Zabawa w okrucieństwo czyli śmierć w popkulturze – na przykładzie wybranych filmów Quentina Tarantino
Autorka: Katarzyna „Pigmejka” Derda
Zabawa w okrucieństwo czyli śmierć w popkulturze – na przykładzie wybranych filmów Quentina Tarantino
Wyobraźmy sobie pewną scenę: sala kinowa wypełniona po brzegi, trwa film. Na ekranie dwóch gangsterów wiezie samochodem młodego chłopaka, członka konkurencyjnego gangu. W pewnej chwili jeden z nich odwraca się do zakładnika, trzymając w ręku rewolwer. Nagle samochód podskakuje na wyboju, pistolet wypala i... Cały tył pojazdu obryzgany jest krwią. Konsternacja dwójki mężczyzn wywołuje wśród widzów salwy śmiechu. Między bohaterami na ekranie wywiązuje się dialog:
– Strzeliłem Marvinowi w twarz.
– Kurwa, po co?
– Nie chciałem. To był wypadek.
– Stary, widziałem różne rzeczy, ale to...
– Wyluzuj, stary! To był wypadek. Pewnie podskoczyliśmy na wyboju.
– Nie podskoczyliśmy na żadnym pierdolonym wyboju.
– Nie chciałem zastrzelić sukinsyna. Pistolet sam wypalił.
– Kurwa, co za syf! Jesteśmy na miejskiej ulicy i to w biały dzień!
– Nie wierzę!
– Lepiej kurwa uwierz![1]
Wulgaryzmy padają jeden po drugim. Po szybie auta spływa krew, a widownia szaleje i śmieje się coraz głośniej. Kiedy ogląda się tę scenę, nie sposób się nie śmiać. Ale jeśli się dłużej zastanowić, zjawisko to powinno wzbudzić przerażenie. Co takiego stało się ze współczesnym człowiekiem, że kiedy patrzy na brutalne sceny śmierci, wybucha śmiechem? Co sprawia, że tak dobrze bawi się, oglądając obrazy okrutne i krwawe?
Teraz wyobraźmy sobie inną sytuację. Niewielkie pomieszczenie tonące w półmroku. Ściany o barwie zakrzepłej krwi. Po lewej stronie łóżko. Ktoś leży pod kołdrą – ciało jest sztywne i nieruchome: od razu widać, że osoba ta umarła. Stoi nad nią pięcioro ludzi: ubrane na czarno, widmowe postacie pogrążone w bólu, modlą się w ciszy. Trwają przy swoim zmarłym, pogrążeni w myślach. Ich smutek jest wyraźny – nie wstydzą się go, wspólnie przeżywają odejście kogoś bliskiego. Obraz Łoże śmierci[2] Muncha powstał pod koniec XIX wieku i idealnie ilustruje stosunek do umierania, jaki odszedł w zapomnienie wraz z nastaniem epoki nowoczesności.
Kiedyś, jak pisał Ariés[3], śmierć była „oswojona”. Była „bliska, swojska, mniej odczuwana”[4]. Nie oznacza to bynajmniej, że wzbudzała pozytywne emocje. Przyjmowano ją bez sprzeciwu, z rezygnacją i spokojem, jako naturalne, nieuchronne zakończenie życia, przed którym nie ma sensu uciekać. Była codziennym zjawiskiem, do którego każdy przywykł, a nie groźną niewiadomą czy wyzwaniem[5]. Przygotowywano się do niej już zawczasu: spisywano testamenty, przyjmowano ostatni sakrament. Umierający nie byli pozostawieni sami sobie: otaczano ich opieką, zaś zmarłych opłakiwano, czuwano przy nich, nikt nie wstydził się żałoby. To nowoczesność uczyniła ze śmierci wroga i mordercę, z jakim trzeba walczyć. Życie uległo sekularyzacji, religia nie daje już oparcia, zaś współczesna kultura ze swoim kultem młodości tylko pogłębia tę sytuację. Większość społeczeństwa zachowuje się tak, jakby umieranie nie miało miejsca. Cmentarze przeniesiono poza obręb miast, sam proces odchodzenia ze świata ukryto za sterylnymi murami szpitali, czas żałoby ograniczono do minimum. Śmierć jest już tylko końcem, a nie przejściem w inny stan rzeczywistości[6]. Za wszelką cenę staramy się przekonać siebie, że można ją powstrzymać, próbujemy ją traktować jak uleczalną chorobę[7]. Chorzy nie umierają dlatego, że są śmiertelni, lecz prawie przez przypadek: bo na przykład „pokonał ich rak.” Ciągle tworzymy iluzje, że panujemy nad śmiercią, uciekamy przed jej władzą w różny sposób. Walczymy z nią tak samo jak z brudem[8]: bo nas zawstydza, gdyż jest brzydka, zakłóca nasz spokój i komfort, nie pasuje do naszego idealnego świata, w którym mamy władzę nad wszystkim. Współczesność to czas ambicji, panowania, pewności siebie. Mówi się o młodości, pięknie, sukcesach. Śmierć stała się skandalem i nieszczęściem, atakiem na naszą wszechmoc. Dlatego okryła ją zmowa milczenia[9]. Udajemy, że nasze życie nigdy się nie skończy. Żyjemy chwilą, podzieliliśmy nasze bytowanie na szereg momentów, jakby to miało zatrzymać czas. Wypełniamy nasze trwanie różnymi rozrywkami, aby nie pozwolić myślom popłynąć w niewłaściwym kierunku[10].
Jak powiedział kiedyś Pascal, ludzie „nie mogąc znaleźć lekarstwa na śmierć, postanowili (...) nie myśleć o niej”[11].
Czy więc rzeczywiście całkiem zniknęła ona z życia publicznego? Oczywiście, że nie. Trzeba jednak wyjaśnić, że współczesność stworzyła dwa jej rodzaje. Jedna z nich, ta prawdziwa, dotykająca nas i naszych bliskich objęta jest tabu. Drugą zaś oglądamy na ekranach kin, telewizorów i komputerów. Ta jest wszechobecna. Jak wyjaśnić to zjawisko?
Śmierć prawdziwa i śmierć wyreżyserowana
Ekran zaś niebieski szczegóły powtarza
Krwiście bezlitosne zbliżenia w zwolnieniach...[12]
We współczesnym świecie prawdziwej śmierci nie ma. Zdanie to może wydawać się dziwne: przecież codziennie jesteśmy zasypywani wiadomościami o kolejnych wojnach, wypadkach, zbrodniach. W filmach kultury popularnej: horrorach, gore, kryminałach i sensacyjnych Kostucha jest prawdziwą gwiazdą. A jednak, mimo wszystko, nie możemy mówić o tym, że jest to śmierć taka sama, z jaką mieli do czynienia nasi dziadkowie. Ta, którą widzimy w telewizji jest daleka, często zmyślona, oprawiona w szatę muzyczno-wizualną. Nawet realna śmierć, pokazana przez mass media jest odrealniona, przedstawiona według standardów filmu sensacyjnego. Jest ona widowiskiem, ekscytującym przedstawieniem. Wypadki i katastrofy ukazane są w konwencji filmów katastroficznych, morderstwa zaś – kryminalnych, a wojny... są daleko, dzieją się w obcych krajach, giną tam anonimowe, abstrakcyjne liczby, a nie ludzie[13]. Widowiskiem może stać się wszystko: tragedia w World Trade Center w 2001 roku, pogrzeb Niemena[14]. Śmierć przestała być czymś realnym. Nie dotyczy nas, a zawsze kogoś innego. Nie jest już tym, co spotyka naszych bliskich. Bez względu na to, jaka by ona nie była: wzruszająca, niesprawiedliwa czy pełna patosu (bo i takie się przecież zdarzają) to zawsze jest tylko agonią bohatera filmu, a nie osoby nam osobiście znanej. Może być antropomorficzną personifikacją z kosą, darzącą dużą sympatią koty i lubiącą potrawkę curry[15], albo zombie czy gangsterem naciskającym spust rewolweru, ale nie będzie nigdy pełnym bólu momentem, w jakim nasi bliscy oddają ostatnie tchnienie[16].
Zatem to epatowanie śmiercią w mediach służy paradoksalnie ukryciu jej[17]. Zakryciu prawdziwego znaczenia pod wieloma innymi, które nie mają z nią nic wspólnego. Takie kinowe i telewizyjne umieranie jest „sztuczne”, oglądane z bezpiecznej odległości. Poczucie nieuchronności słabnie, bo wszyscy umierają na niby[18]. Kiedy w Pulp Fiction bohater ginie, zostaje to natychmiast zanegowane poprzez cofnięcie się w czasie i ukazanie wydarzeń, które nastąpiły przed tym zdarzeniem. U Tarantino śmierć jest pozbawiona sensu i powagi. Często wydarza się przez przypadek (jak w opisanej już scenie w samochodzie, czy wtedy, kiedy Panna Młoda pyta Billa czemu do niej strzelił[19] – co przecież było powodem wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsc w obu częściach – ten odpowiada z prostotą: „Poniosło mnie”[20].) Ta nierzeczywistość, często groteskowość, daje widzowi poczucie bezpieczeństwa[21]. Bo nawet jeśli jakieś przedstawienie czyjegoś końca jest realistyczne, to nigdy nie jest realne. Nie dotyczy członka rodziny, lecz bohatera (o którym wiemy, że tak naprawdę żyje, a szkarłatna plama rozlewająca się po jego koszuli to syrop klonowy z czerwonym barwnikiem, wypływający z pękniętego woreczka ukrytego pod ubraniem aktora. Często śmierć jest ukazana w zabawnych okolicznościach. Może stać się rozrywką, bo przestała być niebezpieczna. A przecież kultura popularna wszystko, co jej nie zagraża, zamienia w zabawę. Umieranie zaś i wszelkie przejawy przemocy przerobiła na produkt, coś atrakcyjnego wizualnie, przyciągającego uwagę. Media wydają masom na pożarcie sensacyjne obrazy trupów[22]. Negują one istotę umierania: nie czujemy zapachu krwi, rozkładającego się ciała, nie odczuwamy grozy sytuacji. Śmierć jest zbanalizowana, zdesakralizowana, daleka, nieprawdziwa[23]. Wyreżyserowana, ukazana ze wszystkimi krwawymi szczegółami, rozładowuje napięcie, jakie zebrało się w nas przez nasze lęki. Bo człowiek współczesny nie chce stanąć twarzą w twarz z tym, czego się boi, i tak jak dziecko chowa głowę pod kołdrę, tak on chowa się w fikcyjnym świecie bezpiecznych, nieprawdziwych śmierci.
Młode pokolenie kojarzy ją z wybuchającymi mózgami z horrorów i niszczonymi potworami w grach komputerowych. Jest ona sztucznym widowiskiem, profesjonalnie przygotowanym, o świetnej grafice i dźwięku, stworzonym ku uciesze tłumów. I, co najważniejsze, widowiskiem któremu zawsze możemy położyć kres, wyłączając telewizor. Tu pojawia się pytanie: może to wszystko służy właśnie stworzeniu pozorów władzy nad śmiercią? W końcu trzymany w dłoni pilot, w każdej chwili pozwala nam ją „wyłączyć”.
Trzeba jednak pamiętać, że ludzie nie są tyko niewinną ofiarą mediów. Czemu? Mówi się, że „bogowie łakną krwi”[24] – a kim innym czuje się współczesny człowiek, jak nie bogiem?
Żądza krwi i zabawa w okrucieństwo
Na białym prześcieradle (...)
z otwartych ciał
płynie krew
razem z muzyką
i dialogiem...[25]
Krew fascynowała nas od zawsze. Jej jaskrawy kolor, drażniący zapach, lepka konsystencja, a przede wszystkim to, że od początku utożsamiana była z życiem, sprawiło, że stała się czymś tyleż przerażającym, co przyciągającym[26]. Przelewano ją podczas rytuałów, kiedy to stawała się darem dla bogów[27]. Przemoc jest niejako wpisana w naszą kulturę. Jesteśmy w końcu gatunkiem drapieżników, którzy stłumili swoje pierwotne instynkty. Natura stworzyła nas zjadaczami mięsa, a co za tym idzie – zabójcami: i to znamię Kaina ciąży na nas do dziś[28].
Andrzej Muszyński pisze, że „potrzeba oglądania śmierci jest naturalną potrzebą człowieka. Reportaże i filmowa fikcja zajęły miejsce krwawych widowisk i publicznych egzekucji, ale to zmieniło tylko formę realizacji tych potrzeb”[29].
To prawda. Ludzie zawsze lubili patrzeć na śmierć. Starożytni Rzymianie uwielbiali walki gladiatorów, gdzie było „najprawdziwsze żelazo, bez uciekania, z dorżnięciem na arenie, by cały amfiteatr mógł patrzeć”[30]. Średniowieczny lud cieszył się, kiedy mógł oglądać publiczne egzekucje i tortury. Właśnie okrucieństwo decydowało o atrakcyjności widowiska. Przyjemność czerpana z zadawania i oglądania czyjegoś bólu zwana jest sadyzmem – który to Freud uważał za naszą wrodzoną cechę[31]. Analiza tego, czy to prawda, nie jest tematem tej pracy – jednakże jedna sprawa nie ulega wątpliwości: mimo upływu setek lat i pozornego rozwoju cywilizacji, nie zmieniliśmy się tak bardzo. Dalej kochamy patrzeć na krew i przemoc, pod warunkiem że odbywa się to w komfortowych dla nas warunkach. Kino akcji, filmy gore i horrory są naszą wersją tamtych widowisk. Starożytni mieli do dyspozycji wygodne, bezpieczne miejsca na widowni amfiteatru, która była osłonięta z góry, by oglądającym nie przeszkadzało słońce. Spryskiwano ich także perfumowaną wodą, która ich orzeźwiała i odświeżała powietrze. W trakcie walk grali muzykanci. Czym tamte rozrywki różniły się od tych, które przeżywamy, kiedy wieczorem siedzimy wygodnie w fotelu, odgrodzeni od śmierci ekranem telewizora, z którego sączy się muzyka i tryska krew? Walki gladiatorów na arenie były widowiskami: świetnie wyreżyserowanymi, z udziałem wyszkolonych zabójców, którzy mordowali się w wielkim stylu. To, co oglądali Rzymianie, niczym nie różniło się od tego, na co patrzy widz Kill Billa Tarantino[32]. Krwawa jatka w Domu Błękitnych Liści to spektakularny pokaz sztuk walki na arenie, jaką staje się restauracja. Brutalność tam przedstawiona wcale nie odrzuca, wręcz przeciwnie. Dynamiczne ujęcia kamery, świetnie dopasowana muzyka, znakomita choreografia i wręcz artystyczna finezja walk zamienia je w stylowe, choć makabryczne widowisko.
Cycero, mówiąc o walkach gladiatorskich, zapytał kiedyś: „Jakąż przyjemność może odczuwać człowiek cywilizowany, widząc jakiegoś nieszczęśnika rozdzieranego na strzępy (...) lub jakieś zwierzę przeszywane włócznią?”[33]. Niestety: może odczuwać – i odczuwa do dziś.
Jakże więc to możliwe, że patrzenie na przemoc jest dla nas wciąż tak dobrą zabawą? Jak już pisałam, może to być spowodowane potrzebą rozładowania negatywnych emocji i lęków. Freud i Barbara Ehrenreich wytłumaczyliby to spełnieniem mrocznych żądz, jakie w nas tkwią. Podobnego zdania jest też Rafał Syska. Podkreśla on, że kino jest katalizatorem tłumionych pożądań i realizacją predyspozycji widza. Zauważa, że w pewien sposób kultura popularna wraca do dawnych zwyczajów i rytuałów pogańskich. Ukazuje wciąż aktualną fascynację tabu krwi i zachwyt przemocą. Kino obecnie pozwala zbliżyć się do owego niedostępnego obszaru. Daje odbiorcom pierwotną przyjemność uczestniczenia w zbrodni, bez wyrzutów sumienia ani konsekwencji[34]. W tym kontekście kino jest lustrem, w jakim odbija się nasza fascynacja okrucieństwem i krwiożercza natura[35]. Ponadto śmierć, w filmach takich, jak wyreżyserowane przez Tarantino może być podniecająca i piękna. Zło jest już niegroźne, stało się estetyczne. Gołaszewska pisze, że sztuka odbiera mu jego prawdziwą naturę[36] i ma rację. Śmierć u amerykańskiego reżysera nie jest realna: to widowiskowy spektakl zaopatrzony w dowcipne dialogi i świetną muzykę, więc może bawić. Przemoc dzieje się w sztucznej rzeczywistości (w pewnym momencie film zamienia się w typowe anime, co dodatkowo podkreśla nierzeczywistość świata przedstawionego), nie ma miejsca na powagę i sacrum, wszystko ma być rozrywką. Filmowe okrucieństwo to przedstawienie, mające własny kodeks[37]. Komizm przemocy, jakiego dużo u Tarantino, polega przede wszystkim na operowaniu elementami groteski, czarnej komedii, przy jednoczesnej degradacji śmierci (w momencie zastrzelenia Marvina problemem jest nie zły czyn, ale zabrudzona tapicerka siedzeń samochodu) i ciągłym przypominaniu widzowi, że ma się bawić (w chwili, kiedy bohaterowie walczą ze sobą, w tle brzmi skoczna muzyka). Ważny jest też ceremoniał towarzyszący scenom przemocy i redukcja naturalizmu (walka Czarnej Mamby z O-Ren Ishi ma miejsce w pięknej scenerii, bardziej przypomina balet niż pojedynek, a zakończona jest malarskim ujęciem strugi krwi barwiącej biały śnieg). Fabuła filmów Tarantino jest odrealniona, a agresja sparodiowana i wyolbrzymiona (fontanny krwi tryskające z odciętych części ciała, ziemia pokryta wnętrznościami i krwią). Humor słowny, karykaturalne sytuacje połączone z komizmem i bezpiecznym dystansem, jaki daje ekran, cały czas uspokajają nas, przypominając, że tu nic nie dzieje się na serio, więc możemy się śmiać i czuć satysfakcję patrząc nawet na najbardziej brutalne sceny.
Jak już wspominałam, rozrywka ta daje nam iluzję władzy, panowania nad światem: to również podkreśla jej atrakcyjność. Poza tym, bohaterowie filmów akcji, którzy z rewolwerem przedzierają się przez atakujących wrogów lub jednym cięciem szabli wygrywają pojedynek, są uosobieniem naszych ideałów. To właśnie jedno z zadań kina: szukamy w nim obrazu nas samych, ale „powiększonych, ulepszonych” [38], takich, jakimi zawsze chcieliśmy być. Na ekranie szukamy realizacji naszych marzeń: i to samo tyczy się przemocy! Też chcemy być tacy odważni, nieustraszeni, wolni od zakazów i narzuconych norm. Pragnęlibyśmy być tak zwinni i sprytni, samym swym pojawieniem się budzić respekt. Kiedy Panna Młoda w pierwszej części Kill Billa pokonuje cały oddział uzbrojonych mężczyzn, poruszając się, jakby grawitacja jej nie dotyczyła, podziwiamy ją. A kiedy stoi zwycięska pośród krwawiących ciał pokonanych wrogów, jest ucieleśnieniem mocy i charyzmy. W tej scenie, tak jak kiedyś w amfiteatrze, okrucieństwo ma wymiar widowiska.
Nie sposób więc się oszukiwać: krwiożerczość tkwi w nas. Jakakolwiek władza wyzwala sadyzm. Bogowie łaknęli krwi, podobnie jak wielu władców. Także my, władcy pilota, jej pragniemy. Fascynują nas spektakularne tragedie. Śmiejemy się na Pulp Fiction, patrzymy z zapartym tchem na masakrę w Domu Błękitnych Liści.
Pytanie, jakie zadałam sobie na początku tej pracy, brzmiało: jakie procesy sprawiły, że patrząc na śmierć możemy się tak swobodnie śmiać. Czemu oglądanie scen takich, jak opisana we wstępie, sprawia nam tak wiele przyjemności? Jak widać, przyczyn jest wiele. Po pierwsze, śmierć może bawić, gdyż media uczyniły z niej rozrywkę, jednocześnie odzierając z prawdziwej natury. Przygotowano nas na odbiór krwawych obrazów: ich nagromadzenie w codziennych wiadomościach sprawiło, że przemoc nam spowszedniała, uległa trywializacji i odrealnieniu. Mówiąc krótko, zobojętnieliśmy na nią. Po drugie, kino odsłania tę część naszej natury, o jakiej najchętniej byśmy zapomnieli, bo pochodzi z czasów, kiedy niewiele różniliśmy się od innych drapieżników, polując i samym starając się przeżyć w dziczy. Pokazuje, że jakiś fragment pradawnej Bestii wciąż w nas jest i wychodzi na jaw, kiedy tylko ma okazję.
Bawimy się więc beztrosko w okrucieństwo, póki tylko możemy, starając się nie myśleć o tym, co przyniesie przyszłość. Śmiech może być reakcją obronną, rozładowaniem tkwiącego w nas lęku. To, nad czym nie możemy zapanować, a co wzbudza w nas negatywne emocje, zawsze prowokowało do wyśmiewania. Przykładem mogą być pełne drwiny wierszyki, kabarety i pamflety polityczne pisane przez członków niezadowolonego z władzy społeczeństwa. Śmiech to forma odwetu bezsilnych także i w tym przypadku. Bezbronne wobec nieuniknionego tłumy śmieją się, by ukryć strach. Z uśmiechem wpatrujemy się ekran i udajemy, że będziemy żyć wiecznie. Bo „życie to nałóg, z którym bardzo trudno zerwać…”[39].
Bibliografia:
Bibliografia podmiotu:
1. Kill Bill: Vol. 1, reż. Q. Tarantino, USA 2003, 111 min.
2. Kill Bill: Vol. 2, reż. Q. Tarantino, USA 2004, 136 min.
3. Pulp Fiction, reż. Q. Tarantino, USA 1994, 154 min.
Bibliografia przedmiotu:
1. P. Ariés, Człowiek i śmierć, PIW, Warszawa 1984.
2. A. Baker, Gladiatorzy: nieznane prawdy o życiu rzymskich niewolników, Grupa
Wydawnicza Bertelsmann Media, Warszawa 2002.
3. Bauman, Rozrywka: strategia godzenia się z nieuchronną śmiercią [w:] Bauman o
popkulturze, red. W. Godzic, Wydawnictwa Akademickie i profesjonalne, Warszawa
2000.
4. Z. Bauman, Śmierć i nieśmiertelność. O wielości i strategii życia, Wydawnictwo
Naukowe PWN, Warszawa 1998.
5. S. Błaszczyna, Czas przemocy, „Film na świecie” 1990, nr 10.
6. M. Czubaj, Biodra Elvisa Presleya, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne,
Warszawa 2007.
7. B. Ehrenreich, Rytuały krwi, Jacek Santorski, Warszawa 2001.
8. M. Gołaszewska, Fascynacja złem, PWN, Warszawa-Kraków 1994.
9. M. Grant, Gladiatorzy, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1987.
10. T. Jopkiewicz, Oko za oko, krew za krew, „Film” 1991, nr 9.
11. B. Kosecka, Być widzem, „KINO” 1998, nr 9.
12. I. Kowalczyk, Wobec wizualnego kanibalizmu [w:] Przestrzenie fotografii, red. T.
Ferenc, Galeria f5, Łódź 2005.
13. E. Królikowska, Pornografia gwałtu, „Film” 1993, nr 26.
14. P. Majchrzak, Media w objęciach Tanatosa [w:] Ekran, mit, rzeczywistość, red. W.
Burszta, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2003.
15. R. Marszałek, Help!, „KINO” 1973, nr 6.
16. B. Michałek, Gęsta czerwona farba, „KINO” 1970, nr 3.
17. B. Michałek, Zobaczyć siebie, „KINO” 1974, nr 3.
18. J. Niecikowski, Lęki współczesne – agresja, „KINO” 1976, nr 9.
19. A. Piotrowska, Oblicza ekranowej przemocy, „KINO” 2004, nr 1.
20. A. Piotrowska, Pogański widz, „KINO” 1995, nr 11.
21. T. Pratchett, Kosiarz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002.
22. Ritzer, Makdonaldyzacja społeczeństwa, Warszawskie Wydawnictwo Literackie
Muza, Warszawa 2005.
23. S. Rosiek Wymiary śmierci, Słowo/ Obraz Terytoria, Gdańsk 2002.
24. Roux, Krew – mity, symbole i rzeczywistość, Znak, Kraków 1994.
25. T. Różewicz, W świetle dziennym [w:] tegoż, Poezje wybrane, Wydawnictwo
Literackie, Kraków 2000.
26. S. Rudnicki, Ucieczka od obrazu, „Kultura popularna” 2004, nr 3.
27. R. Syska, Film i przemoc, Rabid, Kraków 2003.
28. A. Tatarkiewcz, Krew na ekranie, „KINO” 1971, nr 8.
29. L. V. Thomas, Trup: od biologii do antropologii, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź
1991.
30. A. Toynbee, Człowiek wobec śmierci, PIW, Warszawa 1973.
31. M. Vovelle, Śmierć w cywilizacji zachodu, Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2004.
32. M. Werner, Kino pogańskie, „KINO” 1995, nr 9.
33. P. Zwierzchowski, Spektakl i ideologia, Rabid, Kraków 2006.
[1] Pulp Fiction, reż. Q. Tarantino, USA 1994.
W org.: „Vincent: Oh man, I shot Marvin in the face.
Jules: Why the fuck did you do that?!
Vincent: Well, I didn't mean to do it, it was an accident!
Jules: Oh man I've seen some crazy ass shit in my time...
Vincent: Chill out, man. I told you it was an accident. You probably went over a bump or something.
Jules: Hey, the car didn't hit no motherfucking bump.
Vincent: Hey, look man, I didn't mean to shoot the son of a bitch. The gun went off. I don't know why.
Jules: Well look at this fucking mess, man. We're on a city street in broad daylight here!
Vincent: I don't believe it!
Jules: Well believe it now, motherfucker!”
[2] E. Munch, Łoże śmierci (The Deathbed), 1895, Rasmus Meyer Collection, Bergen.
[3] P. Ariés, Człowiek i śmierć, PIW, Warszawa 1984.
[4] Tamże, s. 41.
[5] Z. Bauman, Śmierć i nieśmiertelność. O wielości i strategii życia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1998, s. 114-116.
[6] Tamże, s. 156.
[7] Tamże.
[8] G. Ritzer, Makdonaldyzacja społeczeństwa, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa
2005, s. 268.
[9] Z. Bauman, dz. cyt., s. 156-162.
[10] A. Toynbee, Człowiek wobec śmierci, PIW, Warszawa 1973, s. 210-211.
[11] Pascal, cyt. za: Bauman, Rozrywka: strategia godzenia się z nieuchronną śmiercią [w:] Bauman o popkulturze, red. W. Godzic, Wydawnictwa akademickie i profesjonalne, Warszawa 2008, s. 144.
[12] J. Kaczmarski, Błogosławię zło, Pochwała łotrostwa, Pomaton EMI Polska, 1997.
[13] P. Majchrzak, Media w objęciach Tanatosa [w:] Ekran, mit, rzeczywistość, red. W. Burszta,
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2003, s. 96-100.
[14] Problem widowiskowości pogrzebów i śmierci znanych ludzi poruszony jest w książce Biodra Elvisa Presleya Mariusza Czubaja.
[15] Postać Śmierci z książek Terry’ego Pratchetta.
[16] Sceny, w których śmierć jest bardziej realna, bo wiąże się z rozłąką ukochanych lub utratą członka rodziny nie wzbudzają już takiej radości. Wywołują silne emocje i też są lubiane, ale nie mogą już stanowić okazji do „dobrej zabawy”.
[17] P. Zwierzchowski, Spektakl i ideologia, Rabid, Kraków 2006, s. 7.
[18] S. Rudnicki, Ucieczka od obrazu, „Kultura popularna” 2004, nr 3, s. 104-108.
[19] Kill Bill: Vol. 2, reż. Q. Tarantino, USA 2004.
[20] W org.: „I... overreacted.”
[21] P. Zwierzchowski, dz. cyt., s. 7-10.
[22] L. V. Thomas, Trup: od biologii do antropologii, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1991, s. 108.
[23] I. Kowalczyk, Wobec wizualnego kanibalizmu [w:] Przestrzenie fotografii, red. T. Ferenc, Galeria f5, Łódź 2005.
[24] Roux, Krew – mity, symbole i rzeczywistość, Znak, Kraków 1994, s. 256.
[25] T. Różewicz, W świetle dziennym [w:] tegoż, Poezje wybrane, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.
[26] J. P. Roux, dz. cyt., s. 269.
[27] B. Ehrenreich, Rytuały krwi, Jacek Santorski, Warszawa 2001, s. 36.
[28] Tamże, s. 27-42.
[29] A. Muszyński, cyt. za: I. Kowalczyk, dz. cyt, s. 68.
[30] Petroniusz, Uczta Trymalchiona, cyt. za: M. Grant, Gladiatorzy, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1987, s. 133.
[31] M. Grant, dz. cyt., s. 134.
[32] Kill Bill: Vol. 1, reż. Q. Tarantino, USA 2003 oraz Kill Bill: Vol. 2, reż. Q. Tarantino, USA 2004.
[33] Cycero, cyt. za: M. Grant, dz. cyt., s. 91.
[34] R. Syska, Film i przemoc, Rabid, Kraków 2003, s. 11-13.
[35] A. Piotrowska, Pogański widz, „Kino” 1995, nr 11, s. 28-30.
[36] M. Gołaszewska, Fascynacja złem, PWN, Warszawa-Kraków 1994, s. 87.
[37] R. Syska, dz. cyt., s. 23-31.
[38] B. Michałek, Zobaczyć siebie, „KINO” 1974, nr 3, s. 61.
[39] T. Pratchett, Kosiarz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 19.

















































Odpowiedzi
'odsłania tę część naszej
'odsłania tę część naszej natury, o jakiej najchętniej byśmy zapomnieli, bo pochodzi z czasów, kiedy niewiele różniliśmy się od innych drapieżników, polując i samym starając się przeżyć w dziczy', moze być powiązane z odczuwaniem krwawej przyjemności, lecz radość z okrucieństwa powiazana z wspieraniem badx uczestniczeniem w bezzasadnej przemocy jest tylko naszą domeną i naczelnych. Przemoc, jeżeli można to tak określić, u zwierząt niższych jest uzasadniona. Nawet u kotów. Bezzasadna agresja u zwierząt jest przeważnie wynikiem wad genetycznych i urazów fizycznych wywołujacych zaburzenia psychiczne.
Ano, racja. Rzeczywiście to
Ano, racja. Rzeczywiście to porównanie nie jest zbyt trafne.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
"radość z okrucieństwa
"radość z okrucieństwa powiazana z wspieraniem badx uczestniczeniem w bezzasadnej przemocy jest tylko naszą domeną i naczelnych. Przemoc, jeżeli można to tak określić, u zwierząt niższych jest uzasadniona. Nawet u kotów. Bezzasadna agresja u zwierząt jest przeważnie wynikiem wad genetycznych i urazów fizycznych wywołujacych zaburzenia psychiczne." Prawda to - ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy nasza fascynacja okrucieństwem jest czymś normalnym? Oczywiście, że nie. Człowiek lubujący się w agresji niczym nie różni się od kota bawiącego się myszą - i jedną, i drugą istotą powodują reakcje, jakie nie powinny mieć miejsca. Ale kot nie ma takich zahamowań, jak istota ludzka i jego zaburzenia (genetyczne, fizyczne, whatever) znajdują swobodne ujście w momencie, kiedy znęca się nad ofiarą. Człowiek zaś jest w nieco trudniejszym położeniu. Jak sobie z tym radzi - cóż, o tym napisałam już w powyższej pracy.
"- JAK SIĘ NAZYWA UCZUCIE, ŻE JEST SIĘ BARDZO MAŁYM I ROZGRZANYM?
- Pigmej?
- ZACZYNA SIĘ NA Z."
Ale czy zwierzęta znęcają się
Ale czy zwierzęta znęcają się dla zabawy nad pożywieniem?
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Kot bawi się myszą pigmejko,
Kot bawi się myszą pigmejko, ale to czyni z konkretnego powodu, nie dla radości czy perwersyjnej satysfakcji - po prostu musi utrzymać swą zwinność i w kółko trenuje umiejętności łowieckie - jest to w nich zakodowane instynktem. tak zresztą czyni większość drapieżników, których głównym atutem jest zwinność. Muszą nie tylko polować, ale ciężko trenować, aby być punkt wyżej nad ofiarą. Natomiast bezcelowe mordowanie przedstawicieli własnego gatunku (oraz nie tylko) i to dla przyjemności jest domeną tylko naszą i z rzadka szympansów. Na bycie potworami w świecie bestii homo sapiens mają monopol :)
Lorelay: może się zdarzyć, że
Lorelay: może się zdarzyć, że w zwierzęciu, wskutek różnych przejść, czy też wrodzonych wad genetycznych, może wykształcić się uwielbienie do przemocy (szczególnie ciekawym przypadkiem jest zdolność do zemsty). I jest to tak samo niezdrowe i nienaturalne jak sadyzm u człowieka, o czym już wyżej wspomniałam. I owszem, człowiek jest najokrutniejszym ze zwierząt i osiągnął mistrzostwo w wymyślaniu sposobów na zadawanie cierpienia - tu się zgodzę z Tobą, Nekromantko.
A poza tym, nie wiem, o czym właściwie dyskutujemy - przecież w przytoczonym przez Nekromantknę fragmencie pracy NIE napisałam, że drapieżniki były okrutne i lubowały się w wymyślnym zabijaniu swoich ofiar. Miałam na myśli to, że kino pozwala na to, by znalazły ujście pewne nasze pierwotne instynkty, pochodzące z czasów, kiedy zabicie równało się zdobyciu pożywienia, przeżyciu, zdobyciu władzy, pokazaniu własnej potęgi i siły (a to przecież jest dla zwierząt - zwłaszcza drapieżnych - bardzo typowe), a przelewana podczas rytuałów krew była magicznym płynem, dającym potęgę. Z czasem człowiek rozwinął swoje możliwości czynienia krzywdy innym i stał się coraz bardziej bestialski w swoim okrucieństwie: tym samym oddalił się od świata zwierząt, które zabijały, bo musiały i poszedł mroczną ścieżką własnych popędów. Podsumowując: we wspomnianym fragmencie zwierzęta drapieżne pojawiają się tylko jako tło, a nie jako przykład istot okrutnych.
"- JAK SIĘ NAZYWA UCZUCIE, ŻE JEST SIĘ BARDZO MAŁYM I ROZGRZANYM?
- Pigmej?
- ZACZYNA SIĘ NA Z."
Może źle to odebrałam, ale w
Może źle to odebrałam, ale w kontekście zabrzmiało jakby człowiek oglądając filmy hołdował zwierzęcym instynktom, z czego wywnioskowałam, że owym instynktem jest czerpanie przyjemności z zadawania śmierci. Ale jak mówię, może to mój błąd w nadinterpretacji.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
O drapieżnikach jest tam
O drapieżnikach jest tam tylko to, że polują i starają się przeżyć w dziczy;). A kwestię naszych instynktów (pierwotnych, a nie zwierzęcych - to ważne!) już wyżej wyjaśniłam.
W sumie można by napisać, że jesteśmy specyficznym rodzajem drapieżników, który w zabijaniu potrafi odnaleźć przerażająco dużą przyjemność. Ogólnie, jeśli chodzi o te sprawy (nasze instynkty, kwestię wrodzonego zła oraz drzemiącej w nas Bestii itd.), gorąco polecam lekturę pracy Barbary Ehrenreich "Rytuały krwi": jest ona naprawdę fascynująca.
"- JAK SIĘ NAZYWA UCZUCIE, ŻE JEST SIĘ BARDZO MAŁYM I ROZGRZANYM?
- Pigmej?
- ZACZYNA SIĘ NA Z."
ale nasze pierwotne instynkty
ale nasze pierwotne instynkty to teoretycznie powinny byc instynkty zwierzęce (jeżeli obieramy ścieżke ewolucji, a nie stworzenia-w przypadku stworzenia miałabyś racje). uwielbienie przemocy i okrucieństwa wyłoniło sie u nas dopiero w jej toku, a im wyżej na drabinie ewolucyjnej nasi przodkowie siedzieli tym było ono większe i bardziej przerażające. Ewoluowało razem z nami. wiec nie jest to instynk czy tez skaza gatunkowa pierwotna, lecz jak najbardziej doczesna i biorąc poparcie w twoich obserwacjach wciąż rozwijająca się.
Nekromantko, piszesz to, co
Nekromantko, piszesz to, co ja już napisałam - więc chyba się zgadzamy, tylko wyrażamy to nieco innymi słowami (albo ja nie piszę dostatecznie jasno, co jest możliwe, bo mój mózg po dwóch dniach wiszenia nad materiałami dla uczennicy najwyraźniej postanowił wyparować...). Przecież napisałam, że "Z czasem człowiek rozwinął swoje możliwości czynienia krzywdy innym i stał się coraz bardziej bestialski w swoim okrucieństwie: tym samym oddalił się od świata zwierząt, które zabijały, bo musiały i poszedł mroczną ścieżką własnych popędów". Co zaś do samych instynktów... nie da się dojść do tego, jak było naprawdę - musielibyśmy wynaleźć wehikuł czasu;). Mnie osobiście wydaje się, że coś w nas, jako w ewoluującym powoli gatunku, musiało być "nie tak" od początku - bo przecież zła nauczyliśmy się sami z siebie, a nie od zwierząt: co najwyżej mogliśmy pozazdrościć im posiadanej siły i grozy, jaką potrafiły wzbudzać. W końcu też z jakiejś przyczyny wpadliśmy na to, by oprzeć nasze pierwotne formy kultu na krwi i zabijaniu.
"- JAK SIĘ NAZYWA UCZUCIE, ŻE JEST SIĘ BARDZO MAŁYM I ROZGRZANYM?
- Pigmej?
- ZACZYNA SIĘ NA Z."
Nie. Zło dostaliśmy wraz z
Nie. Zło dostaliśmy wraz z wyższą inteligencją i wyobraźnią oraz rozwojem emocjonalności.
...no tak. To właśnie miałam
...no tak. To właśnie miałam na myśli. Że zło rozwijało się w nas z czasem, przybierając coraz bardziej przerażające formy, od pierwszej chwili, kiedy zaczęliśmy nieco różnić się od zwierząt (ową "chwilę" należy rozumieć metaforycznie, oczywiście;)). Już przecież pisałam, że nie chodziło mi o to, że uważam zwierzęta za okrutne i pełne nieuzasadnionej agresji. Kiedy pisałam o pierwotnych ludzkich instynktach, chodziło mi o instynkty i reakcje człekokształtnych - z naciskiem na "CZŁEKO" - a więc nie o stado całkiem prymitywnych małpoludów biegające po sawannie, a już o gatunek o nieco bardziej rozwiniętej samoświadomości. Gatunek, który zafascynowany jest śmiercią i który zabija, bo jego bogowie łakną krwi.
Aczkolwiek, moim zdaniem, ta dziwna skłonność do okrucieństwa musiała pojawić się dość szybko na drodze ewolucji. Pewne zachowania szympansów byłyby argumentem na poparcie tej tezy - ale to już jest temat na całkiem oddzielną dyskusję. ;)
"- JAK SIĘ NAZYWA UCZUCIE, ŻE JEST SIĘ BARDZO MAŁYM I ROZGRZANYM?
- Pigmej?
- ZACZYNA SIĘ NA Z."
Ja dodam natomiast jako
Ja dodam natomiast jako ciekawostke, ze owe krwawe widowiska dla kobiet mogą byc korzystne gdyż pozwalają im wyrzucic siebie złe emocje czy zaspokoic potrzeby agresji i okrucieństwa - oczywiście i od tego są małe odchylenia. U mężczyzn zaś, którzy mają ośrodek odpowiedzialny za chuć powiązany z tymi imającymi się agresji i dominacji mogą doprowadzić do poważniejszych zaburzeń.
Jestem osobą wierzącą w
Jestem osobą wierzącą w Jezusa i dlatego uważam, że ludzkie okrucieństwo jest konsekwencją świadomej decyzji odejścia od Boga. Od kiedy ludzie zdecydowali się na życie bez Niego- mogą się już tylko staczać. Chyba, że wrócą do Niego. W każdym razie, według mnie, takie zachowanie ludzi jest spowodowane nie ewolucją, tylko degeneracją. To przerażające, nie chcę nawet myśleć, co będzie dalej z osobami wychowanymi w takim społeczeństwie.
Nic się nie stanie, będzie
Nic się nie stanie, będzie trwać jak trwało. W innym kształcie, oparte na innych zasadach, ale będzie trwało. W gruncie rzeczy pojęcia takie jak "postęp" czy "degeneracja" są względne. Świat nie cierpi próżni - jeśli coś zniknie, znajdzie się jego zamiennik. Spengler twierdził, że dzieje idą od katastrofy do katastrofy i chyba coś w tym jest.
Człowiek zaś otrzymał wolną wolę i rozum, żeby z nich korzystać. Chce iść w górę - jego sprawa. W dół - też jego sprawa. Świat pełen zła zaprzecza rozumowi, a świat pełen dobra - wolnej woli.
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Hmmm... Ja na przykład nie
Hmmm... Ja na przykład nie mam nic wspólnego z Jezusem, a nie uważam się za osobę bezmyślnie okrutną, której krzywdzenie bez potrzeby sprawia perwersyjną przyjemność...
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Prawdą jest, że nie wszyscy
Prawdą jest, że nie wszyscy nie wierzący ludzie czerpią przyjemność z takich rzeczy, ale chodziło mi bardziej o całe społeczeństwo, nie pojedyncze jednostki, bo przecież jeśli chodzi o ludzi, jako o społeczeństwo, to nie można zaprzeczyć, że wszystko się psuje. Ale, nawet mimo tego, że jesteś dobrą osobą, to, zgodnie z tym, w co wierzę, nie jesteś wolna od grzechu- też robisz czasem złe rzeczy, jak każdy. I ponieważ nie wierzysz w Jezusa i nie przyjęłaś Jego miłości, to w pewnym sensie, w świetle tego, w co wierzę, stawia Cię to na równi z wszystkimi, którzy Go odrzucili, a więc także stajesz się częścią zepsutego społeczeństwa. Każda zła rzecz pociąga za sobą następną i bardzo możliwe, choć, oczywiście nie życzę Ci tego, że i tak będziesz ciągle oddalać się od dobra z biegiem życia, ponieważ jesteś grzeszna, jak każdy człowiek, a jeszcze społeczeństwo, w którym żyjesz, ma na Ciebie wpływ. Jak się przed nim obronisz? Myślę, że nikt nie może się przed tym obronić sam- ja nie dałam rady sama. To Jezus obronił mnie przed tym.
Nie, żebym się czepiała czy
Nie, żebym się czepiała czy coś... ale czy Chrystus nie został ukrzyżowany przez wierzących w Boga właśnie?
W pewnym sensie,można
W pewnym sensie,można powiedzieć, że masz rację, ale tak naprawdę, ci ludzie wierzyli raczej w Prawo. Zapomnieli o miłości, zapomnieli o trosce o innych i patrzyli tylko na same rytuały, które przecież bez miłości i gorącej wiary tracą zupełnie sens. Więc, w rzeczywistości, oni nie wierzyli w Boga. Wierzyli, że On istnieje, ale nie wierzyli w Niego, nie ufali Mu- dlatego nie rozpoznali Jezusa.
"Ale, nawet mimo tego, że
"Ale, nawet mimo tego, że jesteś dobrą osobą, to, zgodnie z tym, w co wierzę, nie jesteś wolna od grzechu- też robisz czasem złe rzeczy, jak każdy. I ponieważ nie wierzysz w Jezusa i nie przyjęłaś Jego miłości, to w pewnym sensie, w świetle tego, w co wierzę, stawia Cię to na równi z wszystkimi, którzy Go odrzucili, a więc także stajesz się częścią zepsutego społeczeństwa. "
1. A może właśnie dlatego odrzucam? Gdzie tu miłość? Ja widzę zazdrość i rządzę uwielbienia.
2. Czy chcesz powiedzieć, że osoby czczące Jezusa są lepsze, więcej warte, czyste i wolne od zła?
"ponieważ jesteś grzeszna"
A Ty nie?
"a jeszcze społeczeństwo, w którym żyjesz, ma na Ciebie wpływ. Jak się przed nim obronisz? Myślę, że nikt nie może się przed tym obronić sam- ja nie dałam rady sama. To Jezus obronił mnie przed tym. "
Hmmm... jakoś nie mam poważniejszych problemów z nie robieniem tego co sama uważam za niesłuszne i bronieniem własnych ideałów.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Dosyć tego! Venit, jesteś tu
Dosyć tego!
Venit, jesteś tu nowa, więc mogłaś przegapić, że to portal o fantastyce, nie o religijności. Wyraziłaś się na temat domniemanych powodów okrucieństwa pod artykułem - okrucieństwie - OK. Ale nie będziesz nikogo tutaj rozliczała ze sposobu prowadzenia się, bycia dobrym lub złym człowiekiem i zepsucia. Każdy kolejny taki post zostaje skasowany, bo jest niesmaczny, a w dodatku nie na temat.
Jak czujesz potrzebę udzielania lub nie rozgrzeszeń, załóż na forum w dziale OT stosowny temat i jeśli ktoś będzie sobie życzył podania się drobiazgowej analizie według kryteriów z kosmosu wziętych, to się z pewności zgłosi.
Odpowiedź na ten post także będzie offtopiczna, więc jeśli masz coś do powiedzenia, to także na forum w specjalnie wydzielonym temacie.
Czytelnicy mają prawo oczekiwać, że dyskusja pod artykułem dotyczy artykułu i nie muszą mieć ochoty na nawracanie między wierszami.
'Nawracanie miedzy
'Nawracanie miedzy wierszami'... 'chciałam tylko przeczytać sobie artykuła, a tu znienacka jak mnie oświecenie nie pieprznęło...' /wizualizacja + głupawka-hihrawka budzaca po raz kolejny zaniepokojenie rodziny i podjecie działań mających nacelu usuniecie z mego otoczenia ostrych przedmiotów/
Nie no, siedzenie do późna połaczone z wczesnym wstawaniem
'Nawracanie miedzy
'Nawracanie miedzy wierszami'... 'chciałam tylko przeczytać sobie artykuła, a tu znienacka jak mnie oświecenie nie pieprznęło...' /wizualizacja + głupawka-hihrawka budzaca po raz kolejny zaniepokojenie rodziny i podjecie działań mających nacelu usuniecie z mego otoczenia ostrych przedmiotów/
Nie no, siedzenie do późna połaczone z wczesnym wstawaniem nie jest dobry mixem, sasasasasasaaaaa
Lektura artykułu bezpośrednio
Lektura artykułu bezpośrednio skojarzyła mi się z książką Bohaterowie Umierają (Tess kazałą podrzucić link http://efantastyka.pl/content/bohaterowie-umierają-akty-caine-110;-tom-1-przemoc-matthew-woodring-stover
), które właściwie stanowią wyraźny przykład podanych tez. Gdybyś nadal była zainteresowana tematem, polecam zapoznać się z książką.
Rzeczywiście, może trochę się
Rzeczywiście, może trochę się zagalopowałam, aczkolwiek chciałam tylko odpowiedzieć na pytania do mojego postu. Sądziłam,że nawiązuje to do artykułu. W każdym razie, przepraszam, jeśli kogoś zniesmaczyłam.