30 dni nocy

    Twórcy horrorów to jednak mają przerąbane życie. Nie wierzycie? Spróbujcie zrobić taki film, żeby na niego ludzie nie psioczyli. A to za dużo krwi, a to za mało, a to zbyt wolny, a to znów sieka; tutaj tylko maniakalny zabójca, a tam demon z piekła. Klisze, schematy i szlaki utarte do granic możliwości. Takie na przykład filmy o wampirach – scenarzyści mogą po raz setny przeżuć schemat Draculi, dodając kilka gołych lasek; zaadaptować jakiegoś młodzieżowego gniota albo iść wyjątkowo niewdzięczną drogą i spróbować czegoś nowego.

    Twórcy 30 dni nocy postanowili iść tą trzecią drogą. W tym celu wzięli na warsztat komiks Steve’a Milesa i Bena Templesmitha (ten pierwszy odpowiadał za scenariusz, tak w komiksie jak i filmie) o tym samym tytule i na jego podstawie stworzyli recenzowany w tym miejscu horror. Fabuła jest prosta: w pewnym niewielkim miasteczku na Alasce pojawia się Nieznajomy, a wraz z nim – dziwne wypadki: ktoś pali wszystkie telefony komórkowe i morduje psy zaprzęgowe. Jednak w zawierusze nikt nie zwraca na to uwagi – już niedługo słońce zajdzie i na cały miesiąc pogrąży Barrow w ciemności, więc większość mieszkańców zawczasu je opuszcza. Dla tych jednak, którzy pozostali, nadchodząca noc będzie najgorszą (i być może ostatnią) w ich życiu. Gdy tylko słońce skryje się za horyzontem, ze swych kryjówek wyjdą potwory i zaczną polowanie.

    Fabuła – powiedzmy sobie szczerze – nie należy do odkrywczych. Motyw małego miasteczka, otoczonego przez bandę krwiopijców nie jest szczególnie oryginalny – spora liczba horrorów korzystających z tego schematu przyzwyczaiła nas do pewnych rozwiązań fabularnych, kalek i obowiązkowych zwrotów akcji (choć osadzenie akcji na Alasce w czasie trwania nocy polarnej to idea, której trzeba Milesowi pogratulować). Pomijając kilka momentów, w tym finał, fabuła nie zaskoczy niczym szczególnym, podobnie jak wątek miłosny (czy też melodramatyczny) dotyczący szeryfa Ebena, próbującego ratować swoje małżeństwo ze Stellą. Ich wzajemnym relacjom brakuje ikry i prawdziwej bliskości (nie mylić z tanią, hollywoodzką ckliwością) i właściwie dopiero sama końcówka przynosi jakieś wiarygodne relacje między nimi. Mamy tu poświęcenie, obietnicę wierności, płacz, zapewnienia o miłości – ale prawdziwe emocje gdzieś uleciały.

    Podobne zastrzeżenia (jeśli chodzi o emocje) można mieć do aktorstwa – nieco sztucznego, trochę drewnianego w wykonaniu niektórych aktorów (choćby Melisy George w roli Stelli, która wydała mi się jakaś taka… krucha i mało wyrazista) lub najzwyczajniej średniego. Na plus wybijają się zdecydowanie Danny Huston w roli wampira Marlowa (bardzo dobry, ponury, groźny i intrygujący jednocześnie, świetnie oddał nieludzkość wampira) i Josha Hartnetta, którego osobiście nie lubię, ale tutaj dał sobie radę jako Eben. Nie, żeby od razu wielka rola, ale oglądając go na ekranie widz nie ma wrażenia, że aktor pomylił film – kiedy trzeba jest wrażliwy, zdeterminowany lub niezwykle bezwzględny. No i z zarostem Hartnett wygląda zdecydowanie lepiej.

    Z głębi serca natomiast pochwalę warstwę wizualną filmu. Kto widział komiksowy oryginał, z pewnością pamięta charakterystyczny styl Templesmitha – ciemne, ponure plansze, z nagłymi wybuchami kolorów, wykrzywionymi konturami postaci, zlewającymi się w jedną, krwawą masę. Ten styl próbowano przenieść na ekran: Barrow jest tutaj miejscem ciemnym i ponurym, rozjaśnianym światłem lamp, zasypanym śniegiem, na którym wspaniale wygląda czerwień krwi… Ów kontrast czerwieni krwi, bieli śniegu i czerni wampirów, mordujących mieszkańców najwspanialej wygląda w scenach, gdzie kamera - sunąc ponad miasteczkiem i rejestrując masakrę z powietrza – rejestruje zimno i obiektywnie taniec śmierci, zgotowany przez krwiopijców, budując odpowiedni klimat szaleństwa i zagrożenia. Zdecydowanie warto pochwalić reżysera za taki pomysł.

    Same wampiry zresztą są bodaj największym plusem tej produkcji. W czasach, gdzie za wzór wampira uchodzi lalusiowaty Edward czy też, (choć w mniejszym stopniu) dostojny Dracula, twórcy 30 dni nocy proponują obraz wampira jako niepowstrzymanej maszyny do zabijania. Miłość? Przyjaźń? Litość? Zapomnijcie – ani w sercu Marlowa, ani jego podkomendnych nie ma nawet śladu tego typu uczuć. Jest za to niepohamowana chęć mordu, instynkt zabójcy, niczym u wilków, gdzie wataha podąża za swoim przywódcą i nienawiść, która nigdy nie wygaśnie. Zresztą, nie tylko pod względem mentalnym wampiry Nilesa i Templesmitha są inne; wszystkie bez wyjątku są blade, ich twarze wykrzywione wściekłością a zęby to nie dwa lśniące kiełki, ale paszcza pełna zębiszczy stworzonych do rozrywania gardeł. Jeśli dodamy do tego jeszcze charakterystyczny, dziwny język, jakim się posługują (bo przecież nie będą gadać po angielsku) otrzymujemy jedną z bardziej oryginalnych wizualizacji krwiopijcy w kinie grozy.

    Niestety, przed poleceniem tego filmu powstrzymuje mnie sprawa zasadnicza: jak na horror 30 dni nocy jest mało straszny. Operuje raczej sprawdzonymi metodami (czarny lud zza rogu wyskoczy i urwie ci głowę) i widz nie obgryza paznokci, zastanawiając się, cóż się teraz stanie. Pod tym względem, film jest bardzo „staroszkolny”. Samo napięcie też jest dość szarpane – są momenty, kiedy trzyma mocno za gardło i działa ciężki, pachnący posoką klimat (choćby początek ataku wampirów) a są chwile, gdy całkiem ono siada i widz zaczyna ziewać. Na dodatek finał filmu jest doprawdy kretyński. Tak głupiego, niweczącego nastrój rozwiązania dawno nie widziałem. Nie wiem, kto dopuścił taki bubel, ale należałoby mu się to samo, co Marlowowi. I to trzy razy.

    Koniec końców film umiarkowanie polecam. Jeśli ktoś szuka niezobowiązującej rozrywki, ma ochotę na lekki horror, lub ma dość lukrowanego Zmierzchu może obejrzeć – będzie to całkiem dobre (a przede wszystkim efektowne) remedium. Reszta może włączyć Draculę albo Wywiad z wampirem.

    Piotr „Vivaldi” Sarota

     

    Tytuł oryginalny: 30 Days of Night
    Tytuł polski: 30 dni nocy
    Gatunek: horror
    Kraj produkcji : Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone
    Data premiery : 16 października 2007 r.
    Czas trwania: 113 minut

    Obsada:
    Josh Hartnett – Eben
    Ben Foster – Nieznajomy
    Melissa George – Stella Olemaun
    Danny Huston – Marlow
    Craig Hall – Wilson Bulosan
    Manu Bennett – Billy Kitka
    Mark Boone Junior – Beau
    Ben Fransham – Wampir

    Reżyseria: David Slade
    Scenariusz: Steve Niles, Stuart Beattie, Brian Nelson
    Muzyka: Brian Reitzell
    Zdjęcia: Jo Willems

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany
    Lorelay
    Hmmm... chyba właśnie dlatego

    Hmmm... chyba właśnie dlatego nie lubię horrorów ( w wydaniu filmowym, bo w książkowym lubię) - mało ważne o czym i jak zrobione, najważniejsze, żeby było straszne. Mi tam strachanie się filmów nie jest jakoś wybitnie do szczęścia potrzebne, większą uwagę zwracam na to czy mnie ciekawi niż na to czy się boję.

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus