Harry Potter i wężouste fantazje - Rozdział II: Eskorta [+18]

    Rozdział II:
    Eskorta

        Harry’emu nie zostawiono jednak zbyt wiele czasu na rozmyślania – od zadumy nad życiem seksualnym Hedwigi oderwał go głośny huk. Myśl o tym, że Dursley’owie zapomnieli zamknąć drzwi, zakwitła w jego umyśle błyskawicznie, ale pomysłu na to, kto mógł otworzyć je z taką siłą, że wyrwał je z zawiasów i rzucił na podłogę, w pierwszej chwili nie miał. Otępienie, wywołane mieszkaniem przy Privet Drive 4, spowodowało, że z początku powiedział sobie jedynie: „Człowiek nie dałby rady…”, dopiero później Harry stwierdził, że może i człowiek by nie dał, ale przecież on znał nie tylko ludzi. I faktycznie, już po chwili dobiegł go okrzyk:

        - Cholibka, ależ te mugolskie sprzęty się psują…

        Harry, nie wierząc jeszcze własnym zmysłom, zbiegł na dół i zobaczył Hargida – gajowego Hogwartu, a zarazem jego bliskiego przyjaciela we własnej osobie.

        - Hagrid, co ty tu robisz? – wykrztusił chłopak z trudem w chwilę później, kiedy półolbrzym ściskał go mocno, niemal łamiąc mu wszystkie żebra.

        - Ja, no, tego… ekhm… No wiesz, Harry… Ja myślałem… Ekhm…

        - Dumbledore cię przysłał? – spytał młody czarodziej, domyślając się, że pewnie jest to jakaś tajna misja, o której nie może się dowiedzieć.

        - Tak, dokładnie, to Dumbledore! No, ja głupi, myślałem, że się nie skapniesz, a jednak! – przytaknął Hagrid, nieco zbyt gorliwie.

        „Czyżby coś przede mną ukrywał?”, przemknęło przez myśl Harry’emu, ale nie było mu dane rozważać więcej, gdyż Hagrid zarządził stanowczo:

        - Zaraz to po ciebie przyleci, ta, jak ich tam… eskorta! Więc szoruj do góry po kufer i widzimy się tu za pięć minut. Oddam im ciebie do rąk własnych i mogę się zmywać.

        - To ty… nie odjedziesz ze mną? – zgłupiał Harry.

        - Czy cię rozum opuścił? Na miotle cię stąd zabiorą, bo wszyscy wiedzą, że kawał z ciebie zawodnika… No a pomyśl, Harry, jaka miotła utrzymałaby starego Hagrida? Pogrzebacz by się wygiął… No, leć po twoje manatki, czy trza ci z czymś pomóc?

        - Ekhm… poradzę sobie… - mruknął chłopak, myśląc z przerażeniem, że będzie musiał stawić czoła swojemu bałaganowi, jednak wolał to, niż dopuścić, by Hagrid zobaczył jego prezenty. Kto wie zresztą, na ile on sam maczał w tym palce, w końcu dostał krawat, który według gajowego musiał być szalenie elegancki.

        Gdy Harry wracał na dół, wlokąc za sobą kufer i ściskając pod pachą klatkę z Hedwigą, ujrzał swoją eskortę. Był to jego dawny nauczyciel obrony przed czarną magią… i dziewczyna, na widok której Harry niemalże zaczął się ślinić. Była wysoka, miała nogi do samej ziemi, ponętne piersi, ciasno opięte szarym mugolskim sweterkiem i gęste, kasztanowe włosy, lekko wijące się wokół jej twarzy. Uśmiechnęła się do Harry’ego, pokazując równe, białe zęby i błyskając zielonymi oczami. Chłopakowi zawirowało w głowie na samo wyobrażenie, że jej czerwone usta mogłyby dotykać jego warg.

        - Profesora Lupina już znasz, Haryy… - zaczął Hagrid.

        - Jakiego tam profesora… - przerwał mu Lupin, ale gajowy ponownie wszedł mu w słowo.

        - Teraz poznaj Nimfadorę Tonks, to absolwentka Hogwartu, aurorka.

        Harry poczuł, że jego żołądek fiknął koziołka. Ta kobieta była nie tylko piękna, ale i zdolna. No i była aurorką, jak jego rodzice. A czym on miał jej zaimponować? Blizną na czole? Chłopak czuł, że blednie, po karku spływał mu zimny pot, a jego spodnie zdawały się robić za ciasne. Nerwowo poprawił koszulkę, upewniając się, czy zakrywa je dostatecznie.

        - W… witam… - wyjąkał, czując, że oblewa się rumieńcem. No tak, na powitanie zrobił z siebie kretyna.

        - Niestety, wzywają mnie pilne sprawy, więc nie będę mógł wam towarzyszyć przez całą drogę, Harry – powiedział ciepło Lupin. – Mam nadzieję, że dacie sobie radę. W końcu oboje jesteście młodzi, z pewnością znajdziecie wspólny język.

        Tak, język. Język Harry’ego zdecydowanie chciał mieć wiele wspólnego z językiem Nimfadory. Tylko czy jej język zechce tego samego?

        - No to chyba ruszamy? – zawołała, uśmiechając się. – Harry, nie patrz na mnie, jakbyś zobaczył ducha, i od razu mówię: nie mów do mnie Nimfadoro… Nie znoszę tego imienia. Mów po prostu Tonks.

        Tonks. Po prostu Tonks. W uszach Harry’ego łomotało, jego serce waliło szybciej niż znikał znicz, a spodnie zdecydowanie były zbyt ciasne – a przecież miał na sobie stare ciuchy Dudleya!

        Tonks. Wspólny język. Sami. Umysł Harry’ego przestał nagle rozpoznawać znaczenie wszystkich innych słów.

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus