Torment (3 - Deionarra)
Na pierwszym piętrze panował znacznie większy porządek. Nie było nigdzie widać stołów z martwymi, a powietrze było wyraźnie świeższe, nie przesiąknięte smrodem zgnilizny i formaliny. Tu i ówdzie przechadzaly się ubrane w niegustowne kaftany szkielety, ze stawami połączonymi metalowymi nitami. Ten rodzaj służących przynajmniej nie cuchnął, ale był za to o wiele głośniejszy. Grzechot kości odbijał sie echem od ścian hali.
- Morte, nie pożyczyłbyś sobie ciała od żadnego z tych panów? - Wskazałem dłonią na szkielety.
- Szefie... - Spojrzał na mnie kpiąco. – Chciałbyś, żebym śmigał w takim wieśniackim kaftaniku?
- Właśnie... Po co oni właściwie noszą te kaftany? Chyba nie mają się czego wstydzić, prawda?
Poszedłem wzdłuż ścian, czytając imiona zmarłych wyryte na plakietkach. Niektóre z katakumb były pięknie zdobione, inne kruszały ze starości, na kilku z nich były postawione świeże kwiaty. Kilka miejsc było pustych, przy jednym z nich majstrowała para szkieletów, przygotowując je na świeży pochówek.
Żadne imię nie wzbudziło we mnie fali wspomnień. Westchnąłem i ruszyłem pod następną ścianę. Tam nareszcie jedna z plakietek przykuła moją uwagę. "Tu spoczywa Deionarra".
Wyszeptałem jej imię.
Nagle obok katakumby pojawiła się mgła. Odruchowo odskoczyłem i zacisnąłem dłonie w pięści, jednak zaraz rozluźniłem się. Mgła zaczęła formować się w kształt niesamowicie pięknej kobiety. Jej długie włosy spływały na ramiona, poruszane delikatnym powiewem nieziemskiego wiatru. Miała zamknięte oczy i skrzyżowane na piersi ręce. Wyglądała na wrażliwą, kruchą istotę.
Wyprostowała się i otworzyła oczy. Rozejrzała się po sali, a gdy jej wzrok padł na mnie, wzdrygnęła się.
- To ty! - Zmarszczyła brwi. – Po co tu przyszedłeś? Chcesz na własne oczy obejrzeć nieszczęście, które sam sprowdziłeś? Może po śmierci też jestem dla ciebie przydatna, co? Znów chcesz mnie wykorzystać? - Przymknęła oczy. - Mój ukochany...
W jej głosie brzmiało tyle goryczy... Poczułem przypływ wyrzutów sumienia, mimo że nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, co mogłem jej zrobić.
- Deionarra... – wyszeptałem. – Nic nie pamiętam.
Nagle jej spojrzenie się zmieniło, wezbrało współczuciem.
- Dlaczego złodzieje umysłu wciąż pozbawiają cię wszystkiego? Nie *pamiętasz* nawet mnie, ukochany? - Wyciągnęła do mnie dłonie.
- Sądzę, że czuję jakieś delikatne resztki tych wspomnień... – Okłamałem ją. - Powiedz mi więcej. Być może to odsłoni mrok spowijający mój umysł.
- Nareszcie Los był dla ciebie łaskawy! - Uśmiechnęła się delikatnie. - Nawet śmierć nie była w stanie usunąć mnie z twego umysłu... Jak mogę ci pomóc, ukochany?
- Czy wiesz, kim jestem? - Zadałem pytanie, które już zdążyłem znienawidzić.
- Jesteś zarówno błogosławiony, jak i przeklęty. Poza tym jesteś tym, który zawsze jest obecny w moich myślach i w sercu, moim ukochanym. - Głos Deionarry stał się bardziej łagodny. - Natura twej klątwy jest chyba oczywista - Musnęła palcem moje blizny. Nie poczułem jej dotyku. - Śmierć cię odrzuca, a wspomnienia cię opuściły.
Klątwa... Wspaniałe określenie na to, co mnie dotknęło. Nieśmiertelność i amnezja...
- Nie wątpię w to, że potrafisz powstać z martwych, ukochany. Wierzę, że każda z twoich śmierci osłabia twój umysł i zabija wspomnienia. Zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo wiele możesz jeszcze stracić? Może stracisz świadomość siebie i nawet nie będziesz zdawał sobie sprawy z tego, że nie możesz umrzeć?
- Ile razy już zginąłem? - spytałem, czując się coraz bardziej nieswojo.
- Nie mam pojęcia... Wiem tyle, że to się ciągnie już od bardzo dawna.
- Cóż więcej możesz mi o mnie powiedzieć?
- Wiem, że kiedyś twierdziłeś, że mnie kochasz. I że będziesz mnie kochał, póki śmierć nas nie rozłączy. Wierzyłam w to, nie wiedząc, kim naprawdę byłeś. I kim wciąż jesteś. - Przerwała na chwilę. – Umarłeś już tyle razy, że posiadłeś wiedzę o tym, co śmiertelne. W dłoni trzymasz iskrę życia, lub też iskrę śmierci. Ci, którzy umierają obok ciebie, zostawiają ślad. Ślad, dzięki któremu możesz sprowadzić ich ponownie...
Podczas gdy Deionarra wypowiadała te słowa, poczułem dziwne wrażenie, jakby czyjąś obecność wewnątrz mojej czaszki. Poczułem, że muszę spojrzeć na swoją dłoń.
Nagle widok dłoni rozmył się, a ja potrafiłem dostrzec krew krążącą w żyłach, docierającą do mięśni, niosącą życiową energię. Promieniowała mocną poświatą. Zamknąłem oczy, lecz wciąż widziałem drobne żyłki, dostarczające krew do powiek. Po chwili wszystko wróciło do normy.
Wiedziałem, że Deionarra ma rację. Przypomniałem sobie, w jaki sposób mogę odnaleźć w ludzkim ciele ostatnią iskierkę życia i ściągnąć duszę z powrotem do ciała. Świadomość tego, co potrafię, jednocześnie uspokoiła mnie i przeraziła.
- Jesteś teraz ze mną, kochanie... - Głos kobiety wyrwał mnie z zadumy. - Jak w czasach, gdy oboje dzieliliśmy ze sobą życie. Teraz dzieli nas Wieczysta Granica.
- Granica między życiem a śmiercią?
- Obawiam się, że nigdy nie będzie ci dane jej przekroczyć. - Jej oczy wezbrały łzami.
Spoglądała na mnie ze smutkiem. Zastanowiłem się, w jaki sposób ją pożegnać. Nie chciałem, by czuła się raz jeszcze porzucona przeze mnie. Zapragnąłem pogładzić ją po policzku, ale moja dłoń przeszła tylko przez mglistą substancję.
- Deionarro, jestem w niebezpieczeństwie... Czy mogłabyś mi wskazać bezpieczną drogę wyjścia? Wrócę wtedy, gdy tylko będę mógł.
- W niebezpieczeństwie? - Zmartwiła się. - Oczywiście, ukochany, pomogę ci tak, jak tylko mogę...
Przymknęła oczy, a delikatny podmuch wiatru rozmył jej sylwetkę. Tkwiła w skupieniu, a ja patrzyłem z zachwytem na jej piękną twarz. Jak mogłem kiedyś ją skrzywdzić?
- Jest tu wyjście - powiedziała. - Kostnica posiada wiele drzwi, lecz skrytych przed wzrokiem śmiertelnych. Być może będziesz mógł użyć jednego z portali jako drogi ucieczki. Portale są otworami, przez które możesz przejść do innych Planów lub miejsc. Jeśli tylko znasz klucz...
- Jaki klucz? - spytałem.
- Problem w tym, że kluczem może być wszystko. Uczucie, kawałek drewna, posrebrzany sztylet, kawałek szmatki, melodia, którą nucisz od tyłu... Obawiam się, że tylko Grabarze znają klucze do tych portali, ukochany... Poza tym są jeszcze zwykłe drzwi, zwykłe bramy.
- Zatem pójdę spytać któregoś z Grabarzy - spojrzałem na nią poważnie. - Żegnaj, Deionarro...
- Poczekaj! - powiedziała, nim zdążyłem się odwrócić. - Dowiedziałam się wiele w czasie naszej wspólnej podróży i zachowałam to, co ty zgubiłeś. Nie wyjawiłam ci wszystkiego, co wiem. Widzę wszystko wyraźnie, podczas gdy ty potykasz się w ciemności, szukając choć drobnej iskierki wspomnień.
Chciała mnie zatrzymać przy sobie na dłużej?
- Cóż takiego widzisz?
- Różne przebłyski tego, co może nadejść. Roją się przed moimi oczami... Widzę... Czy chcesz to usłyszeć?
Kiwnąłem głową.
- Widzę, to co jest przed tobą. To przebiega przez Plany, a jego źródło jest tu, w tym miejscu! - mówiła jak w transie. - Lecz zanim ci to powiem, musisz złożyć przysięgę. Obiecaj mi, że wrócisz tu i znajdziesz jakiś sposób, by mnie ocalić. Lub dołączyć do mnie, kochany...
- Przysięgam. - Gdy wypowiedziałem te słowa, poczułem, że coś się zmieniło. Wiedziałem, że od tej chwili jestem nierozerwalnie związany z losem Deionarry, i będę *musiał* wypełnić słowa przysięgi.
- Spotkasz trzech wrogów, lecz żaden z nich nie będzie tak silny, jak ty w pełni chwały. Są oni cieniami dobra, zła i neutralności, stworzonymi i zmienionymi przez Plany. Dotrzesz do więzienia zbudowanego z żalu i goryczy, gdzie nawet cienie tracą rozum. Tam będziesz musiał złożyć ogromną ofiarę. Aby doprowadzić tą sprawę do końca, musisz poświęcić to, co trzyma cię przy życiu i przestać być nieśmiertelnym.
- Przestać... żyć?
- Wiem, że musisz zginąć, póki jeszcze możesz... Krąg *musi* się zamknąć, ukochany... To życie nie było ci przeznaczone. Miałeś zginąć już dawno temu. Musisz odnaleźć to, co należy do ciebie i powrócić do krain umarlych. Będę na ciebie czekać. Kocham cię... - Uśmiechnęła się, lecz w jej oczach był jedynie smutek. Z westchnieniem rozpłynęła się w powietrzu.
Chwilę jeszcze stałem, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widziałem ducha Deionarry. To, kim byłem, przytłaczało mnie do głębi. Powoli zaczynałem nienawidzić siebie.
Odwróciłem się i spojrzałem na Mortego. Przez całą rozmowę z Deionarrą nie odezwał się ani słowem, co wcale nie było do niego podobne.
- Wróciłeś, szefie? - Zakłapał szczęką i wywrócił upiornie oczami. - Ha! Stałeś tu jak kołek!
- Wszystko ze mną w porządku. Znałeś kiedyś ta kobietę?
- Co? Kobietę? - Morte rozejrzał się wokoło. - Gdzie?
- Tego ducha kobiety, z którym rozmawiałem...
- Kłapałeś swą trumną z jakąś panienką? Jak ona wyglądała? Ładna była?
- Stała tam, przy katafalku - Wskazałem dłonią miejsce. - Nie zauważyłeś jej?
- Szefie... - Czaszka zrobiła zdziwioną minę. - Stałeś tu jak słup, żadnej kobiety nie było. Uwierz mi, zauważyłbym każdą zgrabną kobitkę w promieniu kilkunastu metrów! Wszystko z tobą w porządku?
- Nic mi nie będzie... - Westchnąłem i ruszyłem dalej.
Nie miałem pojęcia, gdzie mogą znajdować się wspomniane przez Deionarrę portale, straciłem też ochotę na rozmowy z Grabarzami. Poszedłem przed siebie z nadzieją, że w końcu trafię do wyjścia.
Na drugim końcu budynku, po minięciu kilku konduktów pogrzebowych i wałęsających się gdzieniegdzie istot odwiedzających swych zmarłych, natknąłem się wreszcie na ciężkie, okute drzwi, najwidoczniej prowadzące na zewątrz. Przed nimi stał odziany w czerń Grabarz, który wyglądał, jakby nie zaznał snu od lat. Z jego twarzy biło ogromne zmęczenie - od samego patrzenia chciało się spać.
- Witaj... - powiedział anemicznie, pociągając nosem. - Jestem Soego. Jak mogę... - W tym momencie zauważył moje blizny, a wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie.
- Tak? - spytałem, przyglądając mu się uważnie. W jego oczach lśnił jakiś nienaturalny błysk.
- Zgubiłeś się?
- Nie - powiedziałem krótko.
- Nie pamiętam, bym cię tu wpuszczał... - Zmrużył podkrążone, czerwone oczy. - Mogę zapytać, co tutaj robisz?
- Przybyłem na pogrzeb, ale chyba musiałem się pomylić.
- Tak? - Czerwony błysk w jego oczach stał się jak gdyby bardziej wyraźny. - Podaj imię zmarłego, być może ceremonia odbywa się w innym miejscu Kostnicy.
- Adahn - Tym razem kłamstwo przyszło łatwiej.
- Nikt o tym imieniu nie przebywa wewnątrz Kostnicy, żywy, lub martwy.
Skąd o tym wiedział?
- Musiałem się zatem pomylić - powiedziałem.
- Więc? - Soego wpatrywał sie we mnie badawczo.
- Wypuścisz mnie?
- Oczywiście - Jego spojrzenie było nieprzeniknione. - Zaraz otworze ci bramę.
Było jasne, że Soego wiedział, że kłamię. Jednak ze znanych tylko sobie powodów zdawał się tego nie dostrzegać. Może miało to związek z którymś z moich poprzednich żyć...
Wyszedłem z Kostnicy najszybciej, jak się dało.

















































Odpowiedzi
^^
< cieszy się z dni płodnych >
I ja się ogromnie cieszę z
I ja się ogromnie cieszę z tych twoich dni płodnych. Opowiadanko nadal świetnie mi się czyta i mieści się wciąż w mojej ścisłej czołówce. Kolejne wątki i postaci przykuwają uwagę, buduje się coraz większe napięcie, tak, że wszystko we mnie krzyczy, że chce wiedzieć co będzie dalej. Tak więc - oby więcej dni płodnych, Fire :)
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"