Dawca Pamięci (2014) - recenzja

    Dawca to wydana w 1993 roku i skierowana do młodszego czytelnika dystopijna powieść autorstwa Lois Lowry, starająca się wyjaśnić dzieciom kwestie uczuć, śmierci, roli w społeczeństwie, eutanazji, emocji i podobnych delikatnych spraw. Stanowiąca część luźnego czteroksięgu opowieść o jedenastoletnim Jonasie zdobyła wiele nagród i stała się jedną z najchętniej czytanych książek przez amerykańskich sześcioklasistów. Film nie ma co liczyć na równie dobre wyniki.

    „Najbardziej szokująca wizja przyszłości, jaką widzieliście”
    O ile idziecie do kina po raz pierwszy w życiu i nigdy nie słyszeliście takich terminów jak „postapokalipsa” albo „utopia”. Posługiwanie się bowiem powyższym hasłem reklamowym w czasach wielkiej popularności Igrzysk Śmierci i podobnych historii o dystopijnych światach o bliżej niesprecyzowanej przeszłości jest proszeniem się o kłopoty. A te Dawcy Pamięci nie ominą, gdyż w filmie nie ma niczego nowego. Zupełnie. Oto świat dotknęła kolejna bliżej niesprecyzowana zagłada, więc ludzie zaczęli żyć w ściśle kontrolowanych społecznościach i farmakologicznie eliminować uczucia. Tym razem standardowym odstępstwem od normy jest Jonas, dzięki „widzeniu więcej od innych” mianowany na przyszłego Dawcę Pamięci, osobę przechowującą wspomnienia przodków do entego pokolenia wstecz, służącą jako doradca sprawujących władzę. Nasz główny bohater szybko zrozumie, że kiedyś życie wyglądało inaczej, zapragnie przywrócić stary, w jego oczach lepszy, porządek i tak dalej, dobrze wiecie, na czym ta gra polega.

    Pierwszym nieuniknionym porównaniem, zwłaszcza ze strony nieco bardziej ogarniętych w temacie widzów, będzie Equilibrium z roku 2002, i przy takiej konkurencji Dawca przegrywa z kretesem. Nie z powodu nieobecności pozbawionych poczucia humoru kapłanów i ich fikuśnych technik walki dwoma pistoletami, chociaż to jedna z istotniejszych przyczyn, ale zwyczajnej naiwności świata. Kamery na każdym rogu i ściśle kontrolowana liczebnie populacja, a władza nie jest w stanie na czas wykryć i zapobiec planom Jonasa. Siły porządkowe posługują się jedynie bronią kontaktową, gdy szybciej i efektywniej byłoby strzelić w kolano. Dawca przekazuje swemu uczniowi wspomnienia na dobre słowo i skrzyżowanie palców, bo ma specjalne znamię, zapewne o jakichś magicznych właściwościach. Stosik bzdur wieńczy epilog, wyglądający jak wycięty z Opowieści z Narnii albo innego wysokobudżetowego fantasy ostatnich lat, możliwy do streszczenia słowami „bo magia”.


    Te i inne fabularne bzdurki rozmaitego kalibru nie byłyby problemem w produkcji skierowanej do młodych widzów, oglądających w kinie wygłupy Szczerbatka i spółki, ale Dawca nie jest dla nich. Jakiś inteligent, zapewne z działu marketingu, wpadł bowiem na pomysł, by uczynić z filmu kolejną produkcję nurtu Young Adult. A przynajmniej udawać, że do niej należy, do czego swoje trzy grosze dorzuciły trailery, reklamując zupełnie inną produkcję, niż tę wysłaną do kina. Tym sposobem otrzymujemy „szokującą wizję przyszłości”, która na tle wielu innych dzieł kultury (Warhammer 40K, Mad Max, Rok 1984 i tak dalej) nie jest ani szokująca, ani zbyt logiczna, z głównym bohaterem mającym absolutną i niezaprzeczalną rację mimo sensownych argumentów drugiej strony – bo jest głównym bohaterem, więc oczywiście, że ją ma – i wręcz disneyowskim happy endem. Na tym tle powszechnie krytykowana za fabułę Lucy prezentuje się głęboko i realistycznie.

    Dodam od razu, że jeśli liczycie na prezentowaną w zwiastunach akcję, to lepiej idźcie na Niezniszczalnych 3. Albo nawet wspomnianą już Lucy. W Dawcy obejrzycie tylko jedną w miarę wykazującą oznaki życia sekwencję oraz kilka pojedynczych scenek, gdzie coś się dzieje, ale zaraz kończy, bo nie ma jak i po co ciągnąć tego dalej. Ale nawet ten rodzynek nie jest ani smaczny, ani szczególnie ładnie podany. Ot, pościg na nogach, pościg na maszynach i jedna, nazwijmy ją, sztuczka kaskaderska. Reszta filmu to rozmowy, więcej rozmów oraz przebitki z rozmaitych dokumentów, przez ukazanie cudów różnorodności naszego świata starających się przekonać widza, że Jonas ma rację, a reszta nie. Oraz szarość, która co prawda pasuje do założeń fabuły, ale w czasie seansu głównie jest, aż się prosząc o lepsze wykorzystanie.

    „W obsadzie filmu legendy kina - laureatka 3 Oskarów...”


    Niektórzy krytycy sugerują, że reklamowanie filmu poprzednimi dokonaniami ekipy jest sugestią niskiej jakości ich nowego dzieła. Idąc tym tropem rozumowania, chwalenie się liczbą zdobytych przez aktorów Oskarów można porównać do namalowania tarczy strzelniczej na środku czoła. Tak, obsada jest gwiazdorska. Tak, Jeff Bridges i Meryl Streep kradną wszystkie sceny ze swoim udziałem, chociaż ten pierwszy zdaje się znów grać entą wariację Wielkiego Lebowskiego, patrz też Tron: Dziedzictwo. Owszem, Brenton Thwaites świetnie się sprawdza w roli Jonasa i prawdopodobnie będziemy mogli częściej oglądać go na dużym ekranie, ale Dawca to historia jednej osoby oraz świata, w którym przyszło jej żyć. W efekcie reszta aktorów otrzymała ściśle dozowany czas ekranowy, co w przypadku Taylor Swift sprowadziło się do dwóch scen, liczących łącznie niecałe pięć minut. Wciąż lepiej, niż dziesięć sekund ZombieBoya z 47 Roninów, ale wciąż dużo za mało, by umieszczać ją na ulotce i to nawet pomimo dość istotnej roli w fabule. O pozostałych aktorach mogę napisać tyle, że świetnie wypadają w rolach szarych ludzi w szarym świecie, bo takie przecież otrzymali.

    Nie mieli zresztą zbyt wiele czasu na pokazanie swych talentów, gdyż Dawca trwa ledwo półtora godziny z paroma minutami, co w połączeniu z wolnym, leniwym wręcz tempem akcji powoduje, że każda scena ciągnie się jak najnudniejszy wykład świata. Dużo słów, więcej obrazów, ale gdyby zrobić podsumowanie, to w zasadzie niewiele się wydarzyło. W Lucy to wychodziło, bo wątków i postaci, a co za tym idzie historii do opowiedzenia, było bardzo mało. Tutaj mamy kwestię dystopijnego świata, niedopasowania głównego bohatera, przeszłości Dawcy Pamięci, mocno niewykorzystany wątek romansowy zahaczający o trójkąt (w paru scenach dosłownie), małe dziecko ważniejsze od pozostałych i jeszcze więcej. Film aż do epilogu mnoży pytania, by na sam koniec pozostawić większość z nich bez odpowiedzi, co najwyżej z sugestią, że do tej pory wszystko działało niewłaściwie, ale teraz świat wrócił na właściwe tory. Dokładnie jak w Elizjum, gdzie wystarczy pstryknąć palcami, by piękne zakończenie rozpadło się jak domek z kart. Co gorsza, w przeciwieństwie do Equilibrium Dawca nie wyjaśnia, co takiego zmusiło ludzi do całkowitej zmiany światopoglądu. I zanim ktoś zaprotestuje – III Wojna Światowa to zdecydowanie lepsze wyjaśnienie, niż znana jedynie z nazwy i nie dająca żadnego kontekstu katastrofa.

    Możliwe, że odpowiedzi pojawią się w kolejnych częściach. Możliwe, że nigdy nie miały się pojawić. Nie zmienia to faktu, że seans jest konfundujący, a dystopijne science-fiction prędko porzuca ostatnie dwa słowa i tłumaczy, że uczucia, rodzina, wszystkie pozytywne i negatywne strony naszego chaotycznego świata są dobre, wspaniałe, czynią ludzi ludźmi i powinny jak najszybciej wrócić. Co działałoby zdecydowanie lepiej, gdyby widz mógł się dowiedzieć, co skłoniło świat do ich odrzucenia. Bez tego dyskusja staje się bezprzedmiotowa, prowadzona na zasadzie „świat jest fajny taki, jaki jest”, chociaż film jasno daje do zrozumienia, że wcale nie musi taki być, a już szczególnie z ludźmi w okolicy.

    „Nic nie jest takim, jakim się wydaje”


    Wizualnie film jest poprawny, tak w szarości, jak i kolorze. Wymagające dużego budżetu sceny mogę policzyć na palcach jednej ręki, reszta to rozmowy identycznie ubranych ludzi na tle książek albo identycznie wyglądających budynków i rowerów. Brakuje zapierających dech w piersiach albo zapadających w pamięć momentów, może za wyjątkiem szerokich ujęć na miasto, będących niczym innym, jak mokrym snem zakochanego w symetrii perfekcjonistycznego architekta. Co też tłumaczy, dlaczego film dostępny jest tylko w wersji 2D. Chociaż nie, poprawka, zastąpienie klaskania uderzaniem w kolano było całkiem oryginalne, chociaż również niewyjaśnione. Z drugiej strony jeśli taki drobiazg wskazuję jako zaletę...

    Muzycznie sam nie wiem, co sądzić. Wyszedłem z kina bez choćby jednej piosenki w pamięci, a myśląc o filmie widzę jedynie szary filtr oraz epilog, na widok którego chciałem rzucić czymś w ekran. Co jest o tyle przykre, że za ścieżkę odpowiadał Marco Beltrami, weteran branży, mający na koncie drugą część Blade, pierwszą Resident Evila, Hellboya, najnowszą Carrie i wiele innych niekoniecznie wybitnych, ale co najmniej dobrych muzycznie produkcji, zdobywających wyższe noty dzięki jego pracy. W Dawcy muzyka jest i to wszystko, co mogę na jej temat napisać i nawet przejrzenie playlisty na iTunes oraz odsłuchanie pojedynczych kawałków nie było w stanie tego zmienić.

    „Poruszająca wizja przyszłości”


    Może jestem dla filmu nieco zbyt surowy, ale dawno nie czułem takiego rozczarowania po wyjściu z sali kinowej. Poczucia, że obejrzałem coś mającego zadatki na bycie może nie wielkim, ale bardzo dobrym filmem, zarżniętego przez kiepski marketing oraz reżysera nieumiejętnie obchodzącego się z materiałem źródłowym. Jak Transformers, tylko bez zasłaniających scenariuszową pustkę wybuchów. Dawca jest tak boleśnie niedoskonały, tak przerażająco naiwny, tak niewyróżniający się na tle konkurencji, że aż ma się ochotę zrobić komuś za to krzywdę. Koncept na papierze wyglądał wspaniale, ale realizacja skręciła w najgorszą możliwą stronę, uprzednio wyrzuciwszy mapę przez okno. Tak powstała produkcja, którą warto obejrzeć tylko w zaciszu domowym, o ile nie macie niczego lepszego do roboty.

    Tekst: Łukasz "Salantor" Pilarski
    Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

    Film obejrzeliśmy dzięki
    uprzejmości Cinema City.

    Tytuł: Dawca Pamięci
    Tytuł oryginalny: The Giver
    Gatunek: Dramat, Sci-Fi
    Czas trwania: 94 minuty
    Kraj produkcji: USA

    Obsada:

    Dawca: Jeff Bridges
    Jonas: Brenton Thwaites
    Fiona: Odeya Rush
    Asher: Cameron Monaghan
    Przewodnicząca Rady Starszych: Meryl Streep

    Produkcja:

    Reżyseria: Phillip Noyce
    Scenariusz: Michael Mitnick, Robert B. Weide
    Studio: As Is Productions, Tonik Productions, Walden Media

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany
    Veris
    Ja od samego początku byłam

    Ja od samego początku byłam bardzo sceptyczna do tego filmu. Już zapowiedź pierwsza biła po oczach marnością wykonania, tak więc nawet nie marnowałam kasy na bilet do kina i - jak widzę - marnować nie muszę.

    YoAnna
    Obrazek użytkownika YoAnna
    Zastanawiałam się czy

    Zastanawiałam się czy oglądnąć, ale czytając kolejną niezbyt pochlebną opinię daruje sobie. Nawet Meryl mnie raczej nie przekona.