Legion. Albo cokolwiek innego...
Bóg stracił cierpliwość. Zesłał na ludzkość katastrofy i plagi. Swym aniołom nakazał masową eksterminację ukochanych dotąd stworzeń. Naczelny wódź boskiej armii, archanioł Michał, zbuntował się. Nadal bowiem dostrzegał w ludziach potencjał. Stwórca zwątpił w człowieka. Michał nie.
Brzmi ciekawie? Owszem. Niestety tylko brzmi. Dlaczego? Posłuchajcie dalej.
Niebiański generał zdezerterował więc i własnoręcznie odrąbawszy sobie skrzydła, udał się do podrzędnego baru w jakiejś zapyziałej, zabitej deskami i nie posiadającej niemal żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym dziury w Teksasie. Tam dobrowolnie podjął się jakże chwalebnego zadania, polegającego na ochranianiu pewnej ciężarnej kelnerki, noszącej w swym łonie przyszłego zbawcę ludzkości.
Nadal brzmi ciekawie? Jak kto lubi. Pójdźmy więc tym tropem nieco dalej.
Na ową zacną niewiastę i jej nienarodzonego, naznaczonego przez reżyser jedynie raczy wiedzieć (bądź też nie...) kogo, potomka, czyhają hordy "opętanych". Tak. Właśnie tak nazywa ich zbuntowany archanioł. Kim są? Jeśli ktoś jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie, to również jedynie reżyser, bo widz z pewnością nie. Owszem, Michał wyjaśnia ich pochodzenie do pewnego stopnia. Twierdzi, iż są to ludzie opętani przez... aniołów. W praktyce zaś opętanie owe polega na tym, że stają się czymś w rodzaju stada (bo z pewnością nie armii!) bezrozumnych zombiaków. Niektórzy z nich potrafią mówić. I to jeszcze jak mówić! Jak opętańcy z podobnej klasy filmów o egzorcystach i ich podopiecznych.
Co dalej? Tutaj was rozczaruję. Ze swym krótkim streszczeniem, trwającego blisko półtorej godziny filmu, zbliżam się już ku końcowi. Na powyższym bowiem skupia się niemal cała akcja. Na tym samym też zdaje się kończyć koncepcja twórców filmu. Po drodze znaleźć można ze trzy dość ciekawe sceny i kilka brzmiących sensownie dialogów. W zasadzie choć tyle dobrego można o tym dziele powiedzieć.
Kilka słów o bohaterach? Bardzo proszę. Jest ich kilku. Bezpłciowy właściciel baru, jego syn o wdzięcznym imieniu Jeep, do szaleństwa zakochany w matce zbawiciela, sama pokalanie (z całą pewnością) poczęta, były wojskowy (jedyna w miarę ciekawie zapowiadająca się postać, której nota bene nie dano pożyć za długo) i kilku przejezdnych gości knajpy w składzie: histeryczna kobieta w kwiecie wieku, jej mąż (obecny przez kilkanaście minut), ich nastoletnia, zbuntowana córka i czarnoskóry nie-wiadomo-kto. W zasadzie żadna z tych postaci nie zapada w pamięć. Wszystkie są albo mdłe, albo nic o nich nie wiadomo, albo żyją zbyt krótko.
A co z aniołami? Otóż, w filmie spotykamy ich dwóch. Wspomnianego już Michała, obrońcę ludzkości, który ginie w obronie rzekomego mesjasza, po czym nagle odradza się z całymi, nowiutki skrzydłami, czarnymi lub ciemno-szarymi zresztą oraz Gabriela (występujący w aż dwóch scenach!). Ów jest natomiast całkowitym przeciwieństwem wyżej opisanego. Wyposażony w stalowe, pancerne skrzydła archanioł, posłuszny wykonawca woli bożej, prezentuje w całej okazałości brutalny wyraz twarzy, nienawistne spojrzenie i sposób działania maszyny do zabijania. I... to tyle w kwestii aniołów.
I na tym koniec? Cóż... chyba tak. Właściwie nic więcej w pamięci mi nie zapadło. Może tylko poza irytująco urwanym zakończeniem. Oj, przepraszam! Z pewnością twórcy filmu nazwaliby je górnolotnie - otwartym. Zresztą... wcale nie będę przepraszać. Ja nazywam je urwanym i tego będę się twardo trzymała.
Dlaczego? Otóż Michał, nowiutki i śliczny wraca na niebiosa, gdyż udało mu się lepiej odczytać wolę boską, niż Bogu we własnej osobie. Gabrielowi wstyd, bo nie zdołał tego uczynić, popełniając zbrodnię posłuszeństwa wobec swego stwórcy.
Wcześniej jednak niewiasta rodzi. Musi się bardzo spieszyć, by zdążyć przed ostateczną zagładą ludzkości. Pod przynaglającymi prośbami archanioła udaje jej się odbyć ekspresowy poród. Trwa on jakieś... trzy minuty.
Wspomniany wcześniej młodzieniec, o jakże wdzięcznym imieniu Jeep, otrzymuje od Michała instrukcje. Ma on za zadanie odnaleźć "proroków" (kimkolwiek oni są), a na jego rękach pojawiają się tatuaże, prawdopodobnie (choć nie dam głowy) przedstawiające mapę, która ma go zaprowadzić do owych poszukiwanych. Dzięki nadludzkim mocom, czy też cudownemu promieniowaniu aury (tu również nie mam żadnej pewności) noworodka, Jeepowi i Charlie (bo tak miała na imię matka zbawcy) z małym mesjaszem na rękach, udaje się przedostać między tłumem zombiaków, które rozstępują się przed nimi niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem. Wsiadają do samochodu i odjeżdżają.
To już koniec? Filmu -tak. Mojego zrzędzenia - nie.
Chciałam bowiem podzielić się z Wami jeszcze jedną refleksją. Zastanawia mnie tytuł filmu. "Legion". Dlaczego właściwie "Legion"? Dlaczego nie jakkolwiek inaczej? Odpowiedź wydaje mi się prosta. Twórcy filmu, skoro już go nakręcili, musieli przecież jakoś go nazwać. A "Legion"... cóż... tytuł dobry, jak każdy inny. Właściwie to dzieło mogłoby nosić jakikolwiek tytuł. Więc czemu by nie "Legion"?
Podsumowując, gdzieś tam, w odmętach umysłu twórcy, pojawił się zalążek ciekawego pomysłu i na tym niestety jego inwencja wyczerpała się całkowicie. Jeśli ktoś nie ma co zrobić z czasem jakiegoś ponurego wieczoru, a brak mu chęci lub sił zajęcia się czymś konstruktywnym, może sobie to to obejrzeć. Jeśli zaś takiego wieczoru nie znajdzie - nie ma czego żałować.

Legion, USA 2010
Reżyseria: Scott Charles Stewart
Scenariusz: Peter Schink, Scott Charles Stewart
Obsada: Paul Bettany, Dennis Quaid
Premiera: 19-03-2010
Czas trwania: 100
Dystrybutor: UiP


















































Odpowiedzi
Ciekawa recenzja. Widzę, że
Ciekawa recenzja. Widzę, że moje obawy co do filmu się potwierdziły...
________________________________________
Czarodziejka gorzałka tańczyła w nas...