem w wodnej toni (każdy, kto właśnie dostał patelnią po gębie, zazwyczaj chętnie pogrąża się w czymkolwiek), ale Tiffany to nie wystarcza. Ostatecznie, nie codziennie spotyka się w rzece monstra. Dziewczynka postanawia za wszelką cenę dowiedzieć się, co tak naprawdę jest grane, tym bardziej, że – jak się później okaże – jej brat zostanie porwany. Pomocą w tym zadaniu służyć będzie patelnia, książka jej babci Choroby owiec, oraz wojownicze Nac Mac Feegle, znane też jako piktale (sami mówią o sobie: Wolni Ciut Ludzie).
Zapewne w tym momencie powinna zapalić się mała lampka w umyśle czytających powyższą recenzję, typu: „O, proszę, Harry Potter w spódnicy”. Odpowiadam następująco: „A guzik, panie tego!”. Może i bohaterką jest dziewięcioletnia prawie-że-wiedźma, może i ląduje w Krainie Baśni i walczy z jej królową, a za pomocników ma postaci z baśni, ale... No właśnie, „ale”. Ma ono swoje centrum przede wszystkim w głównej bohaterce. Dużo można sobie wyobrażać na temat tego, jak powinien się zachowywać bohater dziecięcy w powieści, której akcja, bądź co bądź, dzieje się w świecie, w którym żyją czarownice, magowie i postaci baśniowe. Jednakże nie sądzę, by zbyt wiele z tych wyobrażeń było trafnych, jeżeli chodzi o postać Tiffany, dziewczynki kierującej się logiką, dojrzałej, która nie płacze, nie wrzeszczy na widok myszy, nie biadoli „Oj, co to będzie, co to będzie?”, i która stara się ze wszystkich sił nie dopuszczać do siebie strachu – bo to w niczym nie pomoże. Wynika to, w pewnej mierze, z wrodzonych zdolności panny Obolałej – możliwości posługiwania się Drugimi i Trzecimi Myślami. Ale nie tylko. Tiffany zwraca uwagę na to, co umyka starszym od niej, przejmuje się rzeczami, które nie obchodzą ludzi, wśród których żyje, i – co bardzo ważne – używa mózgu (w przeciwieństwie do jej pobratymców...). Sam świat też nie jest wyidealizowany. Nie przesadza i w drugą stronę. Mam na myśli, że życie wśród hal ani nie jest czystą sielanką, ani też krainy Kredy nie uciska żaden straszliwy mag/władca-tyran/czy inne monstrum. Nie. Pisarz swobodnie opisuje życie pasterskie, napomyka, że Tiffany nie tylko zajmuje się serem i masłem, ale także pomaga w odbieraniu porodu owiec, co może, gdybym nie wiedziała, że autorem jest właśnie Terry Pratchett, by mnie nieco zdziwiło.
Powieść przeplata się z retrospekcjami Tiffany, wyróżnianymi w tekście za pomocą kursywy. Wiążą się one z babcią Obolałą, która co prawda spiczastego kapelusza na głowie nie nosiła, ale za to zdecydowanie miała w sobie coś z wiedźmy. Choć nie używała zbyt wielu słów, pachniała terpentyną, tytoniem „Wesoły Żeglarz” i owcami, to właśnie z wspomnień o niej dziewczynka czerpie siłę i uświadamia sobie mądrość poczynań babci, gdy ta jeszcze żyła. Nie są to opowiastki o wesołej babuni z czerstwą, dobrotliwą twarzą, o mądrych, ciepłych oczach, która wnuczkę częstowała plackiem z jagodami i kubkiem ciepłego mleka, nie, nie. Babcia Obolała to postać zdecydowanie bardziej skomplikowana. Mimo, iż zazwyczaj milczała i najlepiej czuła się w towarzystwie owiec, to jednak nigdy nikomu na Kredzie nie przyszło żartować z babci. Jej praca nie była lekka – ale w końcu czyjaż w tej krainie była? – a mieszkańcy Kredy ją szanowali, bo pomagała ludziom pomagać samym sobie. Tiffany nie płakała po śmierci babci – bo ta przecież nie odeszła... tak naprawdę.
Jeżeli jestem już w temacie bohaterów, to wspomnę jeszcze o Ciut Ludziach, bo wstydem i obrazą boską, a przede wszystkim niepowetowaną stratą byłoby o nich nie wspomnieć.
Piktale mają mniej więcej sześć cali wzrostu, ich ciała gęsto pokryte są niebieskimi tatuażami, w rude włosy i brody wplatają paciorki, piórka i kawałki materiału, oraz noszą kilty. Ale to można pominąć. Tak naprawdę rozpoznasz Nac Mac Feegla wtedy, gdy coś niewielkiego kopnie cię w kostkę, obrzuci kilkoma soczystymi obelgami i wyzwie do walki. Jeżeli będzie przy tym mocno pijane – masz już pewność, że właśnie spotkałeś piktala. Niestety, prawdopodobnie będzie to ostatnia pewność w twoim życiu.
Ciekawą rzeczą, którą przyniosło nowe tłumaczenie (Piotra W. Cholewy), jest sposób wyrażania się Ciut Ludzi. Przytoczę tutaj mały fragment, aby pokazać, o co mi chodzi:
„- Zem ci mówił, ze jak jest na tym ciut casecka, lepiej nie tykać.
- Duzy Jan pedział, ze to znacy, ze to mocny napitek! Zrestą nie moze tak być, ze ludzie będą zostawiać takie zecy tam, gdzie ktosik moze psypadkiem wywalić dzwi, rozgiąć kraty, zdjąć ten gruby łańcuch z safy, łotwozyć zamek i to wypić niechcący.
- Co to znacy łatwo palny?
- Ze sie łatwo zapala.
- Dobra, dobra, ino bez paniki. Zadnego bekania i coby nikt nie siusiał koło ognia, jasne? I zachowujcie sie normalnie [...]”.
Ich język, jak dla mnie, stanowi coś w rodzaju połączenia dziecięcego seplenienia i gwary, i brzmi dość interesująco, aczkolwiek na początku ciężko się do tego przyzwyczaić. Po krótkim namyśle stwierdzam jednak, że należy to uznać za dodatkowy walor książki, bo wprowadza nie tylko urozmaicenie, ale i akcent humorystyczny.
Pisząc o mowie Ciut Ludzi muszę powiedzieć nieco więcej o wspomnianym powyżej nowym tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. W wersji starszej (tłumaczenie Doroty Malinowskiej-Grupińskiej), piktale (tam – praludki) rozmawiały, że się tak wyrażę, normalnie, to jest – bez stylizacji. W nowym przekładzie zmiany dotknęły między innymi, a może raczej przede wszystkim, warstwy onomastycznej powieści, a zatem nazw własnych. Teraz mamy do czynienia z Tiffany Obolałą, przedtem – z Akwilą Dokuczliwą. Braciszek bohaterki nazywał się Bywart, w nowym tłumaczeniu pozostał Wentworthem, a Nac Mac Feegle były Fik Mik Figlami (i zamiast „Łojzicku!” krzyczały „Na litość!”). Ciężko mi powiedzieć, które tłumaczenie jest lepsze, ze względu na to, iż primo, nie miałam w ręku oryginału, a secundo, nawet gdybym miała, nie podejrzewam, by wiele mi to pomogło. Jednak angielski nie ten no i tego... A tam, nieważne. W każdym razie uczucia miałam mieszane, bo jednak zdążyłam się przyzwyczaić do starszej wersji. Mimo tego przyznaję, że nowa odsłona Ciut Ludzi przypadła mi do gustu.
Ilustracja okładkowa autorstwa Paula Kidby’ego także bardzo mi się podoba. Przedstawia wiedźmę, którą spotyka bohaterka (pannę Tyk), i oczywiście samą Tiffany – dziewczynkę z determinacją wypisaną na twarzy, dzierżącą wielką patelnię i książkę Choroby owiec, otoczoną przez piktale. Całość prezentuje się naprawdę ładnie.
Warto wspomnieć również, iż wydawnictwo Prószyński i S-ka spisało się bardzo dobrze, jeżeli chodzi o korektę i skład. Wyłapałam, zdaje się, zaledwie jedną literówkę, a kiedy piszę „zdaje się”, to znaczy, że błędów nie mogło być wiele, inaczej bowiem zaczęłabym tekst od „Do jasnej takiej i owakiej, błędy?!”. Nie zaczęłam, znaczy się – wszystko gra, nic nie zakłóciło lektury i z prawdziwą przyjemnością o tym piszę.
Kończąc ten nieco przydługi wywód – naprawdę polecam Wolnych Ciut Ludzi. Bardzo dobra książka, a jeszcze lepsza w połączeniu z zimowym wieczorem, lampką nocną i ciepłymi skarpetami na nogach.
Karolina "Kariolka" Burda
dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka.

autor: Terry Pratchett
tytuł: Wolni Ciut Ludzie
tytuł oryginału: The Wee Free Men
język oryginału: angielski
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2010
miejsce wydania: Warszawa
oprawa: miękka
ilustracja okładkowa: Paul Kidby
ISBN: 978-83-7648-456-3
liczba stron: 224
cena: 29,90 zł


















































Odpowiedzi
Wspaniała książka, aczkolwiek
Wspaniała książka, aczkolwiek poprzednie wydanie miało ciekawszą okładkę wg mnie.