Teoria Chaosu w "Efekcie motyla"
Drogi czytelniku!
Na wstępie muszę uprzedzić Cię, że
to co czytasz nie jest typową recenzją filmową, a tym bardziej
niżej podpisana autorka – krytykiem filmowym. Jako, że na
efektach specjalnych i tym podobnych zjawiskach, nijak się nie znam,
teoretycznej wiedzy na temat kinematografii nie posiadam zgoła
żadnej, mogę jedynie opisać własne, bardzo subiektywne wrażenia
po obejrzeniu obrazu, związane głównie z jego fabułą.

Wyjść należałoby od tego czym jest
tytuowy efekt motyla. W fizyce istnieje teoria, mówiąca, że
nawet najdrobniejszy szczegół jest w stanie zmienić bieg
historii. Objaśniając ją najczęściej podaje się przykład
motyla, którego machnięcie skrzydeł w Paryżu może wywołać
burzę w Nowym Jorku. Na tym właśnie skupia się fabuła filmu.
Teorię ową wykorzystuje główny
bohater – Evan, w celu przeprowadzania zmian we własnym życiu. W
efekcie zmienia nie tylko życie własne, ale i innych uczestników
wydarzeń. Evan chcąc swoje losy ulepszać, niejednokrotnie poprzez
jedyną drobną zmianę na lepsze, powoduje przy okazji wiele
nieplanowanych, wcale nie pozytywnych. Każda kolejna zmiana zdaje
się być bardziej brzemienna w skutki od poprzedniej. Bohater
obmyśla coraz to nowe scenariusze dla siebie i grupy swoich
przyjaciół, los jest jednak nadal bardziej błyskotliwy od
niego, a on wciąż popełnia te same błędy. Wreszcie wpada w
swoistą obsesję, zapętla się we własnych celach i powoli traci
kontrolę tak nad biegiem wydarzeń jak i nad spustoszeniami we
własnej psychice, których dokonuje eksperyment.
Wszystko to opowiedziane jest w sposób
nie do końca uporządkowany chronologicznie,potęguje to jednak
wrażenie błędnego koła i przykuwa uwagę odbiorcy.

Film niewątpliwie oddziałuje na
psychikę, pobudza do refleksji, wprowadza w dziwny, lekko
niepokojący nastrój. Powoduje, że widz zaczyna „gdybać”
nad własnym życiem, zastanawiać się, co by się stało, gdyby coś
w nim zmienić, jeśli coś potoczyłoby się inaczej. Jednocześnie
kolejne sceny do takiego „gdybania” zniechęcają, prowadzą do
odczucia lęku przed zmianami. W efekcie nawet sprawiają, że jest
się wdzięcznym losowi, za to, że nie jesteśmy stanie w ten
sposób, w jaki robi to bohater, mącić we własnej
przeszłości. Wyraźnym atutem są też niedomówienia,
kwestie nie do końca jasno i klarownie wyjaśnione, nad którymi
widz musi przystanąć na dłuższą chwilę i sam je sobie
wytłumaczyć. Z tego też powodu, jako amatorka wrażeń, raczej
emocjonalno – refleksyjno – intelektualnych, niż wizualnych,
oceniam film bardzo pozytywnie. Pozostawił on po sobie dość
ciężki, refleksyjny nastrój i wiele pytań, na które
długo starałam się sobie odpowiedzieć.
Jedynie zakończenie budzi we mnie
pewną dozę konsternacji, a nawet niesmaku. Całość bowiem zdaje
się wyraźnie przestrzegać przed „ulepszaniem sobie życia” i
jego konsekwencjami. Sama końcówka wydaje mi się w tym
układzie zbyt pozytywna, mam wrażenie, że przeczy wszystkim
wcześniejszym tezom. Na szczęście nie jest aż tak mocna i
czytelna, by zburzyć poprzednie odczucia.
Tytuł oryginału: The
Butterfly Effect
Produkcja: USA,
2004
Reżyseria:
Eric Bress, J. Mackye Gruber
Scenariusz: J.
Mackye Gruber, Eric Bress
Obsada:
Ashton Kutcher - Evan Treborn
Amy Smart - Kayleigh Miller
Elden Henson - Lenny Treborn
Melora Walters - Andrea Treborn
Eric Stoltz - George Miller
William Lee Scott - Tommy Miller


















































Odpowiedzi
Ech, zaintrygowałaś
Ech, zaintrygowałaś mnie... Odkąd usłyszałam o tym filmie, zbieram się do obejrzenia go, i zawsze coś mi szyki krzyżowało. Może w te wakacje się wreszcie uda?
--
bezczelna i ruda