Legenda arturiańska kobiecym okiem i ręką...

„Mgły Avalonu” to ekranizacja
powieści Marion Zimmer Bradley i już na pierwszy rzut oka widać tu
kobiecą rękę. Po raz pierwszy legendy arturiańskie zostały
przedstawione jako wydarzenia widziane głównie oczyma pań z
jego otoczenia.
Wbrew temu, co sądzą z pewnością
niektórzy, nie jest to wadą, lecz ogromną zaletą filmu i
nie ma w tym za grosz przejawu feminizmu ze strony autorki recenzji –
czyli mojej.
Opowieść przepełniona jest
urzekającą magią. Porywa i zachwyca atmosferą. Dobrze znany mit,
widziany z zupełnie innej perspektywy, odkrywa przed widzem wiele
nowych tematów do refleksji, pozostawia też szerokie pole dla
wyobraźni, uwalnia od stereotypowego podejścia do niektórych
postaci, ukazuje je w całkiem odmiennym świetle. Obfituje także w
sceny bardzo sugestywne, obrazowo i dosadnie wskazujące i
uświadamiające poruszane kwestie.
Taką właśnie, która
najbardziej zapadła mi w pamięci jest scena końcowa.
Chrześcijańska figura Matki Boskiej odziana w płaszcz Boginii,
skutecznie przykuwa uwagę i zwraca ją na swoją symbolikę.
Doskonale odzwierciedla jedno z głównych przesłań całej
historii, rzuca nowe, niestandardowe światło na istotę
przemijania.
Na osobną wzmiankę zasługuje także
muzyka Loreeny McKennitt, która wywołuje, że ciarki biegają
widzowi po plecach, doskonale współgra z obrazem tworząc
doskonałą całość i podkreśla charakterystyczny klimat filmu.
Największym jednak atutem tego obrazu
zdaje się być jego „niekomercyjność”, „niehollywoodzkość”.
Dzięki temu postaci są naturalne, nie
rozgraniczone wyraźnie na „te dobre” i „te złe”, sprawiają
wrażenie ludzi z krwi i kości. Być może trochę niszczy to postać
idealistycznego mitu, jednak film owiany jest taką aurą, przy
której „ludzkość” bohaterów nie jest w stanie
zagrozić magii, jaka z niego promieniuje. Wprost przeciwnie, owa
magia staje się nam bliższa, bardziej zrozumiała i bardziej
„ludzka”, przez co jeszcze piękniejsza.
Związki między bohaterami również
są niejednoznaczne, skomplikowane, czasem trudne do pojęcia.
Rozczaruje się ten, kto szuka cukierkowych i słodkich romansów
rodem z harlequina.
Wśród obsady i twórców
nie znalazłam ani jednego nazwiska, które choćby obiło mi
się o uszy. To także, jak się okazuje, na całe szczęście. Nie
ma tu pięknisiów z pierwszych stron gazet, mających za
główny cel przyciągnięcie rzeszy fanek. Są za to mało
znani, lecz całkiem nieźle radzący sobie aktorzy, grający z dużą
naturalnością i empatią.
„Mgły Avalonu” ma w sobie o wiele
więcej z kina europejskiego niż amerykańskiego, nie jest też w
żadnym razie superprodukcją... i właśnie to sprawia, że tak
bardzo mnie zachwyciły.

Tytuł oryginału: Mists of Avalon
Produkcja: USA,
Niemcy, Czechy 1999
Reżyseria: Uli Edel
Scenariusz: Gavin Scott
Muzyka: Loreena McKennitt
Obsada:
Anjelica Houston
Julianna Margulies
Joan Allen
Samantha Mathis
Caroline Goodall
Edward Atterton
Michael Vartan
Michael Byrne
Hans Matheson


















































Odpowiedzi
Ja pierniczę!!! Nie dość
Ja pierniczę!!! Nie dość że Loreena McKennitt, to jeszcze mówisz, że film nie jest zły... Czytałam książkę i byłam nią bardzo oczarowana, ech... Narobiłaś mi ochoty na ten film!