7 - Poszukiwań ciąg dalszy
Gdy tylko nastał nowy dzień, ruszyliśmy na targ. Miasto dopiero zaczynało się budzić. Handlarze rozstawiali się ze swoimi kramami, nosili ciężkie, zbite z drewna paki, układali towary. Wszystko spowite było w szarej, delikatnej mgle.
Jedna ze starszych kobiet dawno skończyła już układać towar. Zdawała się nie zwracać uwagi na krzątaninę wokół niej. Stała spokojnie przy drewnianych palach, z których zwisały dziesiątki małych, wędzonych rybek nadzianych na haczyki. Zapach, który dochodził ze stoiska był bardzo kuszący.
- Panie, ma pan ochotę na... – Nagle kobieta przerwała i zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. – O jej... Wybacz, myślałam, że pan jest jednym ze zwykłych kupujących.
Usta ściągnęły jej się w wąską linię, a wzrok powędrował nad moje ramię. Odwróciłem się szybko w tamtą stronę, lecz nikt za mną nie stał. Gdy znów się odwróciłem, staruszka wpatrywała się we mnie, lecz po chwili znów uciekła wzrokiem gdzieś w bok, unikając mojego spojrzenia.
- Wyglądam znajomo? Przypominam pani kogoś?
- Bogowie, nie! – Zamilkła na chwilę. – Chociaż w sumie... Tak, widziałam kiedyś mężczyznę bardzo do pana podobnego. To było tak dawno temu!
- Opowiedz mi o nim.
Serce zaczęło mi bić szybszym rytmem. Znów miałem cień szansy...
- Może to był ktoś z twojej rodziny, panie? Szukasz kogoś? Nieważne. Jego widok zapadał w pamięć, o tak. Szedł przed siebie, a za nim podążała mała grupka. To było dawno temu i szli szybko. Ale pamiętam z jak dumną postawą kroczył ten mężczyzna! I była tam jeszcze kobieta. Podbiegała do niego, łapała za rękę, próbowała coś powiedzieć. Ale on ją odpychał. To była piękna kobieta. Wyglądała na smutną, załamaną i jednocześnie wściekłą, wszystko na raz. Stała chwilę w miejscu, potem dogoniła go i szła dalej.
Deionarra?
- Było jeszcze dwóch mężczyzn. Ale pamiętam dobrze tylko jednego. Był wysoki, szczupły i śmierdział gorzałą. Aż stąd czułam ten smród. Wyglądał tak niechlujnie, jakby od bardzo dawna się nie mył. Szedł blisko za mężczyzną podobnym do pana i zachowywał się, jakby ta piękna kobieta wcale nie istniała. Nawet na nią nie spojrzał, nawet gdy odbiła się od niego, próbując zatrzymać pana... To znaczy pana krewnego, bo to chyba krewny, tak? I to wszystko, co pamiętam, panie.
Kolejne wspomnienie do kolekcji. Rzuciłem starowince kilka miedziaków i pogryzając wędzone rybki, wszedłem między stragany z nadzieją, że widoki i zapachy uwolnią następne wspomnienia.
Część bazaru wypełniały śmieci. Potężnie zbudowana kobieta przebierała wśród desek leżących na stosie gdzieś pośrodku wysypiska. Rozrzucała je kopniakami podkutych butów, oglądała uważnie, schylała się od czasu do czasu i gołymi dłońmi wyrywała gwóździe, po czym chowała je do sakwy u pasa. Gdy usłyszała moje kroki, odwróciła się w moją stronę. Dłoń trzymała blisko uchwytu sztyletu. Z bliska zauważyłem, że jedno z jej oczu jest zasnute delikatnym, mlecznym bielmem.
- Nie podłaź bliżej, śmiałku. Czego chcesz?
- Kim jesteś?
- Zwykłą zbieraczką gwoździ. Sprzedaję je trumniarzowi z Niższej Dzielnicy. Hamrys, tak się zwie. Będziesz potrzebował trumny, to idź do niego.
- Gdzie jest Niższa Dzielnica?
- Aj, jeszcze wczoraj bym ci powiedziała, ale dabusy znów pozmieniały ulice. Nie wiem, jak tam dojść, sama będę musiała znaleźć nową drogę. Ale jeśli połapiesz się w języku dabusów, na pewno któryś z nich ci powie.
- Kim są dabusy? – To słowo brzmiało dziwnie znajomo.
- Słudzy Pani. – Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – Musisz być nowy w Sigil. A nie wyglądasz. Mniejsza z tym, dabusy pracują w mieście, wypełniając wolę Pani. Budują, burzą, budują, cały czas, używają tego, co już zostało zniszczone, by zbudować coś nowego. Czasami dabusy zostawiają coś rozwalone i idą dalej, a ja po to przychodzę, zanim zajmą się tym następni. – Kopnęła kolejną stertę desek. – To drewno jest zapewne z okolicznych domów czy płotów...
Dabusy… Napłynęło do mnie wspomnienie - widok wysokich, tajemniczych, unoszących się w powietrzu postaci, pracowicie naprawiających wszelkie usterki. To zajęcie wydawało się do nich nie pasować, wyglądali zbyt godnie.
***
Powiał wiatr, do nozdrzy wdarł się smród, gorszy niż odór starych ścieków. Zazdrościłem Mortemu tego, że nie ma nosa. W miarę jak szliśmy przed siebie, ohydny zapach przybierał na sile. Wkrótce znaleźliśmy się tuż obok jego źródła.
Obszarpany mężczyzna patrzył na mnie dziwnie wytrzeszczonymi oczyma. Wyglądało to tak, jakby miały za chwilę wyskoczyć mu z oczodołów i potoczyć się po bruku. Pokiwał energicznie głową i uśmiechnął się, odkrywając sczerniałe, zgniłe dziąsła.
- Opowieść za miedziaka, panie? – Jego oddech cuchnął straszliwie, niczym padlina. – Imiona, imiona… To, kim jesteś… Imiona… Niebezpieczeństwo... - zaczął mamrotać cicho.
- O czym mówisz? – Podszedłem bliżej, starając się ignorować smród i złośliwy chichot Mortego.
- Niebezpieczeństwo. Znać imię, lub też mieć nadane imię, wszystko to prowadzi do kłopotów. – Opuścił głowę i zadrżał. – Mi zostało nadane imię. Nie prosiłem o nie. Jestem Śmierdziwiatr.
- Pasuje! – Krzyknął uradowany Morte. – Jak ulał!
- To nie jest moje prawdziwe imię – odparł. – Prawdziwe imię to niebezpieczna rzecz, daje innym moc. – Pogroził mi palcem. – Trzymaj swe imię dla siebie, trzymaj je przy sobie, nigdy nikomu go nie wyjawiaj!
Westchnął głośno, wypuszczając z ust falę smrodliwego powietrza. Zasłoniłem dłonią nos.
- Imiona są jak zapachy… Można kogoś wyśledzić dzięki ich znajomości… - Zakaszlał ciężko, napiął mięśnie brzucha, wywołując potężne pierdnięcie, jakby akcentując swe słowa. Morte nie krył rozbawienia.
- Jeśli ktoś zna twe prawdziwe imię, daje mu to moc. – Oblizał nerwowo usta, ignorując czaszkę. – Moc, by krzywdzić.
- A ja nawet nie znam swego imienia – powiedziałem.
Oczy Śmierdziwiatra wyszły jeszcze bardziej na wierzch.
- Toż to błogosławieństwo! Jakże ci zazdroszczę! Pozostań bezimienny, a będziesz niczym duch, nie do wykrycia, niewidzialny, nie do wyśledzenia. Imię wybrane, imię nadane, wszystko to pozwala innym cię znaleźć i skrzywdzić, o tak, skrzywdzić…
- Ciebie chyba ktoś srogo skrzywdził, co nie? – Morte zbliżył się do niego.
- Me imię wyrwało mi się tylko raz, jeden jedyny raz! – Skrzywił się, jakby to wspomnienie sprawiało mu niewyobrażalny ból. – Mogę wam opowiedzieć, ale…
- Hmm?
- Za trzy miedziaki. - Wyciągnął do nas brudną dłoń.
















































