Bękarty Wojny
Tarantino to postać kultowa, – co do tego nie ma wątpliwości. Można się kłócić, czy jest wizjonerem, zdziecinniałym wariatem czy hochsztaplerem, ale fakty są takie, że nawet gdyby nie robił już żadnych filmów, przeszedłby do historii kina jako jeden z najbardziej oryginalnych twórców, reżyser, którego filmy miały tyleż zwolenników, co zagorzałych przeciwników. Podobnie jest z Bękartami Wojny - produkcją, która dzieliła przed premierą, jak i po niej, zgarniając przy okazji naprawdę poważną forsę…
Pewnego razu… w okupowanej Francji
Jedną z przyczyn kontrowersji wokół nowego dzieła Tarantino była sama tematyka. Bo z czym kojarzy się nam II Wojna Światowa? Pianista, Lista Schindlera, Szeregowiec Ryan, holocaust, obozy zagłady, śmierć, brud, cierpienie, wszystko to jeszcze spotęgowane przez narodową martyrologię, mesjanizm i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze. Dla osób żyjących jeszcze w czasach wielkich narracji, Kina przez duże K i nabożnego podejścia do wojennej zawieruchy plany Tarantino były niczym herezja. No bo kto to widział robić film o żydowskim komandzie mordującym Niemców i zdzierających skalpy z ich głów? Na dodatek z Bradem Pittem jako ich dowódcą? I jeszcze wątek zemsty żydowskiej dziewczyny na znienawidzonym oficerze SS… nie, tak być nie może. Przecież to się kłóci z przyjętym obrazem żydów jako narodu skazanego na zagładę. Gdzie tu cierpienie? Gdzie potworny los ofiar holocaustu? Gdzie ciężar, głębia? Otóż panowie, tego tu nie ma. Nie ma, nie było i nie miało być. Tarantino nigdy nie ukrywał, że II Wojna jest dla niego tylko tłem dla ostrej jazdy. Warto go z tego powodu kamieniować? Zdecydowanie nie.
Rękopisy nie płoną… taśma filmowa tak.
Struktura filmu – jak przystało na Tarantino – jest postmodernistyczna. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku np. Kill Billa film podzielony jest na kilka rozdziałów, ale w przeciwieństwie do swego poprzednika, ułożenie owych epizodów jest linearne i nie ma tak potężnych przeskoków chronologicznych. Dopiero w obrębie owych rozdziałów natykamy się na szereg retrospekcji (dotyczących choćby sierżanta Stiglitza) i dygresje (jak np. w przypadku mini wykładu o taśmie celuloidowej). W przeciwieństwie jednak do innych filmów, tutaj owe wtrącenia nie są integralną częścią świata przedstawionego – pełnią tu raczej role przypisu, choć zdecydowanie bliżej im do „poetyki” komiksowej, niż literackiej.
No i oczywiście znak rozpoznawczy Tarantino – zabawa kliszami. Jeszcze przed premierą, kiedy pojawiły się pierwsze przecieki dotyczące fabuły, w Internecie zawrzało: że kalka Parszywej dwunastki, Tylko dla orłów i innych klasycznych filmów… Nie wielu zdaje się pamiętać, że pomysł zrodził się z powodu Inglorious Bastards w reżyserii Enzo G. Castellariego, będącego skądinąd kalką amerykańskich filmów, gdzie mała grupka żołnierzy samotnie pokonuje wojenną machinę Trzeciej Rzeszy. Film Quentina jest jakby wielką soczewką, skupiającą wszystkie te klisze i schematy, wykręcając je niekiedy do granic absurdu. Z tego też powodu rola Brada Pitta balansuje na granicy autoparodii, a Bękarty ubijają Niemców za pomocą kija baseballowego. Tarantino bawi się konwencją kina wojennego w wydaniu amerykańskim, podśmiewuje się z niej, a jednocześnie zrywa z całą mocą z typową dla klasycznego kina paletą rozwiązań fabularnych. Tutaj nikt nie jest nieśmiertelny, a ulubiony (i niemal wszechmocny bohater) w kilka chwil może zamienić się w zimnego trupa i to w najmniej spodziewanym momencie.
Przedstawiam największego aktora na świecie…
Bez dwóch zdań Bękarty Wojny są filmem doskonale zagranym. No, może do Pulp Fiction sporo brakuje, nie zmienia to jednak faktu, że jest to jeden z lepiej zagranych filmów, jakie dane mi było widzieć ostatnimi czasy. Jednak i tu znajdzie się kilka perełek, znacząco wybijających się ponad poziom. Przede wszystkim – Brad Pitt. Jego gra z pewnością była przesadzona, jadąca na schemacie i mocno parodystyczna, nie można jednak powiedzieć, że zagrał źle. Postać Aldo w jego wykonaniu jest stuprocentowym amerykańcem, ze skłonnością do kozaczenia, niewyparzonym językiem i pewnością siebie większą niż stan Teksas. Trudno się nie uśmiechnąć, słysząc jego gadki. Kolejnym jaśniejącym punktem jest epizodyczna – niestety! – rola Martina Wuttke w roli Hitlera. Ten znany (na zachodzie…) aktor teatralny, od kilkunastu lat występujący w spektaklu Kariera Artura Ui tutaj pokazał wszystko to, za co kocha go publiczność – charyzmę, warsztat, ekspresję… Zmieścić to wszystko w tak niewielkim epizodzie jest naprawdę wielką sztuką. Z drugiej strony… któż potrafiłby zagrać fuhrera lepiej niż on?
Jednak największą gwiazdą filmu jest niewątpliwie Christoph Waltz, grający pułkownika SS Hansa Landę – człowieka szalenie inteligentnego, a przez to i diabelnie niebezpiecznego. Postać Landy niekiedy przejmuje całą sympatię (o ile można mieć sympatię dla esesmana) widzów – dzięki swemu urokowi, sprawności umysłu i bezwzględności. Landa jest nemezis doskonałym – w mig potrafi przejrzeć niemal każdy plan wroga, jednak nie demaskuje go od razu, o nie; on jest jak myśliwy – namierza ofiarę i atakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Naprawdę elektryzująca postać…
W filmie o filmie
Na koniec zostawiłem sobie odrobinę prywaty… Powiem szczerze: uwielbiam filmowe gierki, rzucanie cytatami czy nawiązania. Pod tym względem Bękarty Wojny są dziełem naprawdę osobliwym. Czemu? Cóż… do tego, że Tarantino uwielbia mówić o filmie już się przyzwyczailiśmy. Tak było w Pulp Fiction, tak było w Kill Billu gdzie zarzucał cytatami tak rekwizytów, jak i całych konwencji. Jednak w swoim najnowszym filmie idzie o krok dalej: funduje widzom niemal multimedialny wykład o niemieckim kinie lat 20 i 30, włącznie z charakterystyką twórców, estetyką dzieł, jak i sytuacją kinematografii w kontekście nazistowskiej władzy. Oczywiście, jest to wykład dość wątlutki i powierzchowny, ale przecież mamy do czynienia z kinem wojennym, a nie dokumentalnym. Jako dodatek do głównej osi fabularnej sprawdza się całkiem nieźle.
Reasumując: Bękarty Wojny nawet jeśli nie są najlepszym filmem Quentina, zdecydowanie są jednym z najlepszych filmów tego roku, z szaloną fabułą, wartką akcją, świetnymi dialogami, niebanalnymi postaciami i czarnym humorem. Nawet jeśli ktoś nie lubi Tarantino i jego zabawy filmową konwencją, film zobaczyć zdecydowanie powinien.
Piotr "Vivaldi" Sarota

Tytuł oryginalny: Inglourious Basterds
Tytuł polski: Bękarty Wojny
Gatunek: akcja, wojenny, komediodramat
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone ,Niemcy
Główne role:
Brad Pitt − porucznik Aldo Raine (pół-Apacz)
Eli Roth − sierżant Donnie Donowitz
Til Schweiger − sierżant Hugo Stiglitz (Niemiec)
Gedeon Burkhard − sierżant Wilhelm Wicki
B.J. Novak − szeregowy Smithson Utivich
Michael Fassbender − porucznik Archie Hicox
Mélanie Laurent − Shosanna Dreyfus
Diane Kruger − Bridget von Hammersmark
Christoph Waltz − Standartenführer Hans Landa
Daniel Brühl − Schütze Fredrick Zoller
Martin Wuttke − Adolf Hitler
Czas trwania: 153 min
Reżyseria : Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Muzyka: Mary Ramos
Zdjęcia: Robert Richardson
Produkcja Lawrence Bender, Quentin Tarantino

















































