Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie (Terry Pratchett)
Na samym wstępie powiem, że po książkę sięgnęłam z nieukrywaną pazernością, a wszystko z powodu kota w tytule – jako zakamieniała miłośniczka owych futrzastych mruczypudeł, nie mogłam przejść obojętnie obok tej publikacji!
Ale może po kolei. Już na samym wstępie książki natrafiamy na sytuację cokolwiek niecodzienną – gadający kocur, gadający (chociaż to w sumie raczej nikogo nie dziwi) młody chłopak i gadające szczury postanowili nawiązać współpracę i zarobić trochę grosza. Plan był prosty – gryzonie nawiedzały konkretne miasto, mieszkańcy wpadali w popłoch, a wtedy niczym zbawienie zjawiał się szczurzy grajek, wyciągał instrument i w trymiga rozprawiał się z niemiłą ludziom plagą. Wdzięczny lud nie szczędził pieniędzy swemu zbawcy i kot Maurycy, mózg całego przedsięwzięcia, był zadowolony. Wszystko szło doskonale do momentu, w którym szczury uznały, że pieniędzy mają już po dziurki w nosie i więcej im nie trzeba – chciały założyć cywilizację gdzieś na wyspie i rozpocząć nowe życie. Zaniepokojony rychłym końcem niezwykle lukratywnej działalności Maurycy przystąpił do gorączkowego namawiania swoich wspólników: jeszcze tylko ten jeden raz! Jeszcze jedna akcja, a będą mogli podzielić łup na trzy części i swobodnie oddalić się każde w swoją stronę. Szczury po namyśle przystały na jego propozycję.
Miastem, które kocur wyznaczył na ostatni „skok”, były Blintzowe Łaźnie w Überwaldzie. Wyglądały na bogate i wzbudziły wielkie nadzieje Maurycego, toteż nasza kompania pociągnęła ku nim raźno. Na miejscu jednak okazało się, że, delikatnie mówiąc, coś tu nie gra. Domy, owszem, świadczyły o zamożności, ale za to ludzie wydawali się biedni. Brakowało jedzenia i wszystko wskazywało na to, że Blintzowe Łaźnie już mają problem ze szczurami. Po bliższym zbadaniu sprawy okazało się, że w kanałach i miejscach, gdzie zazwyczaj przebywają te gryzonie, nie ma ni pół ogona, ni ćwierci wąsa czy pazura. A przecież szczurobójcy codziennie dumnie prezentowali całe garście dowodów na to, że w mieście aż roi się od szczurów! O co więc tak naprawdę chodzi...?
Sprawa jest skomplikowana, czytelnik natrafia na coraz to nowe tropy, akcję możemy śledzić z kilku perspektyw: szczurzej, Maurycego oraz chłopaka (Keitha), a także Mailcii Grim (nazwisko nieprzypadkowe!), mieszkanki Blintzowych Łaźni, która dołącza do naszych bohaterów prawie na samym wstępie książki.
Warta omówienia wydaje się właśnie kwestia bohaterów. O ile Maurycy, chłopak i Malicia są ciekawi, o tyle szczury są wręcz szaleńczo interesujące! Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ich imiona; wymieniać wszystkich nie będę, ale przytoczę kilka: Mielonka, Ciemnybrąz, Groźna Fasolka, Brzoskwinia, Wzalew, Spożyćprzed, Pożywna... Imiona cokolwiek dziwne, jednakże aby zrozumieć ich sens, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie, dlaczego szczury w ogóle potrafią mówić. Najbardziej prawdopodobna hipoteza, przez nie same zresztą wysunięta, mówi, iż najadły się, jak to szczury, odpadków ze śmietnika. Trzeba jednak nadmienić, że był to śmietnik magów, a wszyscy chyba potrafimy sobie wyobrazić, co taki Pratchettowski mag z Niewidocznego Uniwersytetu jest w stanie wyrzucić na śmietnik, prawda? A zatem szczury, zjadłszy coś podejrzanego, przeszły przemianę i zaczęły myśleć. Natomiast pierwszą rzeczą po uzyskaniu świadomości było nazwanie samego siebie. A że na śmietniku poniewierała się cała masa puszek i pudełek z etykietkami, więc... Wystarczy wysilić trochę wyobraźnię i kwestia imion stanie się jasna.
W przeciętnej powieści tego rodzaju historia ze szczurami, śmiem przypuszczać, ograniczyłaby się jedynie do obdarzenia szczurów umiejętnością mowy. Dobra, otrzymałyby stosowne imiona i przeżyły kilka zabawnych przygód, ale pewnie nic poza tym. Pratchett jednakże na tym nie poprzestał – rozwinął życie wewnętrzne gryzoni i w ten oto sposób szczury zaczęły się zmagać z problemami dotychczas zarezerwowanymi jedynie dla ludzi – co jest po drugiej stronie? Jakie jest moje zachowanie i czy jestem w porządku wobec drugiego? Dlaczego boję się ciemności...?
Szczurom patronuje książeczka „Przygoda Pana Królisia”, jest czymś w rodzaju... bo ja wiem? Szczurzej Biblii? W sytuacjach kryzysowych Groźna Fasolka (niewielki szczurek albinos, odgrywający szczególną rolę w grupie) prosi Brzoskwinię o odczytywanie fragmentów opowiastki, a następnie, gdy uzna jakąś myśl za szczególnie ważną, każe ją zapisywać, co oczywiście prowadzi nas do kolejnej innowacji w szczurzym świecie – szczury potrafią czytać i pisać. Co więcej, nie wykorzystują ludzkiego pisma, ale tworzą swoje własne (obrazkowe).
Szczury przedstawione przez Pratchetta czują się wyobcowane. Są jedyną bodaj grupą swojego gatunku, która zaczęła myśleć – przedtem kierowała się instynktem i niczym więcej, teraz zmuszona jest zmierzyć się z problemami, jakie niesie ze sobą świadoma egzystencja. Przewodnikiem i swojego rodzaju mentorem jest właśnie Groźna Fasolka. Oficjalnie dowodzi Mielonka, ale, choć ciężko mu to przyznać, nie jest on w stanie lekceważyć małego szczurka i tego, co ów mówi.
Uderzającą rzeczą w tekście jest motyw okrucieństwa. Choć zabrzmi to dziwnie, to jednak zachowanie szczurów momentami było bardziej ludzkie od działań niejednego z prezentowanych w książce ludzi. A przecież Pratchett nie opisywał samych wynaturzeńców, zwyrodnialców i tym podobnych – owszem, pojawiło się kilka postaci naprawdę niesympatycznych, ale nie brakło też jednostek, że tak powiem, wybitnie przeciętnych. Chodzi o jeden fakt: człowieka bawi okrucieństwo. Znęca się nad innymi (nie tylko ludźmi!) dla zabawy, a szczególne upodobanie znajduje w wyszukiwaniu sobie ofiary, która nie jest w stanie się przeciwstawić, zaprotestować. Przykładów chyba nie muszę podawać, bo nie wierzę, że nikt z Was nigdy nie zetknął się z tym problemem. W powieści Terry’ego Pratchetta głupota i wręcz sadyzm ludzki są właśnie siłą sprawczą wszystkich problemów miasteczka i chociaż książka kończy się szczęśliwie, jest to jednak pozorny happy end.
Publikacja od strony graficznej prezentuje się bardzo ładnie. Seria okładek Paula Kidby’ego naprawdę przypadła mi do gustu i jestem wielką zwolenniczką tego ilustratora. Każdy rozdział zaczyna się przytoczeniem jakiegoś fragmentu z „Przygody Pana Królisia”, a tekst ten jest ładnie wkomponowany w grafikę – sprawia wrażenie pomiętego karteluszka, wciśniętego do książki. Ponadto przy paginie umieszczono rysunki szczurków, co jest zabiegiem niewielkim, ale za to bardzo efektownym. Pokuszono się dodatkowo o wstawienie w tekst pisma szczurów – czytelnik może dokładnie obejrzeć, jak wyglądały zaczątki kultury piśmiennej szczurzej społeczności. Pod względem poprawnościowym (technicznym) publikacja również prezentuje się bardzo dobrze i naprawdę nie mam się do czego przyczepić.
Lektura tej książki dostarczyła mi nie tylko rozrywki, ale też materiału do przemyśleń. Główne pytanie, jakie zadałam sobie po przeczytaniu ostatniej strony, brzmiało: „Czy przypadkiem przez własną głupotę i bezmyślność nie sprawiam komuś cierpienia?”. Nie pozostaje mi już właściwie nic, jak tylko gorąco polecić tę pozycję.
Karolina "Kariolka" Burda
dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka.

autor: Terry Pratchett
tytuł: Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie
tytuł oryginału: The Amazing Maurice and His Educated Rodents
język oryginału: angielski
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2011
miejsce wydania: Warszawa
oprawa: miękka
ilustracja okładkowa: Paul Kidby
ISBN: 978-83-7648-625-3
liczba stron: 212
cena: 29,90 zł
















































