Torment (2 - Dhall)

    W następnym pomieszczeniu było o wiele czyściej, niż w poprzednich, a smród formaliny nie był aż tak intensywny. Moje spojrzenie padło na kąt, w którym znajdowała się ogromna księga. Sięgałaby mi do pasa, gdyby postawić ją na podłodze. Zgarbiony starzec pochylał się nad nią, zapisując coś w niej szybkimi ruchami pióra. Rzadkie, siwe włosy spadały mu na oczy.

    Odwrócił stronę ogromnej księgi. Podszedłem bliżej, mogłem już dojrzeć całą sylwetkę mężczyzny. Długa broda spływała mu na kolana niczym wodospad. Skryba zaniósł się chrapliwym kaszlem, po czym wrócił do pisania. Jego pióro skrzypiało głośno. Zbliżyłem się jeszcze bardziej.

    Ujrzałem imiona. Setki, tysiące imion na każdej stronie.

    - Szefie - szepnął Morte. - Kłapanie trumną z Grabarzami powinno być ostatnią rzeczą, którą...

    Skryba znów się rozkaszlał. Morte zastygł na chwilę w bezruchu.

    - A już *szczególnie* nie powinniśmy wymieniać śpiewki z chorymi Grabarzami. Chodź, szefie, im szybciej wyśmiejemy to miejsce...

    - Lata, które przeżyłem, nałożyły ciężkie brzemię na moje barki, Niespokojna Duszo - Skryba złapał wreszcie oddech i spojrzał na mnie. - Lecz głuchota nie dopadła mnie jeszcze.

    Morte zamknął szczękę z kłapnięciem, które rozniosło się echem po prawie pustej sali. Starzec odłożył pióro na rzeźbioną podstawkę i złożył razem dłonie.

    - Niespokojna Duszo? Dlaczego mnie tak nazwałeś? Znasz mnie? – Zaczęła we mnie narastać nadzieja.

    - Czy ja cię znam? - Starzec przyjrzał mi się uważnie. Miał niesamowicie głębokie, ciemne oczy. - *Nigdy* cię nie znałem, Niespokojna Duszo. Nie bardziej, niż ty znasz samego siebie. - Zamilknął na chwilę, wpatrując się we mnie intensywnie. - Ponieważ znów zapomniałeś, prawda?

    Poczułem lekki przypływ irytacji.

    - Kim jesteś? – spytałem.

    - Zadajesz pytanie. Jak zawsze. I, jak zawsze, jest to nieodpowiednie pytanie - Skłonił głowę. - Jestem Dhall. Jesteś w Kostnicy, Niespokojna Duszo. Znów tu przybyłeś - Zaniósł się kaszlem, cienka strużka krwi spłynęła z kącika jego ust. Otarł ją wierzchem dłoni. - Uprzedzę twoje pytania. To poczekalnia dla tych, którzy porzucają cień tego życia. Tutaj znoszone są ciała, by zostały skremowane bądź pogrzebane. Naszym obowiązkiem jest zadbanie o zmarłych, o tych, którzy porzucili cień tego życia i kroczą ścieżką ku Prawdziwej Śmierci. - Dhall zawahał się chwilę. - Twoje rany musiały być naprawdę poważne, skoro nie potrafisz nawet rozpoznać tego miejsca... To niemalże twój dom.

    Dom? Jak można takie miejsce nazwać domem? Ile to już razy budziłem się na skrwawionej płycie, zupełnie bez pamięci?

    - Niejeden, który otrzymałby takie rany, już dawno kroczyłby ścieżką Prawdziwej Śmierci. Lecz twe rany są tylko powierzchowne. – Dhall milczał przez dłuższą chwilę. – Myślę teraz o ranach umysłu. Być może część twych ran sięga głębiej, niż te na ciele, lecz tylko ty możesz być tego pewien.

    - Niczego nie jestem pewien... - Westchnąłem. - Dlaczego uważasz, że to życie jest zaledwie cieniem?

    - Spójrz, to życie nie jest... prawdziwe. - Na te słowa Morte już szykował się do złośliwego komentarza, lecz spojrzenie Dhalla kazało mu zamilknąć. - Twoje życie, moje życie, są zaledwie cieniami, przebłyskami tego, czym kiedyś było prawdziwe życie. Jest stanem, który osiągamy po naszej śmierci, swoistym czyśćcem.

    Czyśćcem? O czym on mówił? Jakie miał na to dowody? Setki pytań przebiegały przez moją głowę. Z każdym słowem starca panował w niej większy zamęt.

    - Czy myślisz, że gdyby wszyscy żyli naprawdę, byłoby na świecie tyle bólu i cierpienia? Lecz na razie musimy tu pozostać. W klatce. Uwięzieni, póki nie osiągniemy Prawdziwej Śmierci. - Rozkaszlał się, oddychając z trudem. - Prawdziwa Śmierć jest niebytem. Stanem pozbawionym myśli, uczuć i namiętności Stanem absolutnej czystości. Istnieją takie dusze, które nigdy jej nie osiągną. Śmierć porzuciła ich, a imiona ich nie zostaną nigdy wpisane do Księgi. Powstałeś z martwych. Widocznie jesteś właśnie taką istotą. Sam fakt, że istniejesz, jest nie do zaakceptowania przez naszą frakcję.

    - No, szefie, to chyba nie stawia cię w dobrej pozycji, co? - Morte powiedział kpiąco.

    - Musisz zrozumieć, twoje istnienie jest dla nich bluźnierstwem. Większość członków frakcji z chęcią widziałaby cię w piecu krematoryjnym.

    - Jesteś Grabarzem, mimo to nie chcesz mnie zabić. - Przyjrzałem mu się uważnie, starając się dojrzeć, co kryje się w jego spojrzeniu.

    - Narzucanie siłą swoich poglądów uważam za niesprawiedliwe - Skryba z trudem powstrzymał kolejny atak kaszlu. - Musisz porzucić cień tego życia sam z siebie, a nie dlatego, że cię zmuszamy. Tak długo, jak utrzymam się na tym stanowisku, będę starał się ciebie chronić. Tak, byś mógł wreszcie poznać prawdę o sobie.

    - Dziękuję ci, Dhallu - powiedziałem, jednak nie do końca ufając Grabarzowi. Spojrzałem na Mortego, który krążył po sali, pozornie nie zwracając uwagi na rozmowę. – Co możesz mi o mnie powiedzieć? Mówiłeś, że nie jestem tu po raz pierwszy... Na pewno wiesz coś więcej.

    - Niestety, niezbyt wiele. Nieco więcej wiedzieli ci, którzy niegdyś mieli to nieszczęście podróżować z tobą, a teraz spoczywają w naszych grobowcach. Chciałbym cię o coś prosić - Starzec westchnął ciężko. - Nie pozwalaj innym dołączać do ciebie. Gdziekolwiek idziesz, podąża za tobą pech. Sam nieś swe brzemię.

    Na dźwięk słów starca ogarnął mnie przeraźliwy chłód.

    - Kim byli ci, którzy ze mną podróżowali? - spytałem cicho, niemalże szeptem.

    - Pamiętasz może kobietę, która została pochowana w Sali Wspomnień? Wydaje mi się, że podróżowała z tobą. Czyżbym się mylił?

    - Gdzie dokładnie spoczywa jej ciało?

    Nie pamiętałem żadnej kobiety. Może widok jej grobowca będzie w stanie przywrócić mi chociaż część wspomnień?

    - Piętro niżej, na wschodnim skrzydle. Jej imię będzie wyryte na katafalku. Deionarra...

    - A inni?

    - Być może również spoczywają w naszym przybytku, lecz nie pamiętam ich imion. Wielu kroczyło twoją ścieżką, niewielu przeżyło. Wszyscy umarli w końcu tu trafiają.

    - A ja? W jaki sposób tutaj trafiłem?

    - Przywieźli cię tu na zardzewiałym wózku, Niespokojna Duszo. Leżałeś niczym król wśród cuchnących zgnilizną sług. Twoje ciało było w środku sterty, obmywane cieknącą z góry posoką i innymi wydzielinami - Dhall znów wybuchnął kaszlem, dopiero po dłuższej chwili udało mu się opanować oddech. - Farod był bardzo zadowolony, mogąc odebrać te kilka zaśniedziałych miedziaków za wszystkie ciała.

    Farod. Mężczyzna, którego miałem odnaleźć, a przynajmniej tak kazał mi napis na moich plecach. Na dźwięk jego imienia Morte drgnął i spojrzał na mnie znacząco.

    - Kim jest Farod? - spytałem.

    - Jest zbieraczem trupów. - Skrzywił się. - Są w mieście takie osoby, które znajdują ciała tych, którzy kroczą ścieżką ku Prawdziwej Śmierci. Znoszą je do nas, by mogły być pogrzebane jak należy.

    - Nie wydaje mi się, byś za nim przepadał - powiedziałem z nadzieją, że wyjawi coś więcej.

    - Są ludzie, których szanuję. Farod do nich nie należy. - Charknął i przełknął ślinę. - Obnosi się ze swoją chorą reputacją... Poza tym ograbia zmarłych z ich własności. Jest najgorszą szumowiną, jaką można sobie wyobrazić. Wszystkie ciała, które trafiają za nasze mury, posiadają jeszcze mniej niż za życia. Farod przywłaszcza sobie wszystko, co tylko może wygrzebać z ich stygnących, sztywniejących palców.

    Nagła myśl przyszła mi do głowy.

    - Czy Farod zabrał coś ode *mnie*?

    - Najprawdopodobniej, tak. - Zawahał się chwilę. - Czy brakuje ci czegoś szczególnie cennego?

    - Zginął mi dziennik.

    - Dziennik? - Dhall otworzył szerzej oczy. - Jeśli tylko miał jakąkolwiek wartość, na pewno jest w rękach Faroda.

    - Gdzie mogę go znaleźć? - spytałem gorączkowo.

    - Jeśli wypadki będą toczyć się jak dotychczas, masz większą szansę, że to Farod znajdzie cię pierwszy. Znajdzie cię i przywiezie do nas, zanim dowiesz się, w jakiej obskurnej dziurze się zaszył.

    - Nieważne, muszę go znaleźć! - niemalże krzyknąłem, zirytowany kpiną starca.

    - Nie szukaj Faroda, Niespokojna Duszo - Jego głos brzmiał groźnie. - Jestem pewien, że wszystko znów zatoczy pełen krąg, wcale nie będziesz mądrzejszy niż teraz, a Farod wzbogaci się o kilka miedziaków. Zaakceptuj śmierć.

    - *Muszę* go odnaleźć - warknąłem. - Wiesz, gdzie on jest?

    Dhall milczał przez chwilę, zbierając myśli. W sali zrobiło się strasznie cicho, było słychać jedynie brzęczenie much nad skulonym na stole trupem oraz powolne szuranie stóp nieumarłego sługi.

    - Nie mam pojęcia - odezwał się w końcu z niechęcią. - Szukaj poza murami Kostnicy, gdzieś w Ulu. Może tam się dowiesz więcej.

    Starzec przyłożył pomarszczoną dłoń do ust, kolejny atak kaszlu wstrząsnął jego ciałem. Zgiął się w pół, nie mogąc złapać oddechu.

    - Potrzebujesz pomocy? - spytałem, wiedziony nagłym przypływem współczucia. Dhall pokiwał przecząco głową, jego oddech powoli się uspokajał.

    - Jestem już coraz bliżej Wieczystej Granicy, zbliżam się ku Prawdziwej Śmierci - mówił z wysiłkiem. - Znajdę spokój, którego tak oczekuję. Zmęczony już jestem życiem wśród śmiertelnych, a Plany nie mają mi już nic do zaoferowania. Nie chcę żyć wiecznie, ani odrodzić się na nowo, Niespokojna Duszo. Nie zniósłbym tego.

    - Niech więc tak będzie. Żegnaj - powiedziałem, odwracając się.

    - Wiedz jeszcze jedno. Nie zazdroszczę ci. Gdybym się odrodził w twym ciele, nie potrafiłbym tego znieść. Lecz ty musisz się z tym pogodzić. Pewnego razu znów znajdziesz się w Kostnicy, tak dzieje się z każdą istotą z krwi i kości... Życzę ci, by był to ostatni raz.

    Spojrzałem na niego raz jeszcze, skinąłem głową i odszedłem. W przeciwległym rogu sali znajdowały się drzwi. Poszedłem tam za Mortem, który sunął swobodnie w powietrzu. Czaszka zdawała się uśmiechać.

    Nagle odbiłem się od czegoś cuchnącego, obślizgłego i zimnego. Pogrążony w niewesołych myślach, nie zauważyłem nadchodzącej nieumarłej. Atrament z wypisanej na czole liczby ściekał jej na oczy, a jasne, związane w warkocz włosy były pokryte zakrzepłą krwią.

    - Ładny warkocz - mruknąłem, usuwając jej się z drogi. Kobieta nawet mnie nie zauważyła.

    - Hej, widziałeś, jak na mnie spojrzała? - Morte podskakiwał w miejscu, podekscytowany. - Widziałeś? Widziałeś ten sposób, w który wodziła wzrokiem po mej kości potylicznej?

    - Chodziło ci o to puste spojrzenie zza grobu?

    - Co? Czy ty jesteś *ślepy*? Jasne, że chciała mnie wyhaczyć! Bezwstydnica, widać po niej, że mnie pragnie!

    - Myślę, że ty i twoja wyobraźnia powinniście dać sobie spokój na jakiś czas - uśmiechnąłem się.

    - Taa, jasne. Gdybyś był martwy tak długo jak ja, umiałbyś rozpoznawać takie sygnały. Może one są zbyt *subtelne* dla ciebie, ale patrz na to: to ja będę spędzał upojne noce ze świeżo umarłymi kociaczkami, podczas gdy ty będziesz latał bezcelowo i kłapał jadaczką "Ohh, gdzie ja jestem, gdzie są moje wspomnieeeniaaaa!"

    - Niech ci będzie, Morte. Chodźmy.

    Przy kolejnych drzwiach zatrzymałem Mortego, tknięty przeczuciem. Powoli, ostrożnie otworzyłem drzwi. Nie skrzypnęły.

    Przeczucie mnie nie zawiodło - kolejny Grabarz stał przy stole, gmerając w świeżych zwłokach. Podszedłem bliżej, starając się bezszelestnie stawiać stopy. Istota w szarych, przybrudzonych szatach okazała się być wychudłą, młodą kobietą. Wyglądała, jakby od bardzo dawna niczego nie jadła. Zajęta była szperaniem w klatce piersiowej niedawno zmarłej istoty o ciele przypominającym skrzyżowanie człowieka z baranem.

    „Bariaur” – wspomnienie nadpłynęło nagle. Tak nazywają się te istoty. A więc nie wszystko umknęło mej pamięci... No tak, znam mowę, wiem, jak się poruszać, do czego służą przedmioty. Powinienem się cieszyć, że wiem chociaż tyle.

    - Witaj... – powiedziałem ostrożnie do kobiety, mając nadzieję, że w razie czego zdołam się obronić.

    Milczała, zbyt zajęta pracą, by mnie zauważyć. Podniosła błyszczące zwoje jelit i przyjrzała im się uważnie, marszcząc czoło. Spojrzałem na jej dłonie - zakończone były długimi, czarnymi szponami. Odłożyła jelita na bok i wbiła pazury w inne miejsce na ciele bariaura.

    - Co się stało z twoimi rękami? - wymamrotałem.

    - Ona jest *diabelstwem*, szefie - odpowiedział Morte. - W jej żyłach płynie biesia krew, któraś kobita, jej mama albo babcia, wskoczyła do łóżka z demonem lub biesem. Dzieciaki mają potem zdrowo nasrane w głowie. No, na ciele też nie są normalne.

    - Odezwała się ostoja normalności... – powiedziałem, po czym podszedłem do diabelstwa i klepnąłem ją w ramię. Odwróciła się, przeszywając mnie spojrzeniem zielonożółtych oczu z małymi, pomarańczowymi źrenicami. Poczułem się nieswojo.

    Przysunęła się bliżej mnie, mrużąc oczy. Obejrzała moje blizny, nie mówiąc nic. Cierpliwie czekałem, aż skończy. Przeczucie mówiło mi, że nic mi nie zrobi.

    - Ty... - Złożyła dłonie, a pazury zachrobotały o siebie. - Znajdź nitkę i płyn balsamujący i przynieś... Do Ei-Vene! - Wskazała na siebie. - Idź, idź!

    Wzięła mnie za jednego z nieumarłych sług. Uśmiechnąłem się krzywo – nic dziwnego. Gdybym sam siebie zobaczył, z pewnością też pomyślałbym o zombiakach.

    - Chyba nie zamierzasz... - parsknął Morte, lecz ja rozglądałem się po sali, nie zwracając na niego uwagi. Z jednej z szafek wyciągnąłem szpulę czarnych, grubych nici, zardzewiałą igłę i słoik płynu. Podałem je Ei-Vene, ta prychnęła wzgardliwie na widok igły i rzuciła ją na podłogę.

    Owinęła nitkę wokół szponu i zaczęła zaszywać klatkę piersiową bariaura. Następnie nałożyła na szew grubą warstwę środka konserwującego. Przyglądałem się jej zręcznym ruchom jak zahipnotyzowany. Coś mi one przypominały, lecz wspomnienie było bardzo odległe i niewyraźne.

    Wreszcie skończyła. Zwróciła się ku mnie i wyciągnęła dłonie, muskając moje blizny. Stałem bez ruchu, podczas gdy Ei-Vene oglądała tatuaże na moich plecach.

    - Wygląda na to, że masz nową przyjaciółkę - zachichotał Morte. - Mam was zostawić samych na jakiś czas?

    - Kto cię pobrudził? - Diabelstwo spytało zachrypniętym głosem. - Ludzie z Ula? Bez szacunku do martwiaków. - Pociągnęła nosem i szturchnęła jedną z moich nie do końca zagojonych ran. – Ooo, brzydkie!

    Chwyciła za nitkę i zręcznie zszyła brzegi na wpół zabliźnionej rany. Co dziwne, nie czułem bólu. Wychudzone diabelstwo sięgnęło następnie po płyn balsamujący i delikatnie wtarło go w okolicach ran. Poczułem się lepiej, mimo smrodu, jaki wydzielał płyn.

    - To drugi raz w życiu, gdy jestem wdzięczny, że nie mam nosa - Morte nie mógł się powstrzymać od komentarza.

    Ei-Vene obejrzała raz jeszcze moje ciało, wyraźnie zadowolona.

    - Sio, sio! - powiedziała, machając na mnie dłonią. - Skończyłam. Idź do Grabów, sio!

    Podziękowalem jej, lecz nic mi nie odpowiedziała. Wcale mnie to nie zdziwiło.

    - Tędy! - Morte poleciał w stronę korytarza.

    Ruszyłem za nim. Korytarz kończył się schodami prowadzącymi w górę. Zacząłem iść nimi, gdy nagle Morte skręcił i ukrył się we wnęce. Ze szczytu schodów spoglądał na mnie surowo Grabarz.

    - A ty co tu robisz? Zgubiłeś się? - powiedział z lekką wrogością.

    - Nie - odpowiedziałem szybko.

    - Jeśli się nie zgubiłeś, to co tutaj robisz?

    - Przybyłem tu na pogrzeb, ale zaszła pewna pomyłka...

    - Kto miał być pogrzebany? - spytał podejrzliwie. - Usługi pogrzebowe są w innej części Kostnicy!

    Już miałem powiedzieć mu, że to ja miałem być pogrzebany, ale uśmiechnąłem się tylko.

    - W której części?

    - Na pierwszym i drugim piętrze, wzdłuż ścian Kostnicy. Znasz imię zmarłego?

    - Tak. - Zapadła chwila ciszy, a Grabarz wpatrywał się we mnie wyczekująco. - Adahn – rzuciłem pierwszym imieniem, które przyszło mi do głowy.

    - Pierwsze słyszę. Spytaj któregoś z przewodników przy głównej bramie.

    Firewarrior
    Kolejny krótki fragment :D

    Kolejny krótki fragment :D

    Lorelay
    Heh, wciągnęło mnie nie na

    Heh, wciągnęło mnie nie na żarty. Bardzo chętnie sobie poczytałam kolejną część i czekam na następne. Podtrzymuję moją opinię. Nooo... z jednym wyjątkiem. Tym razem nie jest tak idealnie bezbłędnie, jak poprzednio.

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus