Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Olivia
portret użytkownika Salantor
W tej chwili stronę przegląda 2 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Starcie Tytanów

UWAGA!
Ponieważ spora część oceny tego filmu opiera się na analizie treści, nie było możliwe napisanie jej bez spoilerów. W zasadzie recenzja jest spoilerem-gigantem. Jeśli nie chcecie poznać treści filmu, nie czytajcie tego artykułu.

O herosie, co swego konia cenił wyżej niż księżniczkę

Zeus w świetlistej zbroi, rozkazujący śmiertelnie poważnym tonem „Release the Kraken!” prześladował mnie w salach kinowych od blisko pół roku. Stwierdziłam więc, że to znak od bogów i wybrałam się w końcu przed srebrny ekran, by zobaczyć coś więcej niż zwiastun. Nie nastawiałam się na intelektualny wysiłek lub chwytającą za serce gmatwaninę losów. Chciałam wielkiej, oślinionej paszczy Krakena w trzy de. Czy byłam za mało wymagająca? O tym za chwilę.

Perseusz, jaki jest, każdy widzi. Półbóg zrodzony ze złotego deszczu (greccy mitopisarze wstydu nie mieli!), ten, który skrócił meduzę o głowę i podbił serce Andromedy. Dla filmowców nuda. No, może gdyby zekranizować scenę jego poczęcia... Ale ja nie o tym.

Oto krótka historia Perseusza według twórców Starcia Tytanów: Zły król odwraca się od bogów, Zeus za karę przybiera jego postać i przelatuje mu żonę, wkurzony władca pakuje małżonkę i zrodzone z nieprawego łoża dziecię do drewnianej skrzyni i rzuca do morza, skąd wyławia ich prosty rybak. Kobieta jest już sztywna, ale niemowlę ma się świetnie. Żyją prosto i szczęśliwie, póki przyrodnia rodzinka znajdy (już dorosłego) staje się przypadkową ofiarą ustawki między kolejnymi zbuntowanymi ludźmi a demonicznymi służbami porządkowymi, wysłanymi przez bogów. Do tej pory mniej więcej wszystko gra, poza tym, że rozeźlony król chwyta babę z bękartem zapakowaną w solidnie wyglądające pudło i ciska znad głowy do morza, jakby to był karton po pizzy. To, że Perseusz przeżył dryfowanie w skrzyni (a może nawet w niej się urodził – tego film dokładnie nie wyjaśnia) tłumaczone jest opieką niejakiej Io, która strzeże go również w dalszym życiu, by w końcu płynnie przejść z roli niańki w rolę kochanki. Tfu, kolejna perwersja.

Wróćmy jednak do spoilerowania. Gdy Perseusz dowiaduje się o swym pochodzeniu i tym, że on jeden może pokonać Krakena (którego bogowie postanowili spuścić z łańcucha na niegrzecznych ludzi, co bezczelnie przestali się modlić), zaczyna narzekać, że nie jest żadnym herosem i nie będzie nikogo unicestwiał, i nie zniży się do skorzystania z boskiej pomocy (którą Zeus mu w końcu ofiarowuje, gdy zauważa, że sam sobie nieźle nagrzebał) i w ogóle dajcie wszyscy święty spokój. Marudzi tak przez niemal cały film, jednocześnie wypełniając powierzoną mu misję. Walczy z tym, który go dwadzieścia parę lat wcześniej posłał w cholerę pocztą morską, ze skorpionami-gigantami, zaprzyjaźnia się z Dżinem (ale nie tym z lampy), który oswaja ocalałe skorpiony, by wykorzystać je jako środek lokomocji. Bestie te poruszają się co prawda z prędkością kulawego ślimaka, ale Perseusz ze swoją ekipą i tak nie mogą się nacieszyć, jak to niesamowicie przyspiesza ich wędrówkę.

Przeskoczmy parę scen, by nie psuć całkiem przyjemności z oglądania tym, co jeszcze filmu nie widzieli i przejdźmy do jaskini Meduzy. Próba dekapitacji pochłania sporo ofiar, w tym Dżina, który w przeciwieństwie do ludzi nie kamienieje, a... wybucha z własnej inicjatywy. Trzeba w tym miejscu dodać, że postać ta, nie licząc mało ludzkiej twarzy, wygląda jak Arab wzięty prosto z pustyni. Słowo daję, w scenie detonacji brakowało tylko okrzyku „Allah akbar!”. Za to echo mojego facepalmu rozniosło się po całej sali kinowej. Gdzieś po drodze ginie Io, ale mimo ciężkiej rany, czeka ze zgonem, aż ukochany skończy walkę, by wygłosić mu kazanie o odpowiedzialności i trudnym losie, któremu musi stawić czoła samodzielnie. Dzielna dziewczynka.

Dochodzimy do sceny finałowej. Andromeda, wystawiona na pożarcie Krakenowi, by przebłagać bogów, nie zostaje zjedzona tylko dlatego, że bestia zna zasady potwornego savoir-vivre i wie, że zanim zje człowieka, musi na niego solidnie naryczeć. W ryczenie to wczuwa się tak bardzo, że Perseusz ma czas przyfrunąć na Pegazie i machnąć mu głową Meduzy przed oczyma. No, cholera jasna! Popsuł mi Krakena, zanim zdążyłam się nim nacieszyć!

Dalej są już flaki z olejem: Andromeda proponuje mu swą rękę i pół królestwa, on oświadcza, że woli własną rękę... znaczy... własnego konia... Nie, to też nie brzmi dobrze. W każdym razie częstuje ją czarną polewką i odfruwa na pegazie. Na dobitkę mamy jeszcze happy end z gatunku deus ex machina (niemal dosłownie), ale to już zobaczycie sami, albo przeczytacie w innym spoilerze.

Celowo pominęłam ciut głębsze wątki, związane z postacią szalonego kaznodziei czy Hadesa, by cokolwiek jeszcze mogło przyciągnąć uwagę potencjalnego widza. Jednak, choćby nastawiać się na ten film do bólu pozytywnie, nic nie zmieni faktu, że jest to łopatologicznie prosta historyjka, luźno żonglująca postaciami mitycznymi. Twórcy filmu nie wysilili się na wyraziste postacie i chyba tego najbardziej w tym filmie mi brakowało. Chwilami diabli wiedzą, o co im wszystkim chodzi i po co w ogóle tam stoją, idą lub wygłaszają kwestię.

Nie byłabym sobą, gdybym nie pomarudziła też na efekty wizualne. Bardzo dynamiczna walka z wieloma postaciami na pierwszym planie w 3D powoduje oczopląs, a takich walk było kilka. Same widoczki zaś ładne i dopracowane, podobnie jak wszelkiej maści potwory. Bogowie i Olimp wyglądają za to dokładnie tak samo, jak we wszystkich amerykańskich ekranizacjach mitów sprzed kilkudziesięciu lat. Może konstytucja im określa, jak mają tworzyć takie miejsca i postaci?

O czym jeszcze nie wspomniałam? Muzyka – hmm. Poprawna? Tak, to odpowiednie słowo. Idealnie wtopiona w tło, dość przewidywalna, zupełnie nieskłaniająca do zakupienia czy ściągnięcia ścieżki dźwiękowej. Tłumaczenie – tekstu jest tam na tyle mało, że tylko kilka razy musiałam rzucić okiem na dół ekranu, by coś zrozumieć. Uderzyło mnie przetłumaczenie „bitch” jako „dziwka”, tuż po tym, jak Io opowiedziała historię Meduzy, z której wynikało, że jej jedyny stosunek seksualny był wynikiem gwałtu. Aż na moment obudziła się we mnie feministka.

Podsumowując, relaksująco i chwilami śmiesznie (zwykle wbrew zamierzeniom twórców). Nikt się nie wysilił nad tworzeniem fabuły, więc nie trzeba się też wysilać przy jej odbiorze. Dość przyjemnie dla oka. Nie żałuję wydanych pieniędzy, tym bardziej, że nie były moje, ale też nie straciłabym wiele, omijając ten film.

Ps. Jeśli Kraken postanowi wnieść pozew o odszkodowanie za zmarnowanie roli jego życia, podpiszę się pod listą poparcia.

Oryginalny tytuł: Clash of the Titans
reżyseria: Louis Leterrier
scenariusz: Travis Beacham, Phil Hay, Matt Manfredi
zdjęcia: Peter Menzies Jr.
montaż: Martin Walsh, Vincent Tabaillon
muzyka: Ramin Djawadi
premiera: 2010
produkcja: USA, Wielka Brytania
producenci: Karl McMillan, Jon Jashni, Basil Iwanyk, Kevin De La Noy, William Fay, Thomas Tull
scenografia: Troy Sizemore, Patricio M. Farrell, James Foster, Anna Pinnock, Martin Laing
kostiumy: Lindy Hemming
czas trwania: 106 minut

Obsada:
Sam Worthington - Perseusz
Ralph Fiennes - Hades
Liam Neeson - Zeus
Gemma Arterton - Io
Mads Mikkelsen - Draco
Alexa Davalos - Andromeda

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

Nie wiem, co ma Perseusz do

Nie wiem, co ma Perseusz do Krakena. Ale już wiem, że nie chcę się dowiedzieć.

portret użytkownika Vivaldi

Heh, a ja czekałem na ten

Heh, a ja czekałem na ten film... szczerze mówiąc, nie poszedłem na niego ze względu na wyjątkowo słabe recki, jakie wypłynęły zaraz po premierze, a nie chciałem sobie psuć wspomnienia o oryginalnym Zmierzch Tytanów:
http://www.filmweb.pl/f32071/Zmierzch+tytan%C3%B3w,1981
Tym bardziej, że widziałem jakiś czas temu fragment, i pomimo trzech dych na karku nadal ogląda się go całkiem nieźle...

Swoją drogą... Zmierzch Tytanów słaby, Iron Man 2 podobno słaby, nowy Koszmar z Ulicy Wiązów też podobno nie zachwyca... mam nadzieję, że chociaż Prince of Persia okaże się dobrym filmem...

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Lorelay

Wygląda na to, że recenzja

Wygląda na to, że recenzja ciekawsza niż film :P Ale ja chyba pokuszę się jednak o obejrzenie (jeśli kiedykolwiek starczy mi na to czasu...). Nie zniechęciłaś mnie jakoś wybitnie. Zasugerowałaś, że rewelacja to to nie jest, ale ja i nie- rewelacje trawić potrafię. Efekty wizualne ścierpię wszystkie prócz wiedźmińskich. Tylko... zakończenie mnie okrutnie rozczarowało. Pozostawiło straszny niesmak. Fuj! Denne!
Ale film obejrzę gdy tylko mi się uda. O!

Hagath, ja mam tylko osobistą prośbę. Błagam Cię, kobieto, i zaklinam! Piszże po polsku, gdy piszesz po polsku! Przy którejś okazji już o tym wspominałam. Nie każdy musi doskonale znać anglojęzyczne, nowomodne, "młodzieżowe" zapożyczenia. Ja na ten przykład nie mam zielonego pojęcia, co oznacza zwrot "facepalm" i nigdy wcześniej się z nim nie zetknęłam. Jestem zacofana? Takie zwroty naprawdę już zostały uznane za poprawne w języku polskim?

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika Jostein Siwy

Lorelay, jednak polecam Ci

Lorelay, jednak polecam Ci klasyczny "Zmierzch Tytanów", pomimo zancząco słabszych - ale nie kiepskich! - efektów specjalnych. Tam jest rzeczywiście gra aktorów, tu... no cóż wzorem Marka Twaina spuśćmy zasłonę miłosierdzia. Tam logicznie spójna historia, w "Starciu..." zaś w "Starciu" jedynie coś w rodzaju zlepku scen przeładowanych efektami spejalnymi.
W sumie, nie warto.

--------------------------------------------------
Rzucił Vetinariemu spojrzenie, które mówiło: Jeśli posuniesz się dalej, będę musiał kłamać.
Vetinari odpowiedział mu takim, które mówiło: Wiem!

portret użytkownika tess

Facepalm to mniej więcej

Facepalm to mniej więcej uczucie walenia głową w ścianę.
Jasne, że nie ma tego w słowniku poprawnej polszczyzny, ale jest to ewidentny element mowy potoczno-internetowej, a skoro recenzja była pisana takim stylem, to nie widziałam powodu, by się czepiać.

portret użytkownika Lorelay

A ja widzę. Potoczna mowa, a

A ja widzę. Potoczna mowa, a slang internetowy to dwie odrębne sprawy. O ile wyrażenia potoczne, w języku polskim funkcjonują i każdy wie co znaczy "pipa", "zajebisty", "fajna" czy "kaplica do kwadratu", o tyle nie każdy, kto chce przeczytać recenzję filmu, musi biegle posługiwać się slangiem internetowym. Ja używam internetu codziennie, a takiego słownictwa nie spotkałam. Bywanie na czatach czy granie w gry internetowe (czy też skądkolwiek takie zwroty pochodzą) jest popularne i modne, ale nie obowiązkowe. Nie oznacza to jeszcze, że wszyscy powinniśmy zacząć tak mówić.

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika Eviva

Widziałam klasyczne "Starcie Tytanów" kilka razy

To dobry, choć jak na dzisiejsze czasy infantylny film. Remake'i, które obecnie powstają, przerażają mnie na dzień dobry, i to głównie doborem aktorów. Drużyna A, wyglądająca jak przypadkowa zbieranina lumpów, podtatusiały Robin Hood o gębie rzeźnika, Sherlock Holmes w stylu heavy-metal,Janosik-lalunia z sexshopu... że o scenariuszach tych filmów litościwie nie wspomnę.

portret użytkownika Vivaldi

Evivo, tylko że część z tych

Evivo, tylko że część z tych wyborów jest akurat moim zdaniem całkiem słuszna. Postacie takie jak Robin Hood czy Sherlock Holmes trafiły do filmu w latach 20 i 30. Oczywistym było, że muszą to być albo amanci, albo podstarzali detektywi, bo młokosi przecież takiej dedukcji by nie podołali...
Robin Hood z gęba rzeźnika (czytaj: Russela Crow) akurat bardzo pasuje. W końcu to zbój, a nie księciunio. W tamtych czasach przecież konkursów piekności nie urządzali. A sherlock w stylu heavy metal? Mam rozumieć, że chodzi ci tu o Roberta Downey Jr.? Dla mnie, to on raczej był w typie Indiany Jonesa i pasował do roli znakomicie...

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Eviva

Widzisz, patrzymy z innego punktu widzenia

Sherlock Holmes nie musi być pięknisiem, ale nie może wyglądać jak pomyleniec. Arthur Conan Doyle wyraźnie opisał go jako dżentelmana i taki powinien być na ekranie. A co do Robin Hooda, to był on arystokrata, który do lasu trafił na skutek paskudnego zbiegu okoliczności, mamy o nim piękna legendę (przy braku przekazów historycznych) a Russel Crowe pasuje do tak subtelnej roli jak pięść do nosa.

portret użytkownika Vivaldi

Przecie arystokrata nie musi

Przecie arystokrata nie musi wyglądać jak boski Apollo. Brzydali w tamtych czasach tez nie brakowało ;]
A Russel Crowe pasuje do roli równie dobrze, jak Kevin Costner, a z pewnością lepiej niż Errol Flynn, który także grał Robina. Poza tym, jakby mi wycieli taki numer, co Robinowi, też byłbym raczej w podłym nastroju.
Natomiast co do Sherlocka - to juz kwestia gustu. Dla mnie postać w interpretacji Downeya Jr. jest bardzo dobra, choć zaznaczę, że z ksiązkami miałem słabą stycznośc. Poza tym pamiętajmy, że film był w zasadzie wprowadzeniem i przedstawieniem bohaterów, zapowiadającym kolejną część...

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Eviva

No w łaśnie, słabo znasz książki

A to one są tu podstawą. Ostatnio reżyserzy nie liczą się w ogóle z tym, co napisał autor filmowanego dzieła i to właśnie mnie drażni.
A co do Robin Hooda - to Russel Crowe mi po prostu nie pasuje do tej roli. Inna rzecz, że nie pasował mi też Kevin Costner, ale jego wygląd jest przynajmniej bardziej do przyjęcia. Crowe należy do facetów, którzy budzą we mnie odrazę, więc co by nie zagrał, będę przeciw - chyba, że zagra kata lub seryjnego mordercę.

portret użytkownika Vivaldi

A kiedy się liczyli? Jeśli

A kiedy się liczyli? Jeśli spojrzeć na najlepsze adaptacje literatury okaże się, że często mieli w poważaniu to, co napisał autor. Lśnienie było zmienione, Stalker był zmieniony, Diuna była zmieniona, takoż Rękopis znaleziony w Saragossie czy Popiół i diament, czy nawet Ojciec Chrzestny. I czy te zmiany powodują, że to złe kino?
Zresztą, wcześniejsze adaptacje też wprowadzały swoje, z powiedzeniem "To elementarne Watsonie" na czele.
Poza tym Sherlock też był tworzony w konkretnej konwencji, według konkretnych wzorców. Miał być lekki film awanturniczo - kryminalny - i taki powstał.
A co do Crowe - on się nadaje do grania takich pełnych patosu bohaterów - przywódców, co pokazał juz w Gladiatorze. Na morderców czy psychopatów jest za słaby - wystarczy spojrzeć na 3:10 do Yumy.

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Eviva

I tu tkwi problem

Jeśli reżyser chce miec "swoją" opowieśc, niech ją napisze. Natomiast gdy przenosi na ekran czyjeś dzieło, jego psim obowiązkiem powinno być ścisłe trzymanie się klimatu powieści i tego, w jaki sposób autor opisał bohaterów. Bo tak, jak jest, to wkrótce doczekamy się adaptacji "Przeminęło z wiatrem" w której Scarlett i Rhett będą czarni i i "Ben Hura", który bedzie Benitą Jimenez. Ja się tak nie bawię.

portret użytkownika Vivaldi

No właśnie trzymanie się

No właśnie trzymanie się powieści nie jest jego obowiązkiem. Jeśli chce, może wykorzystać tylko szkielet opowieści lub jego założenie i przekształcić to w autonomiczny tekst filmowy. Może to zrobić.
Natomiast autor ksiązki może wypiąć sie na taka adaptację, a widzowie zagłosować portfelami, idąc na film lub wybierając inny.
W chwili obecnej kino stanęło w takim miejscu, że albo może robić filmy tak, jak je robiono (i słuchac narzekań, że nic nowego) albo próbowac rozbijać konwencję i wprowadzać innowacje (i słuchać narzekań, że w książce było inaczej).
A co do tego "czarnego" Przeminęło z Wiatrem... Kurosawa wziął sobie "Makbeta" i "Króla Lira" i przeniósł akcje w czasy feudalnej Japonii, podlewając to konwencją teatru japońskiego. Zrobił to po swojemu. Czy automatycznie musza to być filmy gorsze, niz adaptacje "jak Bóg przykazał"?

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika tess

A może na forum, gdzieś temat

A może na forum, gdzieś temat o adaptacjach / ekranizacjach był... ;>

portret użytkownika tess

Lori, a co znaczy kaplica do

Lori, a co znaczy kaplica do kwadratu? ;p Bo o ile mogę się domyślać, to nigdy wcześniej nie słyszałam... ;p Mnóstwo określeń potocznych ma to do siebie, że są zrozumiałe w określonym kręgu. Słowo "spoiler" tak samo używane jest głównie w Internecie, za to określenia typu: "lol", "rotfl", "iks de" czy "facepalm" właśnie upowszechniają się w mowie potocznej.

Użycie określeń w stylu:
"Wróćmy jednak do spoilerowania"
"Chciałam wielkiej, oślinionej paszczy Krakena w trzy de"
"oświadcza, że woli własną rękę... znaczy... własnego konia... Nie, to też nie brzmi dobrze"
"Kobieta jest już sztywna"
"staje się przypadkową ofiarą ustawki"
etc.

...moim zdaniem w pełni usprawiedliwiają facepalma. Tak samo można by się czepiać, że "ustawka" jest zrozumiała tylko dla kibiców.

portret użytkownika Lorelay

Szczerze powiem, że mnie

Szczerze powiem, że mnie określenia internetowe typu ": "lol", "rotfl", "iks de" czy "facepalm" " rażą, więc stwierdzam ten fakt. Inne z przytoczonych przez Ciebie określeń mnie nie rażą. Są potoczne. A tymi pierwszymi, niech sobie, moim subiektywnym zdaniem, młodzież operuje na czatach i gadu gadu, ale do tekstów użytkowych, nawet pisanych bardzo potocznym językiem, się nie nadają. Taka jest moja opinia. Tak samo, jak ktoś inny może uważać, że nie powinno się w takich tekstach używać wulgaryzmów albo slangu kibiców czy też hip-hopowców albo innych punków.

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika Hagath

W ramach obrony wyrażenia

W ramach obrony wyrażenia "facepalm" mogłabym napisać właściwie to samo, co napisała już Tess, więc nie będę powtarzać. Dodam tylko, że to, czy pewne wyrażenia wydają się obce i rażące to kwestia miejsc i towarzystwa, w jakich człowiek się obraca. Wśród moich znajomych to wyrażenie jest tak zrozumiałe, jak np. "cool" czy "lol". I nic się na to nie poradzi, że dawno już wyszły z obiegu stricte czatowego, choć owszem, domyślam się, że nie wszędzie. Co poradzić? Gdy ja spotykam się z niezrozumiałym wyrażeniem, sprawdzam je w Google :)
Jeśli zaś chodzi o możliwość zastąpienia słowa "facepalm" jego polskim znaczeniem, trzeba by napisać "plaśnięcie dłonią we własną twarz w geście zażenowania". Ciut niewygodne w operowaniu.

portret użytkownika SeIVoth

"Mój knajt wali z aksa"...

"Mój knajt wali z aksa"... ^@^
Absolutnie zgadzam się z Lorelay. Mnie też takie określenia rażą!!! Należałoby po prostu rozgraniczyć język potoczny od języka zapożyczeń...często angielskich, niepotrzebnych, świadczących najwyraźniej o braku polskich odpowiedników.

A co do recenzji... Film faktycznie nie powalał i pod wieloma względami mijał się z "mitologiczną prawdą", ale taki właśnie miał być. O to w tym wszystkim chodzi, aby filmy opisujące wielkie czyny wielkich ludzi, były po prostu kiczowate. Bo kicz jest w modzie: walka (jest), bestie (są), magia (jest), ładna babka na ekranie (jest), główny zły (jest), efekty "trzy de" (są). Wystarczy zobaczyć, jak współcześnie kręcona jest większość trailerów: potęga... chwała... miłość... oddanie... on jeden... ich tysiące... czy mu się uda zbawić świat!?!?!?...

A to że reżyserzy, scenarzyści specjalnie nie mają co zmieniać, to już inna bajka. Kroją tak, aby pasowało na wszystkich. I od tego oni są... od tego są oni... od tego są... (K. Kononowicz) ;)

portret użytkownika tess

"Mnie też takie określenia

"Mnie też takie określenia rażą!!! Należałoby po prostu rozgraniczyć język potoczny od języka zapożyczeń...często angielskich, niepotrzebnych, świadczących najwyraźniej o braku polskich odpowiedników."

Zapożyczenia jak najbardziej są elementem języka potocznego :) To, czy są angielskie, czy francuskie, nie ma żadnego znaczenia, mnóstwo zapożyczeń składa się na nasz język. Zapożyczeniem są np. słowa: serce, wesele, brama; nie mówiąc już o komputerach, dżinsach czy Internecie... ;)
Brak polskiego odpowiednika świadczy o tym, że zapożyczenie jest potrzebne - wypełnia lukę w języku. Jeśli istnieje polski odpowiednik, wtedy zapożyczenie jest rzeczywiście niepotrzebne.

portret użytkownika Firewarrior

Powiedz coś więcej o sercu

Powiedz coś więcej o sercu jeśli możesz, bo mnie zaintrygowałaś - nam na anatomii wspomnieli (przy okazji mówienia o tym, że polski język "anatomiczny" raczej nie zapożyczał z łaciny, w przeciwieństwie do angielskiego :P), że to kiedyś było "sierdce", stąd "osierdzie" (albo "rozsierdzony"?). Nie wiem, nie znam się, z chęcią się dowiem czegoś więcej.

portret użytkownika tess

Była wtedy (musiałabym

Była wtedy (musiałabym sprawdzić wiek, a gdzieś posiałam podręcznik do gramatyki historycznej - ale chyba XVI) moda na zapożyczanie z czeszczyzny. I wiele polskim, miękkich wyrazów zastępowano czeskimi, w których nie było już zmiękczeń. I tak nasze "sierdce" z "srdca" stało się "sercem" ;)

Czyli nic nowego Ci nie powiem, niestety, bo to cała historia... :)

portret użytkownika Firewarrior

E tam nic nowego - teraz

E tam nic nowego - teraz wiem, że to z czeskiego :D Dzięki :)

portret użytkownika Lorelay

Hmmm... Jeden z moich

Hmmm... Jeden z moich znajomych już lata temu używał określenia, które może nie szczególnie precyzyjnie, ale wyrażało to, co ten Wasz "facepalm". Może brzmienie nie do końca to oddaje, ale w praktyce używał tego sformułowania dokładnie w identycznym znaczeniu. Mianowicie był to "głośny plask w czoło" :P ;)

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi