Logowanie
Nowe wątki
- Imagicon
- Summer is coming... [Fort 2012]
- Znalezione w sieci
- Biblioteczka
- Polecany horror
- Pisarze na żywo
- Grube i chude książki
- Ulubiony film
- Plany na długi weekend
- Krakon 2012
- Allgemeine Festung
- Tropiciel
- Jak szybko czytacie?
- Prośba o Pomoc! Kossakowska i Matura.
- Wieczór z Maskonem
- Steam&Sword - Zamek Grodziec - 28.04.2012-03.05.2012
- Inspiracje Sapkowskiego
- Filmy 3D czy 2D?
- Dobre polskie komedie
- Aeth
Who's Online


Z pewnością każdemu choć raz śnił się sen nietypowy, intrygujący, może straszny. Taki, który po obudzeniu nie chciał rozmyć się wraz z pierwszymi promieniami słońca, nie dawał o sobie zapomnieć. Takie sny są najbardziej niezwykłe. Czy podzielicie się nimi?
***
Las. Jestem w Lesie. Nade mną rozciąga się nieskończona Przestrzeń,
pode mną – Otchłań. Obie naznaczone wysmukłymi, prostymi pniami sosen.
Między nimi atramentowa ciemność, mieszająca się u góry z
ciemnozielonym, niemal czarnym igliwiem. Las bez początku i bez końca.
Dwie wąskie ścieżki wykonane z nieznanej substancji, zawieszone w tej
otchłani. Ścieżki? To niemalże wstążki, jedna pod każdą parę opon
terenowego samochodu, w którym się znajduję. Ja oraz kilka innych osób.
Oni nie są świadomi niebezpieczeństwa. Nie wiedzą, że każdy, kogo
pochłonie ta Otchłań, przestanie istnieć. On nie umrze – to będzie
bolesne unicestwienie. Tymczasem moi towarzysze śmieją się, chichoczą,
ale ja ich nie słyszę. Słyszę tylko szyderczy śmiech Szaleństwa. Śmiech
Szaleństwa, Nocy. Czasem mam wrażenie, że widzę ich wykrzywione
uśmiechy, pełne nienawiści oczy.
*
Tańczę. Moim partnerem jest dziwny byt. Stopy miękko płyną po
polanie, której nie ma. Muzyka nie istnieje, a jednak brzmi. Taniec
szaleństwa. Taniec Śmierci?
*
Las. Ciemna otchłań. Jak ochronić towarzyszy? Są tu, a zarazem ich
nie ma. Jesteśmy tylko ja i Mrok. Przytula mnie. Staje się mną. Jestem
zamknięta w jego istnieniu. Sama w atramentowoczarnej klatce.
*
Mały sklepik na prowincji. Właściwie dwa. Wąskie i podłużne, między
nimi przejście wewnątrz budynków. Pośrodku wspólna kasa. Moi towarzysze
rozglądają się między półkami. Wychodzę. Puste miasteczko. Czy jest w
nim ktoś żywy? Chyba nikt... Brudne, szare ściany. Czy ktoś zna tu
pojęcie kolory? Ależ tak, czerwień pobłyskuje zza załomów murów. Czy to
krew? Drewniane, przekrzywione szyldy. Slumsy, western i miejsce z
horroru zarazem. Nie umiem określić czasów ani szerokości
geograficznej. Pustka przytłacza. Wracam do sklepu. Brak ekspedientów,
brak klientów. Tylko moi towarzysze, nieświadomi inności. Oglądam
towar. Plastikowe pistolety na wodę, proszki do prania, wielkie
porcelanowe lalki, ludzkie głowy. Kiczowate pamiątki i trupy ułożone po
sąsiedzku na półce.
*
Las. Mój Las. Mój? Niczyj. On żyje, sam jest swoim właścicielem.
Dwie niematerialne szare wstęgi zawieszone w połowie wysokości pni.
Zielonkawy samochód terenowy, moi towarzysze odłączeni ode mnie, bo
zamknięci w innej rzeczywistości. Żeby tylko nie spadli, śmieją się, a
auto nie ma dachu. Spadam. Lecę. Czas nie istnieje. Ta Otchłań nie ma
dna. Spadam.
*
Sklepowe lustro. To ja? Boję się odbicia.
*
Spadam. Witaj, Otchłani...
-

- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
- 559 odsłon
***
Miałam dziwny sen. Kolejny. Towarzyszą mi od dzieciństwa. Z czasem stają się coraz pełniejsze, bardziej realistyczne i szczegółowe. Są takie...prawdziwe. Bujne ogrody, łąki pełne kwiatów oświetlone słonecznym blaskiem, niby podobne do tych tutaj, a jednak zupełnie inne. Znałam je dobrze, wiedziałam, że to nie tylko wytwór mojej wyobraźni, że wszystko to istniało lub jeszcze gdzieś istnieje, że byłam tam, że wszystko to jest bardziej prawdziwe niż to, co widuję na jawie. Pustynia pełna gorącego, czerwonego piasku. Skrzydlata postać o długich, czarnych włosach. Ściska w dłoniach księgę, ma moją twarz, z moich oczu płyną łzy. Mężczyzna rozkładający białe, ogromne skrzydła, takie silne i piękne. Ma jasne błyszczące włosy falujące na wietrze, błękitne niczym pogodne niebo oczy, na sobie zaś lśniącą zbroję, w ręku wielki miecz. Jego oczy płoną. Spogląda na mnie oczami pełnymi tęsknoty. Unosi broń i powoli ją opuszcza. Przed nim inna skrzydlata postać. Jego szmaragdowozielone oczy lśnią od łez. Broni się. Krzyczę. Stoję na wzgórzu. Nie mogę się poruszyć. Mówię coś, lecz nie słyszę swoich słów, niesie je wiatr. Znam ich obu. Obu kocham. Nie chcę, by walczyli. Chciałabym ich rozdzielić. Boję się. Walczących są całe hordy. Idą z bronią w dłoniach i płaczą. Wszyscy płaczą. Nie chcą ze sobą walczyć. Spoglądają na mnie tysiące, miliony oczu. Poznaję jedne z nich, ciemnobrązowe, poważne i głębokie. Spoglądam na niego. To on. Sarun. Mój opiekun. Wyciągam do niego ręce. Poruszam ustami. Układają się w słowa których nie słyszę. Dlaczego nie potrafię czytać z ruchu warg? Idę pustynią. Mijam morze lawy, ogrody pełne czarnych róż, granatowych tulipanów. Jakby spod ziemi wyłania się okazały, barokowy dwór. Na balkonie stoi kobieta. Niska, drobna, wydatny biust wylewający się z głębokiego dekoltu purpurowej sukni, czarne loki okalające bladą twarz. Jej karminowe usta uśmiechają się. Obserwuje mnie uważnie. Znów szeregi walczących. Sarun pochylony nad martwym ciałem, zalany łzami. Podbiegam do niego. A może tylko chciałabym podbiec. Nadal stoję w miejscu, nie mogę się ruszyć. Jestem oczami zawieszonymi w przestrzeni. Rzucam mieczem o ziemię. Całą siłą, całą swoją wolą. Jeden po drugim spadają w otchłań. Są mi tak bliscy. Mój niemy krzyk przecina powietrze. Łzy leją się strumieniami z moich oczu. Chcę to powstrzymać. Nie potrafię. Patrzę jak spadają. Krzyczę bezgłośnie. Słyszą mnie, spoglądają w moją stronę. Wiem że mnie widzą. Rozumieją. Chcę być wolna! Mój miecz roztrzaskuje się na maleńkie kryształki o zeschłą, ubitą ziemię. Non serviam! Stoję przed bramą. Nie oglądam się za siebie. Idę gdzie mnie nogi niosą, wciąż naprzód. Mam ochotę splunąć w stronę zatrzaskujących się wrót. Wciąż idę. Tym razem spoglądam przez ramię, na dwór. Dom. To jedno słowo majaczące w skołatanych myślach. Odwracam się. Raz jeszcze spoglądam na wysokie mury. Klnę pod nosem plugawie. Podnoszę dłoń w pozdrowieniu dla tych, którzy pozostali. Obiecuję, że nie zapomnę, choć nikt nie słyszy tego przyrzeczenia. Skaczę. Ostatnie co widzę,to błękit oczu, kolor pogodnego nieba. Cichy szept. Usta układają się w słowo... imię. W oddali jakaś postać. Rozpostarte czarne skrzydła, białe jak śnieg włosy rozwiane na wietrze. Nie zapomnę... Nigdy... Obiecuję... Spadam... Zapadam się...
Budzę się z krzykiem. Zrywam się z łóżka. Znów te cholerne białe ściany, moje ususzone róże płaczą. Znów tu jestem. W moim więzieniu...
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Ostatnimi czasy mam dziwne szczęście do dziwnych snów. Wszystkie mają wspólną cechę - są przejaskrawione, dziwne. Mają w sobie jakąś domieszkę horroru, której normalnie bym się nie bała, ale jest ona wykrzywiona tak groteskowo, że aż ciarki przechodzą... Albo czuję się po prostu dziwnie.
Poprzedniej nocy śniło mi się, że porwały mnie zombie. Miały sinawo-niebieską skórę, która gniła, odpadała płatami, śmierdziały... Jeśli zombie kogoś zranił, ten też stawał się zombie. Zombie były silnie zorganizowane, miały np. własne więzienie, w którym przetrzymywały ludzi. Część z nich porywały na karmę, resztę po to, by zmienić je w zombie. Ja zostałam porwana "na karmę", ale udało mi się w więzieniu doprowadzić do masowej ucieczki i karm, i tych, którzy mieli zasilić armię niekoniecznie jako składniki odżywcze, więc postanowiono, że skoro sprzeciwiam się ich rządom, największą karą będzie dla mnie dołączenie do nich - nie mogłabym już bezpiecznie wrócić do ludzi, którzy chcieliby mnie zabić, a nawet gdyby udało im się mnie rozpoznać, to stanowiłabym dla nich zagrożenie. Następnie zostałam przyciągnięta na wielką konferencję, w czasie której zombie chciały jako pokaz swojej siły zaprezentować, jak przymusowo wcielają do swoich przedstawicieli ruchu oporu - czyli dokładniej mnie. Przemawiały z jakiejś sceny, tuż u boku dziennikarzy i jakiegoś ważnego ministra/premiera (?), którym był mój znajomy z dawnej klasy, i już miały się na mnie rzucić, kiedy zaczęły się zamieszki. Udało mi się wymknąć ze sceny i dołączyć do walki. W końcu zombie zostały pokonane, został tylko przywódca. Osaczono go. Ach - i muszę wyjaśnić, co dla mnie w śnie było oczywiste od początku, ale dopiero teraz okazało się ważne - zombie mięsko wchłaniały nie ustami, a całymi sobą. I mogły żyć tak długo, póki będą jeść. Przywódca został zamknięty w trumnie, żeby nie mieć dostępu do organizmów żywych, by nie wchłaniać ich swoim ciałem, i powoli zaczął zamieniać się w szkielecik. I już miał zostać unicestwiony na amen, kiedy okazało się, że są świadkowie twierdzący, że gdy zombie już leżał powalony, ktoś specjalnie rozorał sobie ramię jego paznokciem, by stać się zombie (jako że dość wpływowe były, niektórym nie było szkoda nawet życia, by do nich dołączyć). I wtedy ci, co wzniecili zamieszki wyjaśnili, że aby pokonać zombie, trzeba mieć materiał genetyczny ich przywódcy - aktualnie zamkniętego w trumnie. Trzeba go więc przechowywać jako broń przeciwko nowym i mieć nadzieję, że nie urośnie już w siłę. A później widziałam tylko wewnątrz trumny białe robaczki spacerujące po żebrach i wchłaniane przez szkielet, który powoli zaczynał obrastać pojedynczymi nitkami mięśni. A następnie była tylko w ciemności trumna z kimś szamoczącym się w środku. I wtedy w moim śnie pojawiły się najprawdziwsze napisy końcowe.
***
Za to pierwszej nocy na Polconie śniło mi się, że Sad Angel i Gotan dojechali na konwent, po czym zaczęli mordować wszystkich łyżeczkami od herbaty, siekając nimi zwłoki na kawałeczki. W pewnym momencie zobaczyłam, jak Sad stoi nad przywiązanym do krzesła facetem, ja darłam się w niebogłosy, żeby przestała, a ona tylko zbliżała łyżeczkę do jego oka. I w pewnym momencie wydłubała je, podsunęła mi pod nos i zawołała radośnie: "Ale popatrz, jakie to słodkie!". Następnie, nie wiem jak, to oko (już posiekane drobno) znalazło się w mojej wodzie mineralnej.
--
bezczelna i ruda
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Sny mam w sumie rzadko, ale kiedy już mi się coś śni to najczęściej coś odjechanego. Z kilku takich moich snów wyłuskałam nawet postaci do moich kulawych opowiadań (przyśniła mi się kiedyś para albinosów, byli Rosjanami. Ja zrobiłam z nich rodzeństwo i przeniosłam do Francji - tak powstała Blanche i Sebastien; pomimo zmian narodowościowych i relacyjnych nadal staram się utrzymać ich w konwencji mojego snu)
Co zastanawiające często we snach widzę siebie albo jestem kimś innym. Ludzie mi mówią ze to dziwne. Moja matka na przykład uparcie twierdzi, że ani razu nie widziała we śnie siebie tak jakby oglądała telewizję, a mnie zdarza się to niemal nagminnie. Często też staje się kimś innym, nierzadko kimś odmiennej płci :P I kiedy jestem kimś innym także potrafię widzieć siebie. Albo może raczej kogoś kto wygląda jak ja ale właściwie nie jest mną. Nie zachowuje się jak ja, mówi w inny sposób, inaczej się porusza. Szczerze mówiąc trochę mnie to przeraża, ale też z drugiej fascynuje.
Dlatego właśnie spisuje swoje sny - mam wrażenie że kiedyś mogą być materiałem na dobrą historię. Macie przykład dwóch z nich kiedy właśnie wcielam się w kogoś innego. Pierwszy normalnie w formie relacji, w drugim bardzo mi zależało na oddaniu klimatu, więc użyłam narracji pierwszoosobowej. Wyszło... dziwnie.
Razem z moją babcią i moim ojcem cofnęłam się w czasie. Nie wiem za bardzo jak, początku ta historia nie miała, po prostu znaleźliśmy się na polu jakimś i wiedziałam, że to przeszłość. Nie bardzo daleka, lata 60./70. tak mi się wydaje. Babcia i ojciec gdzieś mi zginęli, a ja niedaleko tego pola zobaczyłam dużą, zaniedbaną chałupę. Obeszłam ją dookoła i za tą chałupą zobaczyłam coś od czego mi włosy dęba na głowie stanęły. W wysokiej trawie, niedaleko jakiegoś składzika (czy może wiejskiego wychodka) jeden facet ćwiartował drugiego faceta siekierą. Nie widział mnie Bogu dzięki (ten co ćwiartował nie widział, bo ten poćwiartowany wątpię żeby widział cokolwiek) więc niewiele myśląc uciekłam stamtąd. Jakimś cudem znalazłam się we wnętrzu tej chałupy i spotkałam tam rodzinę. Chociaż nie wiem czy słowo "rodzina" jest tu na miejscu. Banda naćpanych hipisów w różnym wieku, upajających się w nirwanie, mruczących coś pod nosem. W ogóle mnie nie dostrzegli zajęci sobą. Było ich bardzo dużo, około piętnastu, jeśli nie więcej osób. No i nagle do pokoju na rowerze (takim starym składaku) wjechała dziewczyna. Bardzo ładna z resztą, na oko tak ze 20 lat miała i strasznie długie czarne włosy. Po prostu piękne. I ona jedna spojrzała na mnie tak jakby mnie widziała, ale nic nie powiedziała tylko na tym rowerze wyjechała na podwórko. Cholera mnie wie po co pobiegłam za nią. Na podwórku było pusto, trochę dalej na lewo, w równym rządku rosły jabłonie. I pod jedną z tych jabłoni leżał rower tej dziewczyny i ona sama w jakiejś dziwnej pozycji. Nad nią za gałęzi wisiał sznurek, wyglądał na przerwany, tak jakby tam kiedyś wisiała huśtawka (taka na sznurkach) i się zerwała. Pamiętna sceny ujrzanej za chałupą nie podchodziłam bliżej tylko zwyczajnie zaczęłam stamtąd uciekać. Pamiętam, że się strasznie bałam.
Przebiegłam przez to pole z którego tam przyszłam, w oddali dostrzegłam ładny biały domek. W ogóle w okolicy nie było nic poza tym białym domkiem z gospodarstwem i tamtą chałupą, która niby gospodarstwo też miała, ale strasznie zapuszczone, porośnięte wysoką trawą. Pola się ciągnęły daleko, daleko aż po horyzont, tylko z jednej strony było widać szosę, a za nią las. No i tu mi się film trochę urywa, nie pamiętam za dobrze, wiem, że na tym polu znalazła mnie moja babcia i że potem byliśmy w tym białym domku. Tam już był mój ojciec i jeszcze kilka osób, które wyglądały znajomo. Jak się potem okazało była to jakaś moja rodzina, szwendali się tam moi pradziadkowie. I w tym domu na kominku stało mnóstwo czarno-białych fotografii i prawie na każdej była ta ładna, długowłosa dziewczyna, ta sama którą widziałam na rowerze w tamtej chałupie. No więc się zapytałam kto to jest. Odpowiedzi udzielił mi młody chłopak, jakiś mój krewniak, przypominał mi trochę mojego ojca. Otóż to była narzeczona jego brata, mieli się pobrać, ale ona tydzień temu popełniła samobójstwo, a brat od dwóch dni nie pokazał się w domu i nikt nie wie gdzie jest. Zrobiło mi się lekko niedobrze i mówię im, że ja tą dziewczynę widziałam w tamtej chałupie o tam.
Dowiedziałam się, że tam mieszkają sami wariaci, jeden z nich podobno się strasznie w tej dziewczynie kochał, ale po jej śmierci również przepadł bez wieści. A dlaczego się zabiła to nikt właściwie nie wie. Nie pamiętam dokładnie co było potem, wiem, że znaleźliśmy się pod tą jabłonią pod którą widziałam leżącą dziewczynę i jej rower, ale ani po niej ani po rowerze nie było śladu. Dyndał się jedynie na gałęzi ten sznurek. Niedoszły szwagier dziewczyny udzielił mi czarownej informacji, że dziewczę właśnie na tym drzewie się powiesiło. Stwierdziłam, że uroczo w takim układzie i zaprowadziłam ich za chałupę. Za chałupą już zwłoki były, poćwiartowane w prawdzie, ale były i niedoszły szwagier rozpoznał w nich swojego brata, tego co im zginął dwa dni temu (jak mu się to udało to nie wiem, grunt, że sama robiłam wszystko, żeby na to nie patrzeć, nie ważne czy we śnie czy na jawie na widok krwi robi mi się słabo). Była tam z nami także jakaś starsza kobieta, niewątpliwie członek naszej rodziny, ale stopień pokrewieństwa z nią był mi nieznany.
I tu mi się film urwał raczej drastycznie, kolejne co pamiętam to, to, że biegłam strasznie szybko przez te pola, ile sił w nogach miałam, bałam się czegoś tylko, że to nie byłam ja. Byłam tym facetem co poćwiartował tego brata. Autentycznie byłam nim, wiedziałam to, czułam jego strach, widziałam wszystko jego oczami, przypuszczam także, że wyglądałam jak on, na sobie miałam białą koszule całą we krwi. Ktoś jego/mnie gonił. To był ten niedoszły szwagier z resztą rodziny. Uciekając przed nimi biegłam w stronę szosy, potknęłam się i wywaliłam się centralnie pod tą felerną jabłonią (która całkiem zmieniła swoje położenie, ale to na pewno było TO drzewko, nie miałam co do tego wątpliwości). Coś mi się stało z nogami bolały mnie jak cholera, nie mogłam się podnieść. I wtedy zza drzewa wyszła ta starsza kobieta nad której stopniem pokrewieństwa się zastanawiałam i ta czarnowłosa, rzekomo nieżywa dziewczyna. Obie pomogły mi wstać i wspólnymi siłami zaczęły wlec w kierunku szosy. Tuż przy szosie dziewczyna zniknęła, nawet nie wiem kiedy, już jej z nami nie było, była tyko ta starsza kobieta. Przeprowadziła mnie przez szosę do lasu, a że pogoń była już blisko, nie dalibyśmy rady jej uciec, więc ukryła mnie w krzakach a sama wyszła im na spotkanie. Wyglądałam z tych krzaków żeby widzieć co się dzieje i tu mnie zdziwko chapło. Zobaczyłam samą siebie. Cała rodzina wpadła do tego lasu z drągami, widłami i rozmaitą inną bronią, był tam ten niedoszły szwagier, kilku mężczyzn, mój ojciec, moja babcia i ja sama we własnej osobie. Widziałam siebie z tych krzaków, wiedziałam że to ja, ale jednocześnie wiedziałam że jestem tym mordercą. Trochę z tego wszystkiego zgłupiałam, starsza kobieta usiłowała mnie bronić, znaczy się mnie jako tego mordercę, ale nie dała rady, niedoszły szwagier odnalazł mnie w tych krzakach i w momencie w którym mnie dotknął przestałam być tym mordercą i stałam się znowu sobą. Stałam obok mojej babci i patrzyłam teraz jak niedoszły szwagier wyciąga tego mordercę za łachy z tych krzaków.
I tu się sen kończy. Wiem że ten niedoszły szwagier chciał zabić tego mordercę, ale w gruncie rzeczy nie wiem czy to zrobił czy nie.
**************************************************************************
*** 1
Przeglądam się w lustrze. Wyglądam wyjątkowo źle, widać na twarzy ślady niewyspania, podkrążone oczy, znużony wzrok. Czuję się tragicznie, jest mi niedobrze.
W tym pustym pokoju jest ze mną jeszcze tylko on. Wszyscy widzieli jak tu wchodził - mnie nie widział nikt. Widzę jego odbicie w lustrze, zaraz za moimi plecami. Już ma na sobie moje spodnie i buty. Zaraz i ja się przebiorę w jego rzeczy. Zamienimy się miejscami. Jesteśmy do siebie bardzo podobni, szczupli i wysocy, o bladych pociągłych twarzach i nienaturalnie jasnych oczach. Ludzie, ci ludzie, nie dostrzegą różnicy. Włosy mamy w tym samym, ciemnym kolorze, jednak moje są nieco dłuższe. Bez pytania ani ostrzeżenia wiąże mi je gumką, po czym bezceremonialnie skraca o jakieś pięć centymetrów.
- Daruj, że nie cieniuję - kpi - ale to i tak już bez znaczenia.
Jest spokojny, w przeciwieństwie do mnie. To nie on ma dziś umrzeć. Choć to wyrok podpisany na niego, a nie na mnie.
Biorę się w garść. Zakładam jego rzeczy, rękawy od koszuli są ciut za długie, podobnie nogawki spodni.
- Jestem wyższy - mruczy pod nosem nieco zirytowany tym faktem, podwija mi rękawy - ale i tak nikt nie zauważy.
Jestem gotowy. Dostaję jeszcze tylko do ręki jego czarny neseser. Patrzy mi przez chwile w oczy po czym spuszcza wzrok i uśmiecha się głupkowato.
- Wybacz - mówi, ale wcale nie brzmi jakby było mu przykro - ale takie życie. Dziś ty robisz za ofiarę. Ale to dlatego, że jutro ja będę potrzebny. Jeśli chcesz możesz przemówić - tu wzrusza lekceważąco ramionami - możesz im wszystkim powiedzieć żeby poszli do diabła. A potem ich tam osobiście poślij.
Nic nie odpowiadam. Nie mam ochoty z nim rozmawiać. Tchórz. Dziś to ja w jego imieniu idę ginąć za miliony i zabijać miliony. Tylko dlatego, że wyglądam jak jego lustrzane odbicie.
- "W lustrze prawa strona jest lewą" - przychodzi mi nagle do głowy.
*** 2
Miasto jest opustoszałe, wszyscy są na placu. Choć jest środek dnia, przestrzeń wokoło zdaje się gęstnieć w głębokim cieniu, rzucanym przez zasnuwające niebo chmury. Nad szarymi chodnikami unosi się mgła, dziwnie ciężka i nieustępliwa.
Stoję na środku ulicy, zza zakrętu wyłaniają się dwa nikłe światła. Mam wrażenie, że moje nogi ważą tony jednak odrywam je od ziemi i czym prędzej kryję się w opuszczonej budce wartowniczej. To kolejny autokar. Zatrzymuje się niedaleko, wysiadają ludzie. Regulaminowa przerwa, choć są już tak blisko celu. Ale to moja szansa.
Strach ponownie wiąże mi nogi i utrudnia oddychanie. Skoro już teraz jestem ledwo żywy, to co będzie kiedy przyjdzie mi wykonać zadanie? Ale może to nie będę ja? Może inni dotrą tam przede mną?
- "Nie ma już nikogo innego - uświadamiam sobie - zostałem sam. Nikt nie dawał znaku życia już od bardzo dawna. Tylko ja znam to miejsce tak dobrze. Zostałem tylko ja."
*** JA
Wiem, że moja obecność tutaj ma swój powód. Czuję się nierealna, oderwana od tego miejsca, a jednak tu jestem. Ludzie do mnie mówią, widzą mnie, dotykają, a jednocześnie jakby za chwile o mnie zapominają. Czuję się jak wycięty element z kolorowego czasopisma wklejony do czarno-białego, niemego filmu. Rozumiem tu każde słowo z osobna, ale razem nie ma to za grosz sensu. Dźwięki są dziwnie oddalone, stłumione, zniekształcone, w końcu przybierają formę szumu w uszach. Ceglane budynki wkoło, brukowane ulice i chodniki, całe to upiorne miasteczko, sprawia wrażenie jakby było z innej epoki. Stare i opuszczone, jednak pozostawione tak jakby wciąż czekało na swoich mieszkańców. Jakby ludzie zostawili wszystko tak jak stali i nagle, bez wyraźnego powodu, postanowili stąd odejść. Brudne, szare, ponure, pełnie kryjących się wszędzie cieni. Chociaż to nie do końca to, tutaj jest coś nie tak z kolorami. Są wyblakłe, zmatowiałe, przykurzone.
Oczy tych ludzi nie mają blasku. Ciemne i tak samo matowe jak wszystko tutaj. Ich rozmowy nie mają sensu, choć są wyraźnie czymś przejęci, ich głosy są ożywione, pełne radosnego oczekiwania. Ich ubiór nie pasuje do tego miejsca. Choć również odzwierciedla wszystkie odcienie szarości jest bardziej nowoczesny. Tylko ja mam na sobie idealnie białą bluzkę.
Chociaż nie. Zza autokaru którym tu przyjechaliśmy wyłania się kolejna postać. W pierwszej chwili wydaje mi się, że to dziewczyna, ale to młody, bardzo ładny chłopak. Niski, o jasnych, wypłowiałych włosach, ma na sobie białą koszule.
Boi się - wiem to. Czuję jego strach.
Naglę widzę siebie. Niespodziewanie znajduję się w zupełnie innym miejscu i widzę z niego samą siebie. Tamta Ja stoi tam gdzie stałam przed chwilą. Przygląda mi się z zaciekawieniem, zaintrygowana marszcząc brwi w znajomy sposób.
*** 2
- "Czemu na mnie patrzy? - zastanawiam się - zorientowała się, że nie jestem z tej grupy?"
Staram się zejść dziewczynie z oczu, przeciskam się przez tłum. Nagle rozlega się gwizdek, przewodnik grupy zwołuje zbiórkę. Ustawiam się w dwuszeregu razem z nimi. Dziewczyna nagle znajduje się za moimi plecami. Jest wyższa ode mnie o głowę, czuje na sobie jej wzrok. Nie wiem czego chce, boję się tylko, że mogła się zorientować.
- Jesteś inny - mówi nagle, ledwo słyszalnie, sam nie jestem pewien czy faktycznie wydała z siebie jakiś dźwięk - Nie pasujesz tu. Tak jak ja.
Nie odpowiadam. Udaję, że nie słyszę.
Przewodnik kładzie rękę na głowie najpierw mnie, potem jej i przechodzi dalej licząc kolejne osoby. Robi mi się słabo, wiem że na koniec rachunek nie będzie mu się zgadzał.
- Za dużo - mówi w końcu marszcząc brwi z namysłem - O dwie sztuki...
Biorę głęboki oddech. Dwie sztuki? Dwie osoby? Nie jedna?
- Nie pasujemy tu - powtarza dziewczyna jak zły omen. W jej głosie słyszę strach. - Nie jesteśmy stąd...
*** 1
Widzę jak wjeżdżają kolejne autokary. Kolejne grupy osób zostają równo ustawione na placu. Przewodnicy dzielą ich na zespoły, a plac na sektory. Któryś coś maluje białą kredą na brukowanej powierzchni. Patrzę na to trochę bezmyślnie, czując jedynie obrzydzenie. Nie chcę tu być. Nie chcę umierać. Nie tu. Nie teraz.
Skrzypią drzwi, odrywam wzrok od okna. Widzę w progu mężczyznę, który mnie tu przyprowadził. Ma na twarzy maskę gazową jak reszta żołnierzy. Prawdopodobnie tylko ja potrafię ich wtedy rozróżnić. To przez te oczy.
Gestem pokazuje mi, że mam wyjść. Że już pora. Nie sprzeciwiam mu się, teraz to i tak nie miałoby sensu. Schodzimy po krętych schodach na dół, zaciskam dłoń na neseserze, wdycham woń kurzu i stęchlizny unoszący się w wieży. Liczę stopnie. Nie chcę pogrążać się we własnych myślach. 1777... 1778... 1779...
Na plac wjeżdżają opancerzone wozy, wysypują się z nich uzbrojeni żołnierze w maskach, momentalnie ustawiają w równym szeregu niesfornych cywilów, którzy zawieruszyli się miedzy wyznaczonymi sektorami. Po środku placu torują wąski korytarz, ustawiają się wzdłuż jego boków, odgradzając od niego resztę ludzi. Zupełnie niepotrzebnie. Ci ludzie są stąd. Nie dostrzegą różnicy. Są też zbyt tchórzliwi by próbować mnie zatrzymać. Są też ślepo przekonani o słuszności tego wydarzenia. Mogę jedynie pocieszać się myślą, że będę mógł zabrać ze sobą tych wszystkich tchórzy, którzy życzą mi śmierci.
Choć właściwie nie życzą jej mnie. I właściwie im się nie dziwię. Ale to bez znaczenia. I tak do cholery nie dostrzegą różnicy. A to jedyne czego potrzebuję.
To nie tak, że boję się samej śmierci, że boję się bólu czy upokorzenia. Boję się tego co jest potem, albo czego nie ma. Boję się przestać istnieć, boję się przybrać formę w której już niczego i nikomu nie będę w stanie przekazać, ani niczego od nikogo odebrać. Boję się niebytu, nieistnienia, zapomnienia, zatracenia. Chce mówić, chcę oddychać, chcę poznawać, chcę doświadczać. Jeszcze za wcześnie żeby się z tym żegnać.
Czuję jak jeden z żołnierzy pcha mnie do przodu. Wychodzę z cienia pomieszczenia na plac. Słyszę stłumione pomruki. Przede mną stoi niewielki, składany stolik. Jeden z mundurowych wpycha mi długopis w prawą rękę i kładzie na blacie jakieś papiery. W pierwszej chwili go nie poznaję. Ale tylko w pierwszej.
- Podpisz - warczy na mnie w tym dziwnym języku, stłumionym przez maskę głosem.
Obdarzam go pogardliwym spojrzeniem, przekładam długopis do lewej ręki i podpisuję to co mi każe. Nie czytam. W końcu to bez znaczenia. Pomimo maski widzę złość w jego oczach, to dlatego, że przełożyłem długopis. Prawdopodobnie tylko on zwrócił na to uwagę. Podchodzi kolejny zamaskowany żołnierz, jego rozpoznaję od razu, ogarnia mnie zimna nienawiść. Ma tupet. Wpycha neseser spod moich nóg pod stolik i wkłada mi na palec prawej ręki pierścień. W jego oczach widzę rozbawienie. Głupi dupek, uważa to za świetny żart, że robi to pod nosem uzbrojonych po zęby żołnierzy z tylko jednym człowiekiem w charakterze obstawy. Ale prawda jest taka, że bał się, że odpalę wcześniej. Właściwie teraz miałem na to cholerną ochotę, ale obaj dobrze wiedzieliśmy, że akurat JEGO zabrać ze sobą nie mogę... Że to się nie uda.
Prowadzą mnie korytarzem do podwyższenia na środku placu. Idziemy irytująco wolno, czuję na sobie wzrok zgromadzonych gapiów. Oni są stąd. Oni nie widzą różnicy. Cały mój problem polega właśnie na tym. Cały mój problem mieści się w tych dwóch zdaniach - Oni są stąd. Oni nie widzą różnicy.
- To nie ten człowiek - słyszę nagle i nie wierzę własnym uszom, odwracam głowę w kierunku dźwięku...
*** JA
Teraz, kiedy patrzy na mnie mam wrażenie, że zagląda we mnie jakaś siła, która coś koniecznie chce na mnie wymusić. Że chce wydrzeć ze mnie moją wolę i wtłoczyć swoją z ogromnym, wręcz miażdżącym natężeniem. Sama właściwie nie wiedziałam po co się odzywałam, ale teraz czuję, że nie wolno mi milczeć.
- "Powtórz to! - domaga się głos w mojej głowie - Powtórz! KRZYCZ! KRZYCZ DLA MNIE!"
Mam wrażenie, że wypala mi te słowa w mózgu, to wręcz boli. Więc krzyczę. Krzyczę najgłośniej jak umiem. Wykrzykuję jedyną rzecz której jestem tu pewna:
- To NIE TEN człowiek! - prawie tracę oddech - To nie on!
Stojący obok mnie chłopiec w białej koszuli szarpie mnie za ramię. Zdążył w ostatniej chwili, obok mojego ucha ze świstem przelatuje seria z karabinu jednego z tych ludzi w gazowych maskach. Ktoś zaczyna krzyczeć. Nie rozumiem, ale wiem, że dzieję się coś złego. To rozkazy. Ktoś wydaje polecenia. Chłopiec w białej koszuli ciągnie mnie prosto w poruszony zajściem tłum. Zdaje się, że wystrzelona we mnie seria znalazła innego adresata - stąd zamieszanie. Oglądam się za siebie. Widzę jak czarno odziany człowiek, który na mnie spojrzał teraz podejmuje próbę ucieczki. Korzysta z zamieszania. Jego dziwne, jasne oczy teraz jarzą się nienaturalnym światłem. Ludzie w maskach stojący mu na drodze nagle klękają. Ci stojący nieco dalej strzelają w jego kierunku, ale on sprytnie kryje się wśród gapiów pozwalając by kule dosięgły ich zamiast jego. Razem z chłopcem kryjemy się za załomem muru. Cały się trzęsie. Ja chyba też.
*** 2
- To czarownik - mamroczę nieprzytomnie pod nosem, ta dziewucha musi być obłąkana, po co krzyczała? - Ten sukinsyn się zamienił, skąd wiedziałaś?
- Nie wiedziałam - odpowiada szczękając zębami, wydaje się mocno zdezorientowana - Jest leworęczny.
- Co to ma do rzeczy?! - czuje, że ogarnia mnie gniew.
- Nie wiem, ale to ważne - nerwowo się rozgląda. Błędnym wzrokiem chyba sprawdza czy w pobliżu nie ma zagrożenia - Człowiek w masce dał mu długopis, a on go przełożył do lewej ręki i pisał.
- Pisał? I widziałaś to? - dziwię się. Zapewne jeśli teraz widziała jak pisał, to był to testament. Tylko jakim cudem ona to zobaczyła? Ja nie widziałem nic.
- Jestem wyższa - mówi widząc moją sceptyczną minę, ale to nie to. Teraz widzę że coś ją gnębi, że sama czegoś tu nie rozumie.
*** JA
Przecież nie powiem mu, że to pamiętam. Że pamiętam jak to JA podpisuje ten papier. Jak to JA przekładam przeklęty długopis i rozpoznaje ludzi w maskach choć nie mam pojęcia kim są. Nie powiem mu, że byłam tam i robiłam to, jednocześnie nie będąc sobą i nie robiąc tego. Że myśli, które wtedy krążyły w mojej głowie nie były moimi myślami, ale uczucia, które temu towarzyszyły już należały do mnie. Nie powiem mu, że byłam i w jego głowie, że właściwie jestem nim, choć wcale nie jestem. Ani on ani tamten tego nie zauważają. A ja to w dziwny sposób rozgraniczam. Korzystam z tego co widzę ich oczami choć tego nie rozumiem. Pamiętam to i jednocześnie nie pamiętam. Bo kiedy jestem nimi wydaje mi się, że wiem wszystko o zaistniałej sytuacji, ale kiedy wracam do siebie pamiętam tylko czynności i uczucia, ale znów nie rozumiem niczego. Kiedy jestem nim, albo może W nim, rozmawiam z samą sobą jak nie ze sobą, albo właśnie jak ze sobą ale jak nie ja. Gubię się w tym i jednocześnie nie gubię, nie rozumiem i rozumiem, nie kontroluję i kontroluję. Jednocześnie. Na raz. Ale najgorsze jest to, że kiedy patrzę na siebie jego oczami czuję się sobie obca. Tylko z wyglądu przypominam siebie, ale to jak mówię i co mówię, w jaki sposób intonuję słowa i jakie gesty przy tym wykonuję wydaje mi się takie obce i "nie moje". Poznaję siebie i nie poznaję. Kto jest WE mnie, kiedy ja jestem W nich? Nie mam tych wspomnień, tego co robię kiedy jestem w nich. Jeśli akurat nie patrzą na mnie to nie mam pojęcia jakie działania podejmuję kiedy jestem poza sobą. Bo kiedy wracam do siebie tych wspomnień nie ma. Tak samo jak ja nie zabieram ze sobą ich wspomnień. Nie wiem o niczym co się działo z nimi wcześniej, zanim pojawiłam się w nich. Dlatego ciągle nie wiem o co chodzi, zabieram ze sobą tylko to, czego byłam w danej chwili "świadkiem", to czemu "towarzyszyła" moja świadomość. Albo może raczej nieświadomość. Bo to że byłam w nich dociera do mnie dopiero wtedy kiedy wracam do siebie. Nie mam tej świadomości kiedy im "towarzyszę". Dopiero kiedy wracam do swojego umysłu.
*** 1
Biegnę. Mijam opuszczone budynki, wpadam w opustoszałe, ponure uliczki, słyszę jak wiatr gwiżdże mi w uszach. Uciekam. Nie oglądam się za siebie.
Nagle dosłownie wpadam na nią. Krzyczy, a ja nie rozumiem skąd się tu do diabła wzięła. To fizycznie niemożliwe. Zatykam jej usta ręką, szarpie się, wyrywa. Bez chwili namysłu wpycham ją przez wybite okno do opuszczonego mieszkania. Próbuje krzyczeć jeszcze głośniej, przygważdżam ją do podłogi i niemal duszę próbując odebrać jej głos.
- Zamknij się idiotko - warczę wściekle szarpiąc się z nią - życie za życie do cholery, więc się zamknij!
Słyszę narastający tupot wojskowych butów na zewnątrz. Zimna dłoń strachu zaciska się na moim sercu. Na jej chyba też. Bo gwałtownie milknie i niemal nieruchomieje wlepiając we mnie przerażone spojrzenie. Wpycham ją pod parapet i kładę się zaraz obok, modlę się, po raz pierwszy od bardzo dawna. Przychodzi mi do głowy pewna myśl, jestem już wystarczająco daleko, powinno zadziałać. A jeśli nawet nie, to przecież taki scenariusz był pisany od samego początku.
- Nie bój się – mówię jej do ucha uspokajająco – Teraz ci zabiorę rękę z twarzy, a ty masz siedzieć cicho, rozumiesz?
Kiwnęła głową, za oknem wciąż słychać żołnierzy, wykrzykują polecenia o przeszukaniu dzielnicy. Zabieram jej rękę z ust, bierze głębszy oddech i patrzy na mnie w napięciu. Powoli zdejmuję pierścień z prawej ręki, który on mi dał. Pokazuje go jej.
- Wiesz co to jest? – pytam
Marszczy brwi, wygląda na mocno zaniepokojoną, czyżby wiedziała?
- Nie – odpowiada w końcu, ale jej oczy mówią mi, że jednak coś wie. W końcu dodaje z naciskiem – Ja nie jestem stąd.
Tyle to i ja wiem, gdyby była, nie rozpoznałaby mnie na placu. Jest nie pasującym elementem, jestem pewien że nie przewidziano jej w tym scenariusz. Ale to bardzo dobrze, to stawia mnie na wygranej pozycji.
Daje jej pierścień do ręki, w pierwszej chwili mam wrażenie, że chce go wyrzucić, więc zaciskam jej go w pięści.
- Weź go, jest twój – mówię przekonywająco.
*** JA
Nie chcę tego. Nie wiem co to jest, ale nieodparcie kojarzy mi się z Puszką Pandory. A teraz kiedy mi mówi, że to moje czuje się obarczona jakimś ogromnym ciężarem. Nie chcę tego.
- Możesz tym sprawić, że nas nie znajdą – mówi mi nagle do ucha – Możesz tym sprawić, że będziesz mogła stąd uciec.
Skąd pomysł, że chcę stąd uciekać? Wiem, że po coś tu jestem. Owszem, boję się, ale mam jakiś cel. Jeszcze go nie osiągnęłam. Ale coś dziwnego jest w jego słowach. Czuję się podobnie jak wtedy na placu. Wlewa we mnie swoją wolę, tym razem łagodnie, podsyca strach i ciekawość. Stopniowo. Działa na mnie. W jakiś sposób mnie zna, w jakiś dziwny sposób rozumie, wie jak ma do mnie mówić żebym słuchała.
- Naciśnij tu – pokazuje mi na granatowe oczko pierścienia.
- I co wtedy? – pytam cicho, dźwięk jego głosu hipnotyzuje.
- Zobaczysz – śmieje się.
- Stanie się coś złego – wiem, czuję to.
- Nie wiesz, dopóki nie spróbujesz.
Ciekawość. Niezdrowa, nieokiełznana, niepohamowana ciekawość. Dotykam palcem granatowego kamienia. Naciskam. Słyszę głuchy huk, niczym grzmot, a zaraz potem krzyki. Czuję zimno, przerażenie, siadam, wyglądam przez okno, widzę czarny dym. Wiem, że tam jest plac. Odwracam się gwałtownie w jego stronę. Dalej leży na podłodze, zasłania twarz rękami i zanosi się pustym, wypranym z emocji śmiechem.
- Bomba? – pytam słabo, wciąż ściskam w ręku pierścień, trzęsę się.
- Nie... niezupełnie – wciąż chichocze.
- Co zrobiłeś do cholery?! – wrzeszczę, czuję suchość w gardle, ogarnia mnie szał.
Jego śmiech milknie jak nożem uciął, zabiera ręce z twarzy i patrzy mi prosto w oczy. Ma zwężone źrenice, a jego tęczówki jarzą się zimnym, błękitnym światłem.
- Co JA zrobiłem? – to pytanie brzmi lodowato i uderza mnie niczym wymierzony policzek.
Ta świadomość boli. Czuję się oszukana, wykorzystana. Wlał jad w moje uszy, dotarł nim do mózgu i teraz mi go wypala. Czuję, że chcę płakać. Oszukana. Wykorzystana.
- Co zrobiłeś...? – powtarzam to pytanie, szlocham, chcę zniknąć.
On również siada i znajduje się nagle blisko mnie.
- Ja nic nie zrobiłem – znowu mi mówi do ucha cichym, uspakajającym głosem – Ja mam czyste ręce. A ty co masz w ręku?
Rozkłada przede mną dłonie i ja odruchowo czynię to samo. To w moim ręku spoczywa pierścień, ale jego oczko jest teraz czarne. Brudzi jak węgiel.
Już nic nie myślę, opieram głowę na jego ramieniu i płaczę. Głośno. Najgłośniej jak umiem. On nie reaguje. Już go nie obchodzi czy ktoś mnie usłyszy.
*** 2
Jest mi zimno. Potwornie zimno. Leżę w kałuży. Wolę nie myśleć o tym, że to kałuża mojej krwi. Gęsty, czarny dym rozchodzi się po placu, wypierając z niego szarą mgłę. Wstrzymuje oddech, staram się nie wdychać tego. Widzę zarys ciał leżących na bruku. Ludzie w maskach. Żołnierze.
Jeden z nich leży całkiem blisko mnie. Zastanawiam się czy może mieć przy sobie jakiś zestaw pierwszej pomocy. Choć wątpię żeby coś mi to dało. Przy każdym ruchu dopada mnie rozdzierający ból. Boję się oderwać ręce od brzucha, w obawie, że cała jego zawartość wypłynie na brukowany plac. Umieram? Już?
Ogarnia mnie straszny żal. Łzy płyną mi po policzkach. I co, to już? Tak po prostu? Mam zdechnąć między nimi? Sam? Co z chwałą, co z honorem, godnością? Co po tym zostało? Zanoszę się płaczem, nie mogę przestać, choć bardzo bym chciał. To nie przystoi mężczyźnie płakać w chwili śmierci. Ale nie mogę przestać. Cały ten żal, cała ta złość i rezygnacja wypływa ze mnie. Gdyby nie ten ból pewnie bym krzyczał, na czym ten świat stoi. Miałem być bohaterem. A umieram niezauważony i zapomniany.
Nagle słyszę jakieś ciche trzaski, prawie tuż obok mnie. Powoli odchylam głowę w tamtym kierunku, zaciskam zęby z bólu, staram się nie jęczeć. To ten żołnierz. Jego ciało drga w dziwnych konwulsjach. To z niego dochodzą te dziwne dźwięki. Widzę jak jego rany się powoli zasklepiają. Czuje jak przerażenie bierze nade mną górę, jak adrenalina uderza mi do głowy. Wiem, że jest okropnie źle. To definitywny koniec. Już nie ma nadziei.
Podnosi głowę, przez szybki w masce widzę jego mętny, wyblakły wzrok. Powoli kręci głową, rozchodzą się dwa trzaśnięcia. W końcu mnie dostrzega.
Nagle czuje na sobie wzrok kogoś jeszcze. Kątem oka zerkam za siebie. Nade mną stoi kolejny żołnierz, na jego klatce piersiowej widnieje rozległa rana. Na moich oczach, powoli, mozolnie zaczyna się zasklepiać. Mierzy we mnie z karabinu, jego oczy są również bez wyrazu.
Dalej podnoszą się kolejni żołnierze. Jeden za drugim, po prostu wstają. Niektórym brakuje rąk, jeden jest w ogóle bez głowy. Mam wrażenie, ze zaraz zwymiotuję. Może powinienem. Głupio umierać przełykając własne wymiociny...
*** JA
Z jakiegoś powodu jestem cała mokra. Chyba pada deszcz, nie jestem w stanie osądzić. Chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że jestem przemoczona od własnych łez. Biegnę w kierunku placu, mam na sobie długą, cienką spódnice, przeszkadza mi, zaplątuje mi się w nogi. Włosy lepią mi się do twarzy, staram się je nerwowo odgarnąć, źle przez nie widzę. Coś jest z nimi nie tak. Są długie. Pamiętam siebie taką, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta długość nie jest właściwa, dopiero teraz do mnie to dociera.
Zatrzymuję się gwałtownie, przed sobą widzę opancerzony wóz. Kręci się przy nim kilku ludzi w maskach gazowych. Zawracam czym prędzej, skręcam w jakąś mała uliczkę.
Jedyne co teraz czuję to poczucie winy. Muszę dotrzeć na plac. Wiem, że ten chłopiec tam jest. Jedyne co chcę zrobić to dotrzeć do niego. Potem się będę zastanawiać co dalej.
Wszędzie unosi się ten czarny dym. Drapie mnie w gardle i szczypie w oczy. Dziwnie pachnie. Jest zimny, przyprawia o dreszcze. Nagle z niego, niczym zjawy wyłaniają się kolejni ludzie w maskach. Poruszają się dziwnie, zupełnie jakby płynęli w powietrzu, przez ten dym nie widzę czy faktycznie nie lewitują nad ziemią, zasłania im nogi. Znowu jestem zmuszona zawrócić. Oddalam się od placu. Niedobrze.
Przystaję zaskoczona. Przed sobą widzę dziwną scenę. To park otoczony niziutkim murkiem. Widzę tam dwie sylwetki, jedna mierzy do drugiej z pistoletu. Podchodzę bliżej, pada strzał. Rozpoznaje ofiarę. To on, mężczyzna o nienaturalnie jasnych oczach, który podarował mi pierścień. Człowiek który do niego strzelał ma maskę gazową na twarzy tak inni, ale w jakiś sposób rożni się od nich. Nachyla się nad tamtym, sprawdza czy faktycznie nie żyje. Teraz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że go znam. Prostuje się i zwraca głowę w moim kierunku. Marze o tym żeby zdjął maskę, choć gdzieś po mojej głowie tłucze się myśl, że powinnam uciekać, że on mnie zabije. On jakby wiedział co chce mu przekazać, zupełnie jakby na moją prośbę zdejmuje maskę z twarzy i pokazuje mi się, jakby dokonywał ważnej demonstracji.
To ON! To TEN człowiek! Człowiek z którym ten od pierścienia zamienił się miejscami. To ten prawdziwy, ten właściwy! Jego wyraz twarzy mówi jedno – wygrałem. Spojrzenie ma pełne triumfu i satysfakcji, a jego oczy jarzą się zimnym, błękitnym światłem. I nagle uderza we mnie fakt, że jest praworęczny. Strzelał do tamtego trzymając pistolet w prawym ręku, ciągle go w nim trzyma. Nie wiedzieć czemu mam wrażenie, że to szalenie ważne. Tamten był leworęczny, kiedy to odkryłam też wydawało mi się to sprawą najwyższej wagi. Ten jest praworęczny i też nie mogę się od tego faktu odczepić.
Na odwrót. Są w jakiś sposób na odwrót...
"To są właśnie rzeczy jakie przychodzą mi do głowy kiedy siedzę w domu podczas burzy, czekając na telefon od kuratora sądowego."
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
"Z pewnością każdemu choć raz śnił się sen
nietypowy, intrygujący, może straszny. Taki, który po obudzeniu nie
chciał rozmyć się wraz z pierwszymi promieniami słońca, nie dawał o
sobie zapomnieć. Takie sny są najbardziej niezwykłe. Czy podzielicie
się nimi? "
Chyba najciekawszy z takich dziwnych snow,ktore nie wiadomo czy sa snami czy nie (he he)snil mi sie jakies dziesiec a moze i wiecej lat temu.
Pamietam ogromna ,"krwawa" tarcze ksiezyca za oknem i zreszta ten ksiezyc dokladnie taki sam jak we snie identycznie sobie tak bezczelnie swiecil ,jak sie obudzilam.W tym samym miejscu.
Przy/na moim lozku siedzial(a) jakas postac w szatach hmmm,zakonnika? i rozmawialismy w jakims dziwnym jezyku he he
Towarzyszace uczucia byly chyba raczej pozytywne,bo pamietam ,ze po przebudzeniu chcialam (chyba) zeby ta postac znow sie pojawila ,niestety zamiast tego ,gdy znow zasnelam pozostal co prawda ten sam ksiezyc,ale "mnicha" (czy kim on tam byl) juz nie bylo.Zamiast tego za oknem pojawily sie dwa zwierzaki i chyba ze soba walczyly,jeden byl ranny w kazdym badz razie,nie pamietam ktory:
wilk i pies,jeden jasny drugi ciemny(pies byl chyba ciemny,wilczur zreszta)
do dzis jest to moj ulubiony sen ,nie sen:D
wrazenia z pierwszej czesci byly niesamowicie realne
aha ,a o czym rozmawialismy nie pamietam:)
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Tego snu nie zapomnę nigdy, choć śniłem go wiele lat temu.
Dosiadam skarogniadego ogiera, odziany jestem w szary kubrak i takież bryczesy, oraz buty do konnej jazdy. U boku czuję ciężar miecza. Przemierzam stępa leśny trakt, samotnie - jeżeli nie liczyć dość niezwykłego towarzysza, dużego wilka o szarej sierści, który przemyka u mojego boku.
Wtem daje się słyszeć świst i w pień dębu wbija się strzała o czarnej brzechwie i barwionych również na czarno lotkach. Przynaglam konia do galopu, pochylając się jednocześnie w kulbace - i tylko to sprawia, że kolejny pierzasty pocisk, lepiej wymierzony niż pierwszy, tylko muska lotkami mój kark miast przebić mi szyję na wylot. Pędzimy tak, bo i wilk dotrzymuje mi kroku, a mój prześladowca posyła za mną jeszcze kilka strzał, jakimś cudem jednak chybiają wszystkie. Wreszcie dostrzegam swoją szansę - poteżną skałę, która nie wiedzieć skąd się wzięłą w środku lasu. Zeskakuję z siodła, wprowadzam do kryjówki mego wierzchowca, zaś wilkowi każę ukryć się po drugiej stronie traktu - porozumiewam się z nim bez trudu, nie musząc też wypowiadać słów na głos.
Łucznik nawet zaniedbał nei co ostrożności, nadjeżdża, z narychtowanym refleksyjnym łukiem w rękach.
Wyrzucam do przodu lewą rękę, z otwartej dłoni wytryskuje struga błękitnego światła! Trafia go w pierś i zmiata z siodła! Ledwie zdążyłem wyjść na trakt, a mój towarzysz już dopadł leżącego...
I tak powołana została z niebytu postać Josteina Siwego, maga Starszej Krwi. Ze snu, powinienem powiedzieć.
--------------------------------------------------
Rzucił Vetinariemu spojrzenie, które mówiło: Jeśli posuniesz się dalej, będę musiał kłamać.
Vetinari odpowiedział mu takim, które mówiło: Wiem!
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
***
Często sny, są odzwierciedleniem naszych lęków, tego czego boimy się najbardziej...
*
Siedzę na drewnianym, rozklekotanym krześle. Moje ręce i nogi oplatają silne więzy. Napinam mięśnie. Nie mogę się wyswobodzić. Jestem przywiązana do mojego siedzenia i dalej... przykuta do ściany. Szarpię się, lecz to nic nie daje. Muszę się uwolnić. Wilgotne, ciemne pomieszczenie śmierdzi stęchlizną. Jestem w niewoli. Tak nie może być! Muszę się uwolnić... Muszę...
*
Boję się utraty wolności.
*
Podchodzą do mnie kolejno. Dotykają mnie, wpatrują się ciekawskimi oczyma. Zaglądają w umysł, czytają myśli. Mówią bym im zaufała. Ja nie potrafię, nie chcę. Chcą wiedzieć o mnie wszystko. Chcą wiedzieć kim jestem i skąd pochodzę, co czuję i o czym myślę. Nie powiem! Nic im nie powiem. Ich palce dotykają mnie raz po raz, dłonie głaszczą moją twarz, czepiają się moich włosów... Czuję obrzydzenie. Chcę ich odepchnąć. Nie mogę, przypominam sobie, że jestem przywiązana. Ich twarz wpatrzone we mnie, oczy natarczywie lustrujące każdy mój ruch. Mdli mnie, czuję, że za moment zwymiotuję...
*
Boję się ludzi.
*
Do moich oczu cisną się łzy. Próbuję je powstrzymać. Nie wolno mi płakać, nie przy obcych. Czuję ogarniającą mnie bezsilność. Nienawidzę tego uczucia. Jestem silna! Nie dam się pokonać! Jestem słaba... tak cholernie słaba... przerażająco słaba... Po twarzy spływa łza, potem następna i kolejna. Jestem żałosna... Z moich ust wydobywa się jęk, powoli przechodzi w bezsilne, paniczne wycie. To nie ja! Ja jestem silna!
*
Boję się słabości.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Śniło mi się, że widzę pogrzeb Dumbledore'a.
Okazało się, że w świecie magicznym istnieje zasada, że czarodziej sam sobie przygotowuje trumnę, kiedy czuje, że to już czas. Zbija ją z desek i kładzie się na niej idealnie prosto, czasem wiele razy próbuje odpowiedniej linii. I leży i czeka na stosowny moment. W tym czasie inni czarodzieje obkładają go ciastem - jak kołderką - przez co trumna staje się gigantyczną blaszką, wystaje tylko czarodziejska głowa. I kiedy czarodziej czuje, że to koniec, zamyka oczy i zasypia. W tym momencie zaczyna się stypa - żałobnicy zjadają to gigantyczne ciasto i muszą zjeść całe. Ponadto na pogrzebie składa się ofiarę - może być zwierzę, ale jeśli znajdzie się ochotnik, to jest to człowiek. I tym razem był ochotnik, mały chłopiec, który położył się w nogach zmarłego in spe i znalazł się pod tym ciastem. Po czym po zjedzeniu ciasta okazało się, że chłopiec, zamiast tam umrzeć, zniknął i wszyscy go szukali. W międzyczasie (jedzenie trwało 11 dni) - czyli kiedy poszukiwano chłopca - zniknął i martwy Dumbledore. Chodził jako podsuszony trupek, z kreskami zamiast oczu, nago, i szukał tego chłopca, jako jedynego wiernego sobie, by przekazać mu coś ważnego. A chłopiec przed nim uciekał, bo jednak bał się żywego trupa. A społeczność czarodziejska szalała - zgubili dwa ciała, pogrzeb się nie udał i nie wiedzieli, co się dzieje...
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Najdziwniejszy sen jaki miałam - śniło mi się, że umarłam. W tym momencie jednak znajdowałam się już z boku i patrzyłam na swoje martwe ciało.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać

