Elizjum (2013) - recenzja

Do nowego filmu Neilla Blomkampa podchodziłem ze sporą rezerwą. Nie dlatego, że nie oglądałem Dystryktu 9 i nie wiedziałem, czego się po tym konkretnym reżyserze spodziewać, tylko z powodu głównego motywu. Przeludniona, zanieczyszczona i zanarchizowana Ziemia oraz stacja kosmiczna pełna obrzydliwie bogatych i zdolnych wyleczyć każdą chorobę wybrańców kuszą, by z biedaków uczynić niewinne ofiary opresyjnego systemu, a elicie dorysować rogi i krew ściekającą z palców. Wystarczy dodać odważnych i honorowych bojowników ruchu oporu, jakiegoś tyrana trzymającego to wszystko żelazną ręką, komentarz polityczno-społeczny odnoszący się do aktualnych wydarzeń i voila, otrzymujemy kolejnego członka grupy sztampowych do bólu filmów. Na szczęście dołączenie do tego elitarnego klubu nie grozi Elizjum nie grozi, a przynajmniej nie tak bardzo, jak się tego obawiałem.

Anno Domini 2154
Za mniej więcej sto pięćdziesiąt lat Zielona Planeta straci prawo do noszenia tego miana, a wszyscy mogący pochwalić się grubszym portfelem przeprowadzą się na orbitę, do wielkiej stacji Elizjum, wyglądającej podobnie do Cytadeli z Mass Effect, tylko okrągłej, a nie podłużnej. Na miejscu do ich dyspozycji zostaną oddane wszystkie znane ludzkości luksusy, maszyneria zdolna doprowadzić ciało do stanu idealnego oraz wspaniały widok na mocno zniszczoną, trzecią planetę od Słońca. Z kolei na dole, w Los Angeles, mieszkać będzie Max, sierota brazylijskiego pochodzenia, były przestępca, a obecnie pracownik fabryki androidów, którego przewidywana długość życia ze względu na poważny wypadek skurczy się do pięciu dni. Dlatego, nie bacząc na koszta ani dobre rady przyjaciół, zapragnie dostać się na Elizjum i skorzystać z pomocy elektronicznego Jezusa.

Pierwszym jasnym punktem filmu okazała się sylwetka głównego bohatera, granego przez Matta Damona Maxa, dla którego motywacją nie jest pragnienie uczynienia świata szczęśliwszym czy też zemsta na tych obrzydliwie bogatych draniach z orbity (bo sam motyw się pojawia, ale trochę na uboczu), tylko ocalenie własnej skóry. Żadnych gadek o pomocy uciśnionym, wspólnej walki za sprawę i tak dalej, tylko zwykła chęć przetrwania jeszcze kilku lat we względnym zdrowiu. Znaczy nie do końca, ale nie chcę niczego zdradzać. Max to przeciętny człowiek z ulicy (do tego nie Amerykanin bądź Europejczyk, tak dla odmiany), zapominający, kiedy należy trzymać język za zębami, gotów zaryzykować, gdy zajdzie taka potrzeba, zmuszony przez niekorzystne okoliczności do podjęcia się bardzo trudnego zadania, a nawet modyfikacji ciała (ukazanej w trailerze. Możecie opuścić tabliczki z napisem Spoiler!). Co nie tłumaczy jego wysokich umiejętności posługiwania się bronią palną i prania niemilców po gębach, ale jest to część szerszego problemu.

Porządki świata przyszłości
Widzicie, w filmie wyjaśniono, że rząd planetarny z prezydentem i jego skromną grupą ministrów (naliczyłem koło sześciu osób) przeniósł się na orbitę, czyniąc ze stacji centrum światowej polityki. Do tego jeden z klnących na decydentów bohaterów nie patrzy w ziemię, tylko grozi widocznemu na niebie torusowi, więc pewno cała kasta rządząca mieszka właśnie tam. Ale nigdzie nie dano nawet drobnej sugestii, jak ten system działa. Czy prezydenta wybierają tylko obywatele stacji? Ludzie na dole muszą podporządkowywać się surowemu prawu federalnemu, ale czy mogą wpłynąć na jego kształt? Jakie są zależności między orbitą i planetą, poza tym, że jedna strona dysponuje pieniądzmi i władzą, a druga tłoczy się w przepełnionych szpitalach? Policyjne androidy traktują mieszkańców Ziemi jak bydło, a jeden z ubranych w garnitur poważniaków zakrywa nos i prosi, by robotnicy nie oddychali w jego stronę, ale z drugiej strony prezydent nie zgadza się na użycie brutalnej siły wobec nielegalnych imigrantów. Dlaczego? Czy jest wyjątkiem? Zwykłym ludziom żyje się średnio, ale lekarz może pozwolić sobie na bogato urządzone mieszkanie z płaskim telewizorem Ultra HD w zestawie. Jakie jeszcze grupy są bardziej uprzywilejowane?


Tego typu pytań można postawić mnóstwo i szkoda, że nie zdecydowano się na udzielenie na nie odpowiedzi, bo przez cały seans miałem poczucie obcowania jedynie ze szkicem czegoś większego, wycinkiem dużo bardziej rozbudowanej historii, przy ponownym czytaniu której autor nie dostrzegł i nie uzupełnił kilku rzucających się w oczy braków. Albo dostrzegł i połatał dziury, ale powstałego molocha należało potraktować redaktorskimi nożycami. Co traktuję jako spora wadę, bo nakreślona w pierwszych minutach filmu wersja przyszłości aż prosi się o szerszy, bogatszy w szczegóły komentarz, a nie jedynie garść sugestii porozrzucanych to tu, to tam.

Problem mam również z postaciami kobiecymi (oraz pobocznymi, z bardzo skromnie nakreślonymi charakterami i motywacją). Jodie Foster w roli Sekretarz Obrony Delacourt przez większą część filmu daje radę. Przynajmniej do momentu, gdy widz zadaje sobie pytanie o powody jej działań, same w sobie sensowne, ale pozbawione mocniejszych, bardziej sprecyzowanych podstaw. Jej nieznoszący sprzeciwu głos idealnie pasuje do kobiety na wysokim stanowisku i jestem odrobinę zawiedziony, że drzemiący w niej potencjał nie został w pełni wykorzystany. Nie mówiąc o tym, że w jednej scenie cała osobowość nagle wyparowuje, nie wiedzieć czemu. Z kolei Alice Braga jako Frey mocno odstaje. Aktorka z niej dobra, ale dostała do grania postać niby dla fabuły bardzo istotną, ale za słabo scharakteryzowaną. Było jej tam dużo za mało, tak iż w paru momentach – a zwłaszcza drugiej połowie seansu – sprawiała wrażenie statystki, dla niepoznaki obdarzonej imieniem i motywacją. Parę osób z pewnością ponarzeka na jej małą córeczkę, pełniącą jedynie rolę motywatora dla obu głównych postaci, ale opowiedziała mi ładną bajkę, więc nie widzę problemu.

Z innych członków obsady wielkie brawa należą się Sharlto Copley’owi, którego obdarzony silnym akcentem bezwzględny najemnik Kruger, z każdym oddechem zatruwający świat czystym sukinsyństwem zmieszanym z dwutlenkiem węgla, a pod koniec filmu okazujący się kimś nieco innym, niż się wydawało (kto obejrzy, ten zrozumie, o co mi chodzi). Do tego nie rozpoznałem w nim Murdocka z nowej Drużyny A, więc dodatkowy plus za charakteryzację i drugi za jego dwóch towarzyszy broni, zachowujących się w sposób, jakiego spodziewałbym się po zawodowych żołnierzach z dystansem podchodzących do swojej pracy..

Co widać i słychać
Mamy więc nieźle zarysowany, ale cierpiący na braki w szczegółach, świat przyszłości, niebezpiecznie ocierający się o klasyczny model podziału charakterów według posiadanych bogactw (ktoś mógłby powiedzieć, że metaforę współczesnego świata), grupę aktorów grających a nie deklamujących swoje role (można mnie za to skarcić, ale będę bronił każdego artysty potrafiącego operować mięśniami twarzy) oraz niezgorszą fabułę z kilkoma, nawet odrobinę zaskakującymi, zwrotami akcji (oraz kilkoma dziwacznymi, zwłaszcza pod sam koniec). To wszystko okraszono wartymi setki milionów dolarów efektami specjalnymi, do których słowo “przepiękne” pasuje tak samo jak oranżada z Biedronki do drogiego posiłku w restauracji. Olbrzymie, brudne i zrujnowane Los Angeles zapiera dech w piersiach, ale prawdziwym majstersztykiem okazuje się dopiero sterylne, stechnicyzowane Elizjum (wspominałem, że wyglądające niczym Cytadela?). Dawno nie widziałem obiektu z tak dobrze dobraną nazwą, godnego umieszczenia w ramce z podpisem „miejsce, w którym warto żyć”. Dodajmy do tego efektownie rozpryskującego się w trybie slow motion androida (oraz jeszcze piękniej eksplodujące i rozrywane na kawałki ludzkie ciała), ujęcia z orbity na zniszczoną Ziemię, futurystyczne interface’y, efekty strzałów z broni palnej czy też toporne w swej konstrukcji egzoszkielety, a wyjdzie na to, że spece od efektów nie otrzymali pieniędzy za nic.

I nie, nie jestem psychopatą. Ja tylko doceniam wspaniale wykonane sceny śmierci.


Ciężko z kolei powiedzieć coś więcej o muzyce. Znaczy, jak się pojawiała, to przyznaję, trudno było uznać ją za słabą, ale tuż po wyjściu z kina miałem problem z przypomnieniem sobie co bardziej charakterystycznych kawałków. Może to wynikać z dwóch czynników: albo sam film tak mnie wciągnął, że nie zwracałem uwagi na dźwiękową oprawę – co przy jego jakości jest bardzo prawdopodobne – albo została ona skrzętnie przesunięta na drugi plan, co by nie zawadzać. Dopiero ponowne przesłuchanie uświadomiło mi, że orkiestralny, z małym dodatkiem elektroniki, debiut Ryana Amona świetnie się wpasował w ponurą wizję przyszłości, przygrywając smutno (ale nie smętnie) w retrospekcjach i momentach dramatycznych, a żywiej w czasie walki na pięści, noże i broń palną różnego kalibru. Co prawda, w niektórych momentach brzmi dość standardowo, Zimmerem i innymi zasłużonymi nazwiskami, od lat grającymi według kilku schematów, ale nie bądźmy zbyt surowi dla świeżaka w tej branży.

Raj na orbicie
No może nie do końca, bo w czasie seansu co jakiś czas pojawiają się większe i mniejsze zgrzyty, a podniosłe (oraz nieco oderwane od reszty fabuły) zakończenie – co samo w sobie wywoła skrzywienie na twarzach co poniektórych – zmusza do zadania kilku wartych odpowiedzi pytań (może w sequelu?), ale nie zmieniają one faktu, że Elizjum to dobry film. Spotkałem się z głosami, że słabszy od Dystryktu 9, co prawdopodobnie czyni z tego drugiego arcydzieło, bo najnowsza produkcja Blomkapma warta jest wydanych na nią pieniędzy. Choćby za to, że okazała się czymś całkiem innym, niż zakładałem, co w dobie trailerów „po obejrzeniu mnie nie musisz już iść do kina” stanowi spore osiągnięcie.

Tekst: Łukasz "Salantor" Pilarski
Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

Film obejrzeliśmy dzięki
uprzejmości Cinema City.

Tytuł: Elizjum
Tytuł oryginalny: Elysium
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Czas trwania: 109 minut
Kraj produkcji: USA

Obsada:

Max: Matt Damon
Delacourt: Jodie Foster
Kruger: Sharito Copley
Frey: Alice Braga
Spder: Wagner Moura

Produkcja:

Reżyseria: Neill Blomkamp
Scenariusz: Neill Blomkamp
Studio: Media Rights Capital, TriStar Pictures

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany