Mały Książę w supermarkecie
„Adult Market” głosił jarzeniowy
napis na ogromnym, podświetlonym neonie dokładnie nad głową
chłopca.
- Jakby to nie można normalnie, po
polsku – mruknął pod nosem. - Niebawem wykupią nas z ostatnimi
gaciami.
W zasadzie nie do końca rozumiał kto
i kogo miałby wykupić, ale tak zawsze mawiał dziadek, zanim usnął
w fotelu i już się nie obudził. Tak samo podobno mawiał też
ojciec, zanim trzasnął drzwiami i wyszedł do innej pani, ale tego
oczywiście chłopiec pamiętać nie mógł. Robił jeszcze
wtedy w pieluchy, jak twierdziła mama. Kiedyś, tylko raz, zapytał
o ojca. W dodatku, na swoje nieszczęście, spytał dziadka.
Dowiedział się jedynie, że tamta pani była tańsza od matki.
Biedny dziadzio musiał już wtedy mieć tę swoją dem... demo...
demonicę. Nie zaraz – de... demencję. O! Tak to się nazywało! W
każdym razie musiał ją już mieć, bo przecież ludzie nie mogą
być tańsi ani drożsi. Ludzie nie mają ceny, jak towar w sklepie,
takim jak ten.
Na przykład Róża. Ona przecież
nie ma ceny. Jego Róża... Różyczka... Jak mogłaby
być albo tania, albo droga? Róża to była po prostu Róża.
No, może nie tak do końca po prostu. Róża była wyjątkowa,
jedyna i... wspaniała. Miała już szesnaście lat i była prawie
dorosła. Nosiła koronkową bieliznę, piła drinki i paliła takie
długie, kobiece papierosy. Chodziła krótkich spódniczkach,
a nogi miała długie jak... Przez chwilę szukał w głowie
porównania. Jak nogi Róży, oczywiście – dokończył
myśl w stanie nagłego olśnienia. Róża umiała się
całować, tak z języczkiem. Nauczyła go nawet.
A on... On Różę kochał. Tak
najbardziej na świecie, szaleńczo i romantycznie. Tak jak
bohaterowie książek kochają damy swojego serca. Kochał ją ponad
wszystko i ponad własne życie. Wyczytał gdzieś to zdanie i tak
strasznie mu się spodobało. Tak, że nawet powtórzył je
Róży. Ona jednak zaśmiała się tylko, tak czysto i
perliście, jak tylko Róża potrafiła. Z początku zrobiło
mu się smutno, że się z niego śmieje, ale zaraz zorientował się,
jaki jest niemądry. Róża przecież kochała go. Fakt, nigdy
tego nie powiedziała wprost, ale przecież musiała go kochać. Nie
mogło być inaczej. Opiekował się nią i robił wszystko, o co go
poprosiła. Kiedyś nawet napisał dla niej wiersz. Tylko... potem
wstydził się jej go dać. Nie był przecież poetą. Był tylko
chłopcem, a chłopcy nie potrafią przecież pisać wierszy.
Teraz też przyszedł tu dla Róży.
To przecież oczywiste, że nie dla kogo innego! W innym wypadku po
co szwendałby się po jakiś wielkich, przytłaczających marketach
z kilomatrowymi kolejkami do kas, w których siedziały
znudzone i wściekłe na cały świat paniusie. Róża jednak
czekała na prezent. Obiecał jej. Przerzekł, że przyniesie jej
najpiękniejszy prezent, jaki tylko uda mu się znaleźć. Poprosiła,
by kupił jej coś wyjątkowego, a on nie mógł jej przecież
odmówić. Odmówić? Róży? Cóż za
niedorzeczność! Róża za to też mu coś obiecała.
Powiedziała, że jak przyniesie jej naprawdę piękny prezent,
nauczy go czegoś przyjemnego, co potrafią tylko dorośli. Tylko, że
on wcale nie był dorosły. Róża jednak mówiła też
coś o miłości, a kochać może przecież każdy, bez względu na
wiek. On na przykład kochał Różę i bez dorosłości i
pokazywania czegoś przyjemnego. Nie mógł jej zawieść.
Przecież nazwała go swoim Małym Księciem i pocałowała w
policzek. Jak mógłby wrócić do niej, bez
najwspanialszego prezentu świata?
Tak więc czekały go wielkie
poszukiwania. Wyjątkowy prezent dla wyjątkowej Róży... To
musi być coś naprawdę, absolutnie niepowtarzalnego, cudownego,
wspaniałego... tak jak sama Róża.
Pogrążony we własnych myślach
chłopiec wyrżnął z całej siły w szybę kręcących się drzwi.
- Witamy Państwa serdecznie w
nowootwartej sieci Adult Market. U nas można kupić wszystko-
odezwała się w głośniku znudzona paniusia.
Mały blondynek masując obolałe czoło
wszedł, a raczej został wepchnięty przez prący przed siebie tłum,
między regały z towarem. Przeciskając się przez rozentuzjazmowane
ludzkie przeszkody przemierzał kolejne stoiska pełne produktów
spożywczych, narzędzi ogrodniczych, sprzętów gospodarstwa
domowego, chemii gospodarczej i artykułów biurowo-
papierniczych. Rzeczywiście, zdawać by się mogło, że da się tu
kupić wszystko. Nic z owego wszystkiego nie nadawało się jednak na
prezent dla Róży.
Ileż, u licha, kilometrów mógł
mieć taki market? Zadając sobie to i temu podobne pytania, szedł
dalej powłócząc zmęczonymi nogami. Tyle stoisk, tyle
produktów, tyle kuszących promocji i obniżek cenowych, a
wśród nich... żadnego, ale to absolutnie żadnego
wyjątkowego prezentu dla wyjątkowej Róży. Czego zresztą
oczekiwał? Co tak niesamowitego mógłby kupić za te swoje
marne kieszonkowe? Z pewnością nic, co zadowoliłoby Różę.
Nic, na co Róża zasługiwałaby. Nic, co byłoby dla Róży
wystarczającym prezentem.
Zatrzymywał się co jakiś czas.
Spoglądał na kolejne przedmioty, kuszące plastikowymi plakietkami
z imponującym, czerwonym napisem „Promocja”. Może kosmetyk?
Eee, lepiej nie. Jeszcze Róża gotowa pomyśleć, że uznał
ją za nie wystarczająco piękną, skoro podarował jej coś
poprawiającego urodę. To samo tyczyło się zresztą pachnących
płynów do kąpieli, kadzidełek, świeczek zapachowych czy
olejków eterycznych o niezliczonej palecie przyjemnych woni.
Naturalny zapach Róży był przecież najpiękniejszy. Nie
chciał czuć nic innego, gdy przytuli się do niej czy zanurzy twarz
w jej płomiennych lokach. Więc może płytę z nagraniami
ulubionego zespołu? Ale... jaką właściwie Róża lubi
muzykę? Kiedyś puszczała mu kilka utworów na mp3 w
telefonie. Gdyby zapytał ją wtedy o nazwy wykonawców. A
tak... Trudno. Zresztą, to wcale nie był najlepszy pomysł. Z
pewnością wiele jest rzeczy bardziej wyjątkowych i bardziej
odpowiednich dla Róży. Na przykład coś ładnego do ubrania.
Właśnie! To jest myśl! Róża wspominała kiedyś, jak
bardzo chciałaby mieć takie wysokie kozaczki na szpileczce.
Tylko... takie kozaczki pewnie kosztują więcej niż jego
kieszonkowe. No to może bielizna? Róża powiedziała mu
kiedyś, że mężczyzna powinien kupować swojej kobiecie seksowną
bieliznę. Nie wiedział wtedy co to oznacza, więc zapytał, a ona
ze śmiechem wytłumaczyła mu, że chodzi o taką skąpą i
koronkową, najlepiej czerwoną. Tak! Kupi jej bieliznę. Była
przecież jego kobietą, prawda? Ale... ale... jaki rozmiar mogła
nosić Róża. Poczuł jak policzki pokrywają mu rumieńce
wstydu. Jak mógł tego nie wiedzieć? Z drugiej jednak strony,
skąd niby miał wiedzieć? Żaden trzynastoletni chłopiec przecież
nie znał się chyba na damskiej bieliźnie. Żaden pewnie nie miał
też swojej Róży.... On jeden miał i wiedział tylko tyle,
że jego Róża ma duże piersi. Nic więcej, tylko, że duże.
Zawstydził się jeszcze bardziej.
Krzyknął nagle wyrwany ze świata
własnych myśli. Tym, w co tym razem rąbnął czołem, okazało się
jedną z tych wielkich, plaskitowych plakietek. „Promocja” -
głosił czerwony druk. - „Pakiet na każdą okazję! Trzy w
jednym! Po rozłożeniu kapelusza na dwie części, otrzymasz węża
i słonia.”
Chłopiec parsknął nie zaszczyciwszy
rewelacyjnego produktu nawet przelotnym spojrzeniem. Obrócił
się na pięcie. Przed oczyma wyrósł mu kolejny napis,
drukowany identyczną, czerwoną czcionką. „Promocja. Kup
skrzynkę, a baranka znajdującego się w środku otrzymasz gratis”.
Nie... skrzynka z barankiem na pewno
nie spodoba się Róży. Trzeba znaleźć coś innego. Coś, co
Róża najbardziej lubi. Róża lubi... Róża
lubi... Drinki! Tak! Róża lubi przecież takie kolorowe
napoje po których z ust pachnie jej alkoholem. Dała mu kiedyś
spróbować jednego, ale mu nie smakował. Widocznie chłopiec
nie był jeszcze wystarczająco dorosły, by drinki mu smakowały.
Tak mówiła Róża, a skoro Róża coś mówi,
oznacza to, że z pewnością ma rację.
Skierował więc, nieco żywsze kroki
ku stoisku z alkoholem. Wtedy dopiero przypomniał sobie, że jest
przecież chłopcem, a takim chłopcom jak on nie sprzedaje się
napojów alkoholowych. Na pewno się nie uda, paniusia przy
kasie nigdy nie zapomina pytać o dowód, boi się o tę swoją
znienawidzoną posadkę za marne grosze. Właściwie to chłopiec nie
bardzo wiedział ile zarabia taka kasjerka, ale tak zawsze mówiła
mama. A gdyby tak poprosił kogoś dorosłego o pomoc? Może
znajdzie kogoś, kto zgodzi się kupić mu kolorowego drinka dla
Róży. O! Na przykład tamten pan.
- Przepraszam. Proszę pana. Halo!
Proszę pana, ja bardzo pana przepraszam, ale...
- Ssso? - wybełkotał mężczyzna.
Potężnie zatoczył się odwracając i wpadł w regał z paczkami
papierosów najróżniejszych marek.
- Nie przejmuj się – inny mężczyzna
położył rękę na ramieniu zupełnie zdezorientowanego chłopca. -
Pijany.
- Nie rozumiem. - mruknął chłopiec
bardziej do siebie niż do stojącego obok człowieka - Po co ludzie
piją tyle, żeby potem nie umieć utrzymać się na nogach.
Mężczyzna zaśmiał się chrapliwie.
- Żeby zapomnieć – westchnął.
- Zapomnieć o czym? - chłopiec ze
zdziwieniem uniósł brew.
- No jak to o czym? O tym, że piją –
odburknął poirytowany już trochę rozmówca.
- Nie rozumiem...
- Za mały jesteś gówniarzyk,
żeby rozumieć. Czekaj, minie dziesięć lat albo dwadzieścia, a
przestaniesz zadawać głupie pytania.
Po tych słowach, którym
towarzyszyło lekceważące machnięcie ręką, człowiek odwrócił
się i poszedł w swoją stronę, zostawiając skołowanego chłopca
samego, z własnymi, coraz mniej jasnymi myślami.
Nim jeszcze blondynek zdołał się
otrząsnąć, siła zderzenia popchnęła go ku regałom pełnym
szklanych butelek. W ostatniej chwili ktoś inny złapał go za rękę
i silnie pociągnął, ratując przed niechybną katastrofą.
- Uważaj mały – pouczył go
szorstki, męski głos. - Tamtemu lepiej nie wchodzić w drogę. Król
cholerny! Myśli, że nie wiadomo kto on. Wydaje mu się, że nawet
nie musi patrzeć jak łazi.
- A... ale kto? O kim pan mówi?
- chłopiec spojrzał na swojego wybawcę wielkimi ze zdumienia
oczyma.
- No jak to, o kim. O tym Królu
skubanym. Panoszy się to to i tylko by rozkazywał.
- Komu rozkazywał?
- Aj, mały, no nikomu. Komu on by tam
mógł rozkazywać, obdartus taki.
- To jak rozkazuje, jak nie ma komu? -
z każdą chwilą chłopiec rozumiał z tego wszystkiego coraz mniej.
- Aj tam, mały, nie mam czasu na
głupie pytania.
- A co pan robi?
- Liczę.
- Co pan liczy?
- A co się liczy? Pieniądze.
- Ale po co je pan liczy?
- Daj mi już spokój, smarkaczu
– warknął zapytany ze złością. - Mówiłem już, nie mam
czasu na głupoty. Muszę liczyć.
Skołowanemu chłopcu udało się
nareszcie wydostać z oblegającego stoisko alkoholowe tłumu. W
głowie kołatała mu się już tylko jedna myśl. „Dorośli są
dziwni”. Chłopiec nie chciał dorosnąć. Jeśli miałby być taki
jak tamci... pić, liczyć i rozkazywać nie wiadomo kumu...
Zdecydowanie wolał być chłopcem, który ma przecież swoją
Różę i jest szczęśliwy. Stop! Właśnie... Róża! Z
tego wszystkiego zapomniał o prezencie. Cóż, ten drink, to
chyba nie był jednak dobry pomysł.
- Czego szukasz, chłopcze? –
usłyszał nagle nad głową przyjemny kobiecy głos.
Spojrzał w górę. Przy półce
z książkami, na drabinie, niemal pod samym sufitem, siedziała
starsza już, siwiejąca pani, w granatowym fartuchu do kolan z logo
Adult Marketu wyszytym na bocznej kieszonce. Uśmiechała się do
niego serdecznie.
- Prezentu dla Róży –
odpowiedział bez zastanowienia, odwzajemniając uśmiech.
- Dla Róży, powiadasz...
- Tak. Zna ją pani?
Kobieta z drabiny zaśmiała się
trochę skrzekliwie.
- Czy znam Różę? A kto nie zna
tej małej. Znam i ją i tyle innych jej podobnych, że sam byś nie
uwierzył... - roztrajkotała się.
- Jakie inne?! - wybuchł chłopiec
wchodząc pracownicy marketu w pół zdania. - Jakie podobne?!
Przecież Róża jest tylko jedna!
Nad jego głową ponownie rozległ się
śmiech, tym razem jeszcze bardziej skrzeczący.
- Taaak... Jedna... Naiwnyś chłopcze,
boś młody. Z latami się nauczysz, jak to z nimi jest, tymi Różami
i innymi takimi.
- Nie ma innych! Róża jest
tylko jedna! Moja Róża!
- Chodź kochanieńki, chodź, ja ci
pokażę, że tego kwiatu, to pół światu – rechocząc
podstarzała kobieta zeszła z drabiny i nim zdążył zaprotestować
wzięła go bezceremonialnie pod rękę i zaczęła prowadzić
poprzez zawiły labirynt sklepowych regałów.
- Dokąd mnie pani cią... - nie
dokończył.
To, co zobaczył sprawiło skutecznie,
że dalsze słowa uwięzły mu w gardle. Przed nim, na tle czerwonych
ścian oświetlonego w tej samej barwie pomieszczenia stały, jedna
obok drugiej – Róże. Wszystkie długonogie, w krótkich,
opiętych spódniczkach. Były wśród nich Róże
czarne jak noc i złote jak promienie słońca. Były też Róże
w różnych odcieniach czerwieni i pomarańczu. Róże
machoniowe i rubinowe i takie jak jego Róża – barwy ciemnej
czerwnieni burgundu z Bell Colour. Róże owe uśmiechały się
do niego, puszczały oczka, trzepotały rzęsami, chichotały.
- Ale... ale Róża przecież...
jest tylko jedna... jedna – mamrotał do siebie bezwiednie. - Moja
róża... moja... jedyna... wyjątkowa...
Stojąca najbliżej, czarna i wysoka,
roześmiała się w głos.
- Co mały, chciałoby się popróbować,
jak to jest, być mężczyzną, co?
- Słucham?
Tamta roześmiała się jeszcze
głośniej.
- No to jak? Pieniążki masz?
- Ale na co?
- Na mnie przecież – łypiąc z
wyższością na koleżanki, Czarna Róża delikatnie ujęła
jego rękę i położyła na swoim pośladku. - No, nie ma się czego
wstydzić, mały. Ode mnie możesz się wiele nauczyć.
- Ale jak to na ciebie? Przecież ty
jesteś człowiekiem, nie towarem na sprzedaż.
- Przecież jedno nie wyklucza
drugiego. Jestem Różą i za odpowiednią cenę można mnie
kupić, tak jak wszystkie Róże.
- Wszystkie? A moja Róża? Mojej
Róży przecież nie można kupić!
- Można, można. Każdą można. To
tylko kwestia ceny.
Jakby na potwierdzenie jej słów
w głośniku znów odezwała się znudzona paniusia:
- Witamy Państwa serdecznie w
nowootwartej sieci Adult Market. U nas można kupić wszystko.
- Nie wierzę! Nie wierzę! - krzyczał.
A może to tylko własne myśli odbijały się echem w jego
skołowanym umyśle. - Chcę już wracać! Chcę wyjść! Chcę do
mojej Róży!
Obraz rozmazywał się przed pełnymi
łez oczyma. Świat wokół wirował. Światła, regały,
czerwień ścian, skrzynka z barankiem, promocyjne plakietki...
wykrzywiona w złośliwym grymasie twarz siwiejącej kobiety w
granatowym fartuchu.
- No, no, Mały Książę, przecież
mówiłam. Tego kwiatu pół światu, a tyś musiał
sobie tę najdroższą upatrzeć. W dodatku cichodajkę. Te co to
biorą w prezentach są najgorsze. Myślą, że są lepsze, bo nie
biorą gotówki. A w rzeczywistości... Mój biedny Mały
Książę... No, już, już, nie płacz. Po prostu dorastasz
chłopcze. No, już dobrze. Nie ma co płakać, kiedyś trzeba
dorosnąć, Mały Książę. A to dopiero początek, kochanieńki...
dopiero początek...
- Ty Żmijo! Ty parszywa, stara Żmijo!
Ja nie chcę dorosnąć! Nie chcę!
- Jesteś tego pewien?
Chłopiec skinął głową. Żmija
skinęła różnież.
- Pracownik sekcji sprzątającej
proszony na stoisko księgarskie - wymamrotał znudzony głos paniusi
w głośniku - Powtarzam, pracownik sekcji sprzątającej proszony
pilnie na stoisko księgarskie.

















































Odpowiedzi
Ten tekst jest niesamowity.
Ten tekst jest niesamowity. Czytałam go już przed umieszczeniem na ef i byłam niezwykle poruszona. Obowiązkowa pozycja dla każdego fana Małego Księcia.
--
bezczelna i ruda