Doktor Sen (Stephen King) - recenzja

    Dopóki nie zaśniesz

    Najnowsze dzieło Stephena Kinga, „Doktor Sen” od momentu pojawienia się w zapowiedziach wydawniczych, należało do jednych z najbardziej oczekiwanych książek roku 2013. Fakt ten wcale nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę to, że historia ta stanowi kontynuację bestsellerowego „Lśnienia”, które w Polsce zostało po raz pierwszy wydane w 1977 roku i od tamtego czasu jest jedną z najpoczytniejszych powieści króla horroru. Dlatego też przed lekturą recenzowanego dzieła postanowiłam sobie odświeżyć nieco pamięć i ponownie zagłębić się w historię rodziny Torrance. I bardzo cieszę się, że poświęciłam dodatkowy czas na lekturę, za chwilę napiszę Wam dlaczego. Najpierw jednak poznajmy po trosze fabułę najnowszej powieści Kinga.

    Śmierć to nie mniejszy cud niż narodziny.*
    * s. 524

    Minęło ponad dwadzieścia lat od wydarzeń opisanych w „Lśnieniu”. Danny Torrance, dzięki pomocy Dicka Halloranna, nauczył się kontrolować swój dar jasności, lecz nie uchroniło go to od popełnienia wielu błędów. Popadłszy w alkoholizm, podobnie jak jego ojciec, mężczyzna coraz częściej miewa problemy zarówno z otrzymaniem i utrzymaniem pracy, jak i upiorami przeszłości. Zagubiony mężczyzna, przenosząc się z miejsca na miejsce, trafia w końcu do Frazier w hrabstwie New Hampshire, gdzie odnajduje życiowe powołanie: pomaga pacjentom hospicjum w spokojnym przejściu na tamten świat. Nadal ma w głowie słowa swojego przyjaciela i mentora, Dicka, twierdzącego, że na świecie żyje więcej osób obdarzonych jasnością, w mniejszym lub większym stopniu. I choć jasność Dana jest silna, to wkrótce po osiedleniu się mężczyzny we Frazier na świat przychodzi Abra, dziewczynka, u której dar okazuje się o wiele mocniejszy niż u głównego bohatera. Z tego też powodu dziecko będzie ścigane przez Zło, ukryte pod postacią Prawdziwego Węzła i przewodzącej mu Rose Kapelusz. Zrobią oni wszystko, by dostać Abrę w swoje ręce i wydobyć z niej to, co najcenniejsze: życiodajną parę...

    Nazywałem jego picie Złą Rzeczą, pomyślał Dan. Tyle że czasem jest to Dobra Rzecz. Kiedy budzisz się z koszmaru, który, jak wiesz, w co najmniej pięćdziesięciu procentach, wziął się z jasności, to Bardzo Dobra Rzecz.**
    ** s. 97

    Choć lektura „Doktora Sen” dawno za mną, to nadal pozostaję pod dużym wrażeniem wyobraźni Kinga. Nie żeby w jakiś sposób zaskoczył on swoich czytelników kreowaniem fabuły czy wprowadzaniem nowych elementów do sposobu opowiadania historii. W tym momencie chodzi mi o postać Danny’ego, chłopca, który przez tyle lat istniał w jego wyobraźni, dorastając, wchodząc w wiek męski, po prostu żyjąc. Bo takie właśnie wrażenie odnosi się w trakcie lektury „Doktora Sen”, że King nie wyciągnął go po prostu z kapelusza i postawił na scenie przed tłumem niecierpliwych widzów. Nie, Dan przeżył swoje, jego dzieciństwo nie było łatwe, co w znaczny sposób ukształtowało mu psychikę i charakter. I choć lata burzliwej młodości ma on już za sobą, to wraz z kolejnymi rozdziałami czytelnik odkrywa, że tak naprawdę bohater dopiero zaczął wchodzić w dorosłość, tę prawdziwą, mentalną. Odnalazłszy swój cichy kącik w New Hampshire zdaje się właśnie teraz doceniać swój dar oraz to, jaki niesie pożytek.

    Skoro istnieją siły dobra w postaci jaśniejących Dana, Abry i Billy’ego – mężczyzny, który wyciągnął pomocną dłoń ku młodemu Torrance’owi, kiedy ten przybył do Frazier – to pora na przedstawienie antagonistów, Prawdziwego Węzła. Po raz kolejny King zaskoczył mnie swoją pomysłowością. Bo choć Zło z reguły przybiera bardzo niewinną, przeciętną postać, to ubranie go w społeczność, nazwijmy to kamperską, było mistrzostwem samym w sobie. Któż by się spodziewał jakiegokolwiek zagrożenia ze strony grupki osobników podróżujących w kamperach, rozmawiających o ostatnim postoju na polu namiotowym w Kolorado i noszących koszulki z napisami oświadczającymi wszem i wobec, iż kochają stan Nebraska. Ot, pokolenie dzieci-kwiatów, make love not war, chciałoby się rzecz. Nic bardziej mylnego. Prawdziwy Węzeł, czyli swoiste wampiry energetyczne czerpiące swoją moc oraz długowieczność z energii (pary) ludzi jaśniejących, konkretniej... dzieci. Im młodsze, tym lepsze... Lecz kto by powiązał zniknięcia pojedynczych małolatów z przejeżdżającą niedaleko kawalkadą kamperów? Wszak to tacy nieszkodliwi ludzie...

    Koniec końców życie jest głupie jak te bójki. Świat to nie hospicjum ze świeżym powietrzem, świat to hotel Panorama, gdzie zabawa nigdy się nie kończy. Gdzie zmarli żyją wiecznie.***
    *** s. 108

    Tak, zmarli u Kinga żyją wiecznie, w szczególności ci z książki „Lśnienie”. Bowiem wiele z wydarzeń opisanych w „Doktorze Sen” to echo historii opisanej w wyżej wspomnianej powieści. Duchy pani Massey czy pana Derwenta, pamiętna noc w Panoramie, udział Halloranna w tamtych wydarzeniach... Bez znajomości wspomnianej przed chwilą powieści nie ma co się zabierać za czytanie „Doktora Sen”, bo nie zrozumie się wielu rzeczy, nie pokojarzy wielu faktów. Oczywiście nie jest to żaden wymóg, każdy zrobi, jak uważa. Ja jednak pozostanę przy zdaniu, że wcześniejsza lektura bestsellerowego „Lśnienia” tylko wyjdzie na dobre czytelnikom, którzy mają w planach zapoznanie się z najnowszą książką Kinga.

    Zastanawiam się na ile można nazwać „Doktora Sen” kontynuacją powieści z 1977 roku. Fakt jest taki, że łączą je osoby i niektóre wydarzenia, lecz problematyka okazuje się zupełnie inna. O ile „Lśnienie” ukazało narodziny problemu, jakim był obłęd Jacka, tak recenzowane właśnie dzieło Kinga koncentruje się na skutkach podjętych decyzji, czynów. W pewnym sensie obłęd zgasł, wypalił się, teraz pozostało pokazanie jego konsekwencji.

    „Doktor Sen” jest, podobnie jak „Lśnienie”, powieścią grozy z mocno zaznaczonym wątkiem psychologicznym. Akcja przebiega wielotorowo, lecz nie sprawia problemów z odnalezieniem się w niej. Nie jest przy tym napuszona czy przesadzona. King wszystko sobie dokładnie przemyślał – choć jego list do fanów wyraźnie mówi, że obawiał się reakcji odbiorców na napisane dzieło – i stworzył książkę o niesamowitej atmosferze, która ma w sobie to coś, co wręcz zmusza do zagłębienia się w jeszcze jeden rozdział... i jeszcze jeden... aż nagle czytelnik spostrzega, że właśnie skończył ostatnie zdanie i jedyne, co przychodzi mu na myśl, to „dlaczego tak szybko?!”. Tak przynajmniej było w moim przypadku, w „Doktora Sen” po prostu się zaczytałam.

    Co tu więcej pisać, najnowszą powieść mistrza horroru, Stephena Kinga, polecam wszystkim.

    Anka „Wiedźma” Chramęga
    Redakcja i korekta: Monika „Katriona” Doerre

    Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękujemy Wydawnictwu Prószyński i S-ka


    Tytuł: Doktor Sen
    Autor: Stephen King
    Tytuł oryginalny: Doctor Sleep
    Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
    Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
    Data wydania: wrzesień 2013r.
    Ilość stron: 656
    ISBN: 978-83-7839-618-5
    Okładka: miękka ze skrzydełkami

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Polski