Demon Luster (Martyna Raduchowska) - recenzja premierowa

    Wydana w roku 2011 Szamanka od umarlaków była zgrabnie napisaną powieścią z dużą dawką magii, niewymuszonego humoru oraz zakończeniem dającym jasno do zrozumienia, że to nie jest ostatnie słowo autorki. Kolejne wypowiedziała dwa i pół roku później, gdy fakt istnienia pierwowzoru dawno wyleciał mi z pamięci. Co nie okazało się wielkim problemem, gdyż Demon Luster jest zarazem kontynuacją Szamanki, jak i samodzielną powieścią.

    Ten dualizm wynika z faktu, że historia piekielnego jegomościa zamieszkującego powierzchnie szklane ciągnie wątki z opowieści o specjalistce od zdechlaków, ale traktuje czytelnika jak świeżaka, co to poprzednią książkę widział przelotnie na półce w księgarni. Pierwszy rozdział to jedno wielkie streszczenie wcześniejszych przygód Idy, pechowego medium beztalencia, zawierające w sobie wszystko, co trzeba wiedzieć dla zrozumienia fabuły powieści. Z perspektywy osoby, która po latach niewiele pamiętała z Szamanki zapewniam, że tak napisany początek przypadnie do gustu zarówno nowym, jak i powracającym na stare śmiecie odbiorcom, nie obrażając inteligencji żadnej z tych grup.

    Demon to, w największym skrócie, nieślubne dziecko horroru i kryminału, z urban fantasy i komedią w roli rodziców chrzestnych. Z jednej strony mamy dawno zamkniętą i traktowaną jak temat tabu sprawę serii morderstw na czarodziejach, garść upiornych wizji z umarlakami, demonami i ponurą atmosferą w rolach głównych oraz czającą się za rogiem wielką katastrofę, u źródeł której leżą głupota i pech (a nawet Pech). To wszystko doprawione zostało szczodrą garścią przekomarzanek, ciętych ripost oraz czerpiących z klasycznych motywów wątków fantastycznych (nekromanci, światy po drugiej stronie lustra, antydemoniczne pistolety w kształcie krzyży i tak dalej).

    To wszystko brzmi jak przepis na piękną katastrofę i czasami dzieli ją od niej jedynie krok. Atmosfera niektórych rozdziałów skacze od stosunkowo lekkiej i wesołej do tak ponurej, że brakuje im jedynie grających w tle organów. Czasem przejście od komedii do dramatu czy horroru następuje na przełomie kilku stron, co zmusza do zastanowienia się, czy waćpanna Raduchowska na pewno wie, co robi, każąc swojej bohaterce najpierw wysłuchać mrożącej krew w żyłach historii życia towarzysza niedoli, by kilka akapitów niżej toczyć zaciekły spór z ciotką Teklą, trzymając na kolanach futrzastego łapacza snów. A potem opowieść idzie dalej przed siebie, zostawiając czytelnika z wrażeniem, że nie, wszystko jest na swoim miejscu i nie ma powodów do obaw, które to wrażenie utrzymuje się aż do ostatnich stron i czas jakiś po lekturze.

    Co się składa na taki efekt? Mógłbym napisać, że praktycznie wszystko i ruszyć dalej, ale byłoby to z deka nieprofesjonalne, więc pochylmy się nad każdym fragmentem z osobna. Przede wszystkim – fabuła. Demon to jedna z tych historii, gdzie wiele wydarzeń rozgrywa się w tym samym czasie, mniej więcej połowa z nich jest albo częściowo, albo kompletnie niezrozumiała, a kolejne strony są przewracane z myślą „czort, muszę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi”. I koniec końców dowiedziałem się, chociaż całość była zamotana jak słuchawki po miesięcznym leżakowaniu w kieszeni i okazjonalnie wymagała zatrzymania się, ponownego przeczytania jakiegoś fragmentu i wysilenia pamięci, żeby powiązała już poznane fakty.

    Druga składowa – bohaterowie. Wesoła zbieranina charakterów, ograniczona do ledwo paru głównych postaci: pechowej Idy, jej zrzędliwej ciotki Tekli, sympatycznego podkomisarza Kruchego, Rudej, czarownicy z charakterkiem oraz najlepszego tajnego agenta na świecie, Kwiatuszka. Jest jeszcze niejaki Wroński w roli szwarccharaktera i Tego Złego, Co Dużo Może, ale przez większość czasu występuje jedynie w formie straszaka i dodatkowego motywatora do działania. Ta wesoła gromadka ma ze sobą nadzwyczaj dużo kontaktu, gdyż Demon w znacznej części oparty jest na dialogach i interakcjach między postaciami. Bardzo wiarygodnych i zabawnych dialogach, należałoby dodać.

    Składowa trzecia – język. Waćpanna Raduchowska ma brzydki zwyczaj wstawiania na koniec dłuższych partii tekstu zdań sugerujących, że niedostatecznie uważałem przy lekturze i trzeba mi to i owo przypomnieć. Znaczy zapychaczy. Ewentualnie budowania nazbyt wielokrotnie złożonych konstrukcji słownych, które należy przeczytać minimum dwa razy, co by nie pominąć istotnych szczegółów. Obu tych rzeczy nie ma zbyt dużo, ale jak już się trafią, to kłują w oczy. Co poza tym mogę powiedzieć? Demon napisany został poprawną, niezbyt wybujałą polszczyzną (proste słowa, brak żonglowania czasami zaprzeszłymi i podobne), wulgaryzmów w nim tyle, co trucizny w zapałce, znalazłem jedno miejsce sugerujące brak ważnego słowa i całe zero literówek. Plus rozsiane po książce adnotacje informują, że mój egzemplarz jest przed ostateczną korektą, więc wysłane do księgarni powinny być jeszcze lepsze.

    Chwalę i chwalę i tak sobie myślę, że dla równowagi powinienem Demona Luster trochę mocniej zganić, ale powiem Wam w zaufaniu, że nie mam zamiaru. Kontynuacja Szamanki to zacna powieść, która powinna się spodobać zarówno wiernym, jak i całkiem świeżym czytelnikom waćpanny Raduchowskiej. Mam tylko nadzieję, że na kolejne przygody Idy nie będę musiał czekać następnych dwóch lat ze sporym hakiem. Bo coś mi podpowiada, że takowe bez wątpienia powstaną.

    Łukasz „Salantor” Pilarski
    Redakcja i korekta: Monika „Katriona” Doerre

    Tytuł: Demon Luster
    Autor: Martyna Raduchowska
    Redakcja: Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska
    Wydawca: Fabryka Słów
    Projekt okładki: Paweł Zaręba
    Ilustracja na okładce: Dominik Broniek
    Miejsce wydania: Lublin
    Wymiary: 125 x 195
    ISBN: 978-83-7574-989-2
    Data wydania: 2014
    Liczba stron: 460

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany
    Mała Pisareczka
    Obrazek użytkownika Mała Pisareczka
    Chętnie bym sobie taką

    Chętnie bym sobie taką książkę przeczytała :D