Logowanie
Nowe wątki
- 50 Cent Posts New Song Online
- Imagicon
- Summer is coming... [Fort 2012]
- Znalezione w sieci
- Biblioteczka
- Polecany horror
- Pisarze na żywo
- Grube i chude książki
- Ulubiony film
- Plany na długi weekend
- Krakon 2012
- Allgemeine Festung
- Tropiciel
- Jak szybko czytacie?
- Prośba o Pomoc! Kossakowska i Matura.
- Wieczór z Maskonem
- Steam&Sword - Zamek Grodziec - 28.04.2012-03.05.2012
- Inspiracje Sapkowskiego
- Filmy 3D czy 2D?
- Dobre polskie komedie
Who's Online

Wszystko zaczęło się od tego, że opijaliśmy w kantynie mój awans na sierżanta. Potem, jak to zwykle bywa, film mi się urwał, a następne, co pamiętam, to nieznośne światło dookoła i szmer zdziwionych głosów.
- Zgarnęli mnie żandarmi. – pomyślałem w pierwszej chwili, ale to, na czym leżałem, nie przypominało mi podłogi na posterunku żandarmerii czy w komisariacie. Było chłodne i gładkie i pachniało raczej przyjemnie.
Dołożyłem wszelkich starań, żeby wstać, co udało mi się po kilku wykopyrtnięciach na pysk. Miałem kaca giganta, monstrualny katzenjammer i z trudem rozkleiłem powieki, mając przy tym wrażenie, że za moment podłoga ucieknie mi spod stóp jak żywa.
- O mamciu, ale zabalowałem... – jęknąłem.
Na pewno nie znajdowałem się w naszej bazie pod Goleniowem. W piewrszej chwili pomyślałem, ze pewnie mam zwidy w delirium, ale głowa zbyt mnie bolała, by ten supernowoczesny, plastikowometalowoszklany korytarz mógł być snem. Zresztą w najdzikszych snach nie wyobraziłbym sobie czegoś takiego. Nie sądzę też, bym mógł sobie wyobrazić ludzi, którzy mi się przyglądali. Byli w jakichś dresach – niedresach, w błyszczącymi odznakami na piersi i na pewno przedtem ich nie widziałem.
- Cześć... – powiedziałem niepewnie. Zadnego odzewu, a mnie łupnęło w głowie.
- Szprechen zi dojcz? – wybełkotałem po chwili, jak mogłem najwyraźniej – Razgawariwajecie pa ruski? A może parlewu franse? –
- A po angielsku da pan radę? – spytał mnie jeden z mężczyzn, ciemny blondyn, dość młody i nawet przyjemny z wyglądu, w brązowożółtym wdzianku.
- A i owszem – odparłem, przechodząc na angielski – Spędziłem dzieciństwo pod Londynem... Z kim mam przyjemność? –
- James T. Kirk, kapitan floty międzygwiezdnej i dowódca tego statku. – przedstawił mi się po krótkim namyśle. Stuknąłem przepisowo obcasami i zasalutowałem
- Andrzej Krzeński, sierżant wojska polskiego, obecny przydział czwarty pułk lotniczy, piąta jednostka bojowa. – zameldowałem służbiście i dopiero wtedy dotarło do mnie to, co facet mówił o flocie międzygwiezdnej. No nie, albo ja jestem wariat, albo on!
- Czy wie pan, gdzie się pan znajduje? – spytał drugi, tym razem ciemnowłosy, w ciemnoniebieskim dresie. Podszedł i zajrzał mi w oczy jakimś przyrządem. Wyraźnie lekarz. Tych skurczybyków można poznać na kilometr.
- Gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc – odparłem szczerze i wtedy wzrok mój padł na jednego, który stał nieco z boku – O, i diabeł tu jest we własnej osobie...
Gość był wysoki, chudy, miał lśniącoczarne, zaczesane na czoło włosy, uszy w szpic i ukośne brwi niczym u Mefistofela. Odwzajemnił mi się spokojnym, beznamiętnym spojrzeniem, a jego ostra jak topór gęba nawet nie drgnęla.
- To mój pierwszy oficer, Mr Spock – powiedział kapitan raczej surowo – I nie jest diabłem, tylko Wolkaninem, dlatego wygląda nieco odmiennie.
- Jak dla kogo.- odezwał się uszaty.
- Kosmita? I mówi po angielsku? – spytałem z politowaniem, które zresztą nie bardzo mi się udało.
- Pan Spock studiował w Akademii Floty i lata na naszych statkach od osiemnastu lat. Co dziwnego w tym, że zna angielski? Poza tym Federacja Planet uznała oficjalnie ten język za uniwersalną formę komunikacji, z uwagi na łatwą gramatykę i prostą wymowę.- wyjaśnił kapitan cierpliwie.
- Mnie to ganz egal. Mogę już odejść? –
- Nie ma pan dokąd, sierżancie. Znajduje się pan na statku kosmicznym Enterprise, bardzo daleko od Ziemi.
- Bez jaj...- zacząłem niepewnie i urwałem. Każdy lotnik ma to we krwi, że czuje, gdy nie znajduje się na stałym lądzie. I właśnie to czułem. Mimo kaca wiedziałem z pewnością, że ciążenie tu jest nieco niższe niż jeden g – niewiele, ale jednak. Poczułem mdłości. Nie no, tego brakowało, żebym pojechał tu do Rygi!
- Niestety, to nie żarty. Mieliśmy niekontrolowane załamanie czasoprzestrzeni podczas teleportacji i został pan przypadkiem zagarnięty.
- No to odeślijcie mnie z powrotem...
- To nie takie proste – wtraciła się ładna Murzynka w czerwonej, dresowej sukience mini( ledwie za pupę) – Jeśli warunki nie byłyby w stu procentach takie same, trafiłby pan w miejsce całkiem inne od zamierzonego. Nie warto ryzykować.
- Dość – uciął ten, który mnie badał – Resztę omówimy, gdy sierżant dojdzie do siebie. Na razie jest w szoku i potrzebuje wypoczynku. Proszę za mną do ambulatorium,sierżancie.
Razem z wysoką blondynką w niebieskim dresie zaprowadził mnie do czegoś, co od biedy przypominało pokój lekarski, tyle że niczym z „Gwiezdnych Wojen”.
- Dam panu zastrzyk uspokajający – powiedział doktor (było już jasne, że musi nim być) – Musi się pan przespać.
Pomyślałem, że wygląda na porządnego faceta z tą swoją krągłą twarzą, przeoraną przedwczesnymi zmarszczkami i łagodnym spojrzeniem. Budził sympatię i zaufanie.
- Pewnie tak, bo na tym kacu nawet nie mogę myśleć – przyznałem – ale ja nie chcę zastrzyku! Nie lubię igieł!
- Kto tu mówi o igle.- uspokoił mnie i przyłożył mi do szyi coś, co wyglądało jak inhalator dla astmatyków. Rozległ się syk, poczułem mrowienie i po chwili świat rozpłynął mi się w przyjemnym niebycie.
Następnego dnia obudziłem się w miłym, czystym pomieszczeniu o futurystycznym wystroju. Głowa mnie już nie bolała, ale nie byłem pewny, czy wydarzeń poprzedniego dnia sobie nie wyobraziłem. Gdybym został porwany przez kosmitów, dałoby się to jeszcze jakoś zrozumieć, ale ten przeskok w czasie i przestrzeni wprost na pokład jakiejś rakiety, która sobie leci z Ziemi gdzieś donikąd? Który wiek teraz w ogóle mamy?
Coś, co zastępowało drzwi, rozsunęło się i do środka wszedł młody Azjata w żółtej bluzie i czarnych spodniach.
- Kapitan prosi do hali transportu. – powiedział grzecznie.
Odłożyłem komentarze na później i udałem się za nim. Teraz, gdy byłem już trzeźwy, widziałem jasno, że nikt mi nie robił kawałów, bo to, co tu było, na pewno nie zostało zbudowane w moich czasach. Pomalutku zaczynałem czuć się dziwnie.
W sali nazwanej halą transportu zastałem kapitana, tego z uszami, Murzynkę, doktora i jeszcze dwóch mężczyzn, w tym jeden mocno starszy, w mundurze w wieloma naszywkami. Zmierzył mnie oczami, gdy wszedłem, po czym zwrócił się do kapitana:
- Jest pan odpowiedzialny za tego człowieka. Znalazł się on na pokładzie wskutek błędu podległego panu personelu, i dopóki nie uda się go odesłać do domu, znajduje się pod pana opieką. Czy to jasne? –
- Tak jest, admirale.- odpowiedział kapitan z wyczuwalną rezygnacją w głosie. Wyglądał w tej chwili na człowieka, którego sytuacja przerosła.
Admirał zwrócił się teraz do mnie
- Zechce pan przyjąć przeprosiny w imieniu floty Federacji Planet. Ze swej strony zapewniam, że będzie pan traktowany z szacunkiem i odesłany do domu najszybciej, jak to będzie możliwe.-
- Tak jest, panie admirale. – powiedziałem, przyjmując postawę zasadniczą.
- Chce pan mieć na czas pobytu status gościa czy członka załogi? –
To pytanie mnie zaskoczyło i nie wiem, co za diabeł mnie skusił, ale ochoczo wykrzyknąłem:
- Członka załogi, panie admirale.
- No to przybył panu podwładny, kapitanie Kirk. Jeśli chce się pan go pozbyć, proszę pogonić swych ludzi do roboty, niech znajdą odpowiednie parametry i odeślą go do domu. Inaczej... sam pan rozumie. To wszystko.
Wtedy stało się coś, od czego mi oko zbielało. Admirał wszedł na jakieś podwyższenie, a w następnej chwili zniknął w rozbłysku żółtawego światła.
- Ja pierdzielę! – krzyknąłem odruchowo, zasłaniając oczy.
- Niech się pan uspokoi, po co te emocje? – zwrócił mi ozięble uwagę pierwszy oficer, ten ze spiczastymi uszami - To prosta teleportacja.
- W czasach pana... pana Andy’ego nie było takiego środka transportu – powiedział kapitan Kirk zmęczonym głosem – Niech pan da mu trochę czasu, Spock.
- Będę potrzebował całych hektolitrów czasu. – stwierdziłem bezradnie.
No i tak się to wszystko zaczęło....
Wpis nr 1
Trochę się już oswoiłem. Żywność z syntezatorów ma nienajgorszy smak, choć kudy tym preparatom do naszego poczciwego schaboszczaka lub rzeszowskiej kiełbasy na gorąco. Jednak to najmniejszy problem. Gorzej, że wszystko tu jest dla mnie nowe i mam czasem wrażenie, ze jestem małpą w laboratorium.
- Niech pan się nie zraża, szybko nauczy się pan tego, co trzeba. – pocieszył mnie dr McCoy. To miły człowiek i chyba naprawdę chce mi pomóc w aklimatyzacji. A pomoc mi się przyda, bo z tego, co półgębkiem powiedział główny mechanik Scott, wynika, że mój pobyt na Enterprise może rozciągnąć się na całe lata. Może na zawsze. Ponowne odtworzenie warunków przejścia zależy od tylu czynników, że gdy zaczął mi wyliczać te najważniejsze, z punktu straciłem nadzieję.
- Zawsze jest nadzieja – powiedział sentencjonalnie kapitan – Proszę jej nie tracić, Andy.
On też oswoił się już z tym, że jestem „jego człowiekiem”. Ostatecznie, na statku jest czterysta osób, jedna mniej, jedna wiecej nie robi różnicy.
Wpis nr 2
Ponieważ nie było wiadomo, co ze mną zrobić, przydzielono mnie, póki co, do obsługi hali transportowej, gdzie był wakat. Na szczęście nie muszę rozumieć zjawiska teleportacji, by obsłużyć aparaturę. Dziecko mogłoby to zrobić, po ciemku i jedną ręką, pewnie dlatego na statku nie ma chętnych do tej roboty, zespół jest zbyt mały i muszą wyznaczać dyżury. Jednak na razie mogę robić cokolwiek jedynie pod nadzorem kogoś doświadczonego. Pracy dużo nie ma, więc uczę się konserwacji aparatury. Muszę wykuć na pamięć wszystkie schematy, ale jak na razie najwięcej trudności sprawia mi nazewnictwo. Zmieniło się w wielu wypadkach nie do poznania. Nie tylko to – angielski, którym posługuje się załoga, nie jest całkiem ten sam, co za moich czasów. Na szczęście nie jest też na tyle odmienny, żeby stanowiło to dla mnie jakiś istotny problem.
Co poza tym? W pewnych sprawach jest beznadziejnie – ani papierosów, ani nawet piwka nie ma, by sobie strzelić. W kantynie mają coś, co nazywa się wino – śmiechu warte, jakiś kompot. Jednak doktor i główny mechanik mają zachomikowaną whisky i podzielili się ze mną - zdaje sie, ze regulamin tu sobie, a życie sobie. Ale mimo to zaczynam czuć się podekscytowany. Tak lecieć przez wszechświat i lecieć, to jest coś. Chociaż w pewnej chwili może się to okazać trochę nudne. Marvin, mój bezpośredni „szef” (odpowiedzialny za transport) powiada, żebym się nie nudził, bo jeszcze może być tak, że zrobi mi się zbyt ciekawie. Zabrzmiało to tajemniczo i obiecująco.
Wpis nr 3
Jestem na Enterprise od jakichś dwóch tygodni, a wydaje mi się, jakbym był tu od wieków. Mimo to wiem, że nie zadomowiłem się jeszcze na dobre... choć już zdążyłem podpaść pierwszemu oficerowi, i to w najgłupszy sposób.
Zauważyłem, że Christie, ta blondynka z ambulatorium, robi do Mr Spocka maślane oczy, na co on nie reaguje. Pomyślałem, że może ci Wolkanie w ogóle są mało kumaci i postanowiłem uświadomić biedaka, że leci na niego ładna laseczka. Niestety, nie poszło tak, jak się tego spodziewałem. Spock gapił się na mnie tym swoim zimnym spojrzeniem, a potem zauważył:
- To do pana nie należy, a w moim życiu nie ma miejsca na takie sprawy.
- Dla Wolkanina, który nie jest w fazie godowej, te sprawy w ogóle nie istnieją.- uświadomił mnie dr McCoy, który słyszał, o czym mówiliśmy i chyba chciał mi pomóc.
- Miłość to jedna z ludzkich emocji – dodał sztywno Pierwszy – Ja ich nie mam.
- Kielicha nie, dymka nie, dziewczynki też nie... Człowieku, to po co wy żyjecie? – jęknąłem, zanim zdążyłem się zastanowić. Zawsze otworzę tę swoją niewyparzoną gębę i coś palnę, a potem trudno to odkręcić
Nie wiem, co ujrzałem w oczach Mr Spocka, ale jeśli nie była to emocja, to niech mnie gęś kopnie i kogut zadziobie.
Wpis nr 4
Wkuwam regulamin pokładowy i regulamin Floty. Mam zdawać z tego egzamin przed komisją, złożoną z kapitana, Pierwszego i oficera łączności. Ciekawe, czy będzie się czepiał? Dziś po obiedzie, żeby się odprężyć, poszedłem do biblioteki i poprosiłem o jakąś monografię, dotyczącą Wolkanów. Bibliotekarka wyszukała mi trzy pozycje. Hi,hi! W przedmowie do każdej autor rozważa, czy powinno mówić się „Wolkanin” czy raczej „Vulkanita”. Mało tu mają problemów. Poczytam to sobie wieczorem, na razie lecę na dyżur w hali transportu. Marvin twierdzi, że niedługo będzie można mnie zostawić bez dozoru. Nie zna ułańskiej fantazji, biedak.
Wpis nr 5
Czytałem niemal do rana. Określenia „wieczór” i „rano” odnoszą się oczywiście do czasu pokładowego, ale co mnie to tam... W każdym razie dowiedziałem się, że Wolkanie rzeczywiœcie maj¹ s³abo rozwiniêt¹ sferê emocjonaln¹, a na dodatek od najm³odszych lat ucz¹ siê, jak j¹ kontrolowaæ. Udaje im się to tak dobrze, ze faktycznie zdają się być pozbawieni uczuć, choć nie jest to do końca prawdą. Są tak bardzo bliscy Ziemianom względem układu chromosomów, że możliwe jest potomstwo transgeniczne – przy niewielkiej pomocy inżynierii genetycznej. Dlaczego? Prawdopodobnie wszyscy humanoidzi pochodzą od jednej rasy, która w pradawnych wiekach rozproszyła się po wszechświecie. My jesteśmy tylko jedną z wielu odnóg, a Wolkanie drugą. Mimo że ich krew jest zielona (brrr), a narządy wewnętrzne zupełnie inaczej usytuowane (niektórych w ogóle brak), to DNA pokrywa się z naszym w niemal stu procentach. Nie rozumiem, jak to możliwe, ale nie jestem ostatecznie biologiem, tylko mechanikiem lotnictwa. Nie muszę znać się na wszystkim.
Wpis nr 6
Dziś kapitan, Mr Spock i dr McCoy wybrali się na powierzchnię asteroidy, obok której przelatywaliśmy. Wrócili utytłani po oczy w jakimś błocie, doktor i kapitan wściekli tak, że nie odważyliśmy się pytać o to, jak poszło. Mr Spock, oczywiście, spokojny i opanowany, choć taki ubłocony wyglądał, trzeba przyznać, mniej godnie niż zwykle. Naczalstwo poszło pod prysznic, a potem na naradę. Do tej pory ich jakoś nie widać.
Kończę pierwszą monografię o Wolkanach. Ależ to popaprańcy!
Wpis nr 7
Już wiem, czemu kapitan i doktor wrócili z asteroidy w stanie odbiegającym od euforii, i to dość znacznie. Do niedawna prosperowało tam laboratorium naukowe, ale cała ekipa zginęła. Nie został ani jeden żywy człowiek, choć wszystko wygląda na nietknięte. Wygląda, bo czy jest, jeszcze nie wiadomo. Zwiadowi nie udało się dostać do środka. Eksploracja kosmosu nie należy do najbezpieczniejszych, jak widać. Mam straszną ochotę wybrać się ze zwiadem, ale nawet tego nie zaproponuję. Sam wiem, że to jeszcze niemożliwe.
Siedzę w hali sam i nudzę się jak mops. Mam nic nie robić, czekać tylko na łączność z ekipą zwiadowczą i w razie czego nacisnąć wyzwalacz transmisji. Małpa by to zrobiła, i to równie dobrze jak ja. Szkoda, że nie wziąłem czegoś do czytania.
Przed chwilą był tu Mr Spock. Powiedział kolczastym głosem, że mam obserwować wskaźniki, a nie gapić się w sufit, po czym poszedł szukać Marvina, żeby i jemu coś niecoś wkleić za pozostawianie na stanowisku „zielonego” pracownika. Ostrzegłem szefa przez komunikator. Nie chcę, by oberwało się temu chłopcu – jest cholernie sympatyczny, czego o Spocku nie można w żadnym wypadku powiedzieć. Ten facet to chodzący regulamin i jeszczer nie widziałem, żeby się choć uśmiechnął. Boi się, że połamie sobie twarz, czy co? Przecież na Enterprise nie podejrzą go ci z Vulcana!
Wpis nr 8
Podejrzeć nie podejrzą, ale mogą wyczuć. Właśnie przeczytałem, ze ta rasa jest jakoś ze sobą połączona empatycznie – dlatego jak zaczęli się zmieniać, to wszyscy. Odkąd opanowali technikę kontroli emocji, nie było u nich wojen, a też nikomu nie udało się podbić ich planety. Wolkanin zawsze pozostaje Wolkaninem, nawet na najdalszej planecie. No, jeśli to jest ich życiową ambicją, to moje uszanowanie! Wolę już ziemskie emocje.
Wpis nr 9
Kapitan nie wraca. W ogóle zwiad nie daje znaku życia. Ludzie są zaniepokojeni, i nie bez Kozery Marcina – gdyby kapitan Kirk zaginął w akcji, dowodziłby nami Mr Spock, a tego wrogowi nie życzę. Podczas katastrofy każe pewnie krwawić na komendę i zabroni uśmiechania się na służbie. Odkąd tu jestem, nie widziałem, by on sam splamił się uśmiechem, choćby nieznacznym. Starannie odmierzone ruchy, godna postawa, pełna powaga w każdym słowie. Mój Boże, ten facet budzi we mnie jak najgorsze instynkty! Mam ochotę podstawić mu nogę, żeby zarył mordą w glebę! Mam ochotę skuć go kajdankami, ściągnąć mu buty i łaskotać piórkiem po stopach tak długo, az nauczy się wreszcie śmiać! To jeszcze najłagodniejsze z moich fantazji na temat pierwszego oficera. Wiem, ze to Wolkanin, nie jego wina, że taki, ale mimo to nie mogę znieść jego odpychającej miny.
Korzystając z ciszy i spokoju czytam drugą monografię, pióra jakiegoś Maruna. Okazuje się, że Wolkanie tez mają swoją piętę achillesową – co siedem lat ich mężczyźni wchodzą w okres godowy i dosłownie dostają szału. Można się śmiać, ale to jest dla nich groźne – jeśli nie rozładują napięcia, kończy się to dla nich śmiercią. No, nie bardzo wyobrażam sobie Spocka w takim amoku. Chciałbym to zobaczyć.
Ludzie szemrzą. Według nich Mr Spock specjalnie zwleka z misją ratunkową, by zająć miejsce kapitana. Mimo całej mej antypatii nie wierzę w to. Coś mi się jednak zdaje, że cukierkowy obraz tego Nowego Wspaniałego Świata, jaki przedstawił mi kapitan do spółki z doktorem, jest mocno przesadzony – w ludziach nadal istnieją uprzedzenia, do których wstyd się głośno przyznać. Bo oficera Ziemianina chyba by o to nie oskarżono! W obliczu tych kalumni Mr Spock zachowuje się, jak zwykle – jest zimny i niewzruszony.
Wpis nr 10
Mr Spock zdecydował się na akcję ratunkową. Jak się dowiedziałem, mimo buntu ze strony załogi trzymał się ściśle rozkazów kapitana, ale dokładnie z chwilą upływu wyznaczonego czasu karencji zwołał ekipę ratunkową i sam stanął na jej czele. Choć asteroida została wyposażona sztucznie w atmosferę, pozwalającą bez trudu oddychać, kazał wszystkim włożyć ciężkie skafandry, co zdaniem niektórych było niepotrzebną stratą czasu. Zgłosiłem się na ochotnika, ale zmierzył mnie takim spojrzeniem, że poczułem się krasnoludkiem, za to wziął ze sobą doktora. Wygląda na to, że z całej załogi, po kapitanie, największym zaufaniem darzy właśnie Łapiducha (taką ksywkę ma dr McCoy wśród tutejszej braci). Jest to ciekawe o tyle, że normalnie ci dwaj zachowują się niczym Tom i Jerry – wystarczy byle drobiazg i skaczą sobie do oczu. Starczy, by doktor coś powiedział, a Mr Spock wyjeżdża z tym swoim:
- To nielogiczne
A miły, spokojny doktor z miejsca zmienia się w ziejący ogniem wulkan. Sypie takimi uwagami, że każdy Polak odpowiedziałby na nie pięścią, zaś Spock z zimną krwią i sadystycznym zadowoleniem wytyka mu logiczne błędy w wypowiedziach. Trwa to zazwyczaj, póki kapitan ich nie rozdzieli.
Wprowadziłem koordynaty i przesłałem całą ekipę na asteroidę. Nadal nie rozumiem zjawiska teleportacji. Za moich czasów uważano za niemożliwe, by jej dokonać na złożonym organiźmie, a także, by człowiek ją przeżył w razie powodzenia eksperymentu. Widać się mylono. Siedzę teraz i czekam, odruchowo zaciskając kciuki za powodzenie misji.
Wpis nr 11
Wszyscy są już na pokładzie. Okazało się, że naukowców zabiło nieznane dotąd promieniowanie wewnątrz stacji badawczej – miał cholerny Spock nosa, że wszystkim kazał założyć skafandry. Zwiad zamknął się w izolowanym składziku, gdy tylko połapali się w sytuacji, dlatego przeżyli, choć wszyscy wymagają transfuzji. Czasem przydaje się ta wolkańska logika.
- Nie docenia pan Spocka – powiedział kapitan, gdy podczas relaksu odwiedziłem go w ambulatorium i zwierzyłem się ze swej antypatii do pierwszego oficera – To nie tylko świetny oficer naukowy, dobry żołnierz, ale i przyjaciel. Jeśli kiedyś będzie okazja, przekona się pan, że też niezły materiał na bohatera, jak zresztą większośćWolkanów. Dla nich oddaćżycie za większość to akurat tyle co splunąć. Starczy, że to logiczne, w końcu lepiej, by zginął jeden, niż powiedzmy dziesięciu, a ze tym jednym jest akurat on, to bez znaczenia. Ten pęd do poświęcania się za innych bywa niekiedy dla mnie nie lada kłopotem. Spockowi trudno czasem wytłumaczyć, że strata jego osoby byłaby zbyt dotkliwym ciosem dla bezpieczeństwa załogi.
- Nie dziwi mnie taka postawa. Ja ma się takie życie, jak on, że nie może sobie podchromolić, zajarać szluga czy pójść na laski, i nie wolno mu się nawet uśmiechnąć, bo to może być wielką zdradą ojczyzny, to nic dziwnego, że nabiera się apetytu na trumienkę.
- Strasznie zabawnie pan to wyraża.- roześmiał się kapitan, ale zaraz spoważniał – On sam to wybrał. Chce być dobrym Wolkaninem, więc nie powinniśmy go krytykować.
- Rozumiem – powiedziałem – Ale ja go po prostu nie lubię. Nie mogę się przemóc.
- Niech pan da sobie trochę czasu. Wciąż jest pan tu nowy i na pewno nie wyzbył się pan starych uprzedzeń – kapitan uśmiechnął się do mnie wyrozumiale i spojrzał na kroplówkę z krwią. Mina mu posmętniała, gdyż zeszła ledwie jedna czwarta, a jemu spieszy się chyba na mostek.
- Nie lubię, ale fascynuje mnie – wyznałem mężnie – Do tego stopnia, ze czytam o Wolkanach. Za moich czasów uważano istnienie innych humanoidów za wytwór czystej fantazji, więc wgłębiam się w to niczym w powieść awanturniczą.
James T. Kirk poklepał mnie po ramieniu. Na odmianę jego trudno nie lubić, to naprawdę, co się zowie, swój chłop.
- Niech się pan kształci. To naprawdę się panu przyda.- powiedział, a zaraz potem musiałem lecieć, bo nadeszła pora na moją zmianę.
Wpis nr 12
Dziś rano nadszedł wreszcie z kwatery głównej oficjalny rozkaz, dotyczący mojego przydziału do załogi Enterprise. Nie wiem czemu, ale dotąd myślałem, że gęba starczy, a tu – nie. W tych czasach też wszystko musi być oficjalnie potwierdzane. Trwało to długo, bo wszystkie procedury od początków cywilizacji były, są i będą czasochłonne, ale od tej pory oficjalnie jestem kadetem w załodze Enterprise. Około dwunastej czasu pokładowego wezwał mnie magazynier i wręczył coś, co nazwał mundurem – taki sam trykotowy dres, jaki noszą inni, w kolorze ciemnej purpury z szerokimi, czarnymi ściągaczami, oraz znak przynależności do załogi, przypominający stylizowane A. Co robić, przebrałem się, ale gdy popatrzyłem w lustro...
- Powiem tylko jedno – rzekłem, gdy do magazynu wszedł Marvin – Gdyby koledzy z jednostki zobaczyli mnie w tym francowatym wdzianku, to wiesz, co by powiedzieli?
- Nie, a co? – zaciekawił się Marvin
- Ja tez nie wiem – odparłem ponuro – Ale pewne jest, że musiałbym ich zabić, a potem po kryjomu wynieść się z kraju.
Wyglądam jak cyrkowiec. Jak Tinky-Winky. Jak coś jeszcze w tym rodzaju. Z drugiej znów strony, wszyscy tak wyglądają, więc może ostatecznie, co za różnica?
Wpis nr 13
Zwróciłem książki o Wolkanach i wypożyczyłem kompendium na temat ras, tworzących Federacje Planet. Sześć tomów! Czytam bardzo szybko, ale i tak starczy mi to na długo. Ras jest sporo: Ziemianie, Andorianie, Wolkanie, Deltanie, i inni –anie, to humanoidzi, ale są i tacy, którzy wyglądają jak galareta, tacy, co istnieją w postaci skoncentrowanej energii, a i tacy, którzy w ogóle nie wyglądają, bo nikt nie jest w stanie znieść ich widoku. Nazywają ich, na ziemski użytek, Meduzanami i jest to najdziwaczniejsza rasa w Federacji. Jeśli nigdy żadnego nie spotkam, będę wdzięczny.
- Jest pan pełen barbarzyńskich uprzedzeń – stwierdził autorytatywnie Mr Spock, który usłyszał, jak dyskutowałem na ten temat z Lilo w stołówce - Musi się pan ich wyzbyć, i to jak najszybciej.
- Być może są barbarzyńskie, ale są moje.- odpysknąłem, nim zdążylem pomyśleć.
- Rozumowanie nielogiczne – powiedział Spock tym swoim drewnianym głosem – Gdy coś jest szkodliwe, należy się tego pozbyć, nawet gdy jest częścią składową. Na pokładzie Enterprise goszczą przedstawiciele różnych ras i nie życzę sobie, by ktoś z załogi okazał brak szacunku przedstawicielowi którejś z nich.
- Bez obaw, panie oficerze. Umiem się zachować, ale mogę chyba mieć własne zdanie.
- Dla siebie, tak.
- Słuchaj pan – uniosłem się, nie zważając na szarpiącą mnie rozpaczliwie za rękaw Lilo – Jeśli nie podobają się panu cudze poglądy, to niech pan nie podsłuchuje cudzych rozmów. Nie uczono pana, że to nieładnie?
- Nie podsłuchiwałem. Usłyszałem.- powiedział Spock, nie tracąc spokoju.
- Więc uwagi na temat tego, co pan usłyszał, powinien pan zachować dla siebie.
- Zachowałbym, gdyby nie zagrażało to harmonii wewnątrz załogi. Zechce się pan na przyszłość powstrzymać od takich wypowiedzi.
Coś w jego spojrzeniu zmusiło mnie nagle do rejterady
- Tak jest. – mruknąłem.
Spock skinął mi chłodno głową i poszedł sobie w cholerę, ale ja miałem humor zepsuty aż do wieczora.
Wpis nr 14
Zaganiany człowiek taki... Przez cały zeszły tydzień nie miałem czasu zajrzeć do swoich zapisków, bo musiałem wkuwać do egzaminu. Wczoraj wieczorem zdałem ostatnią sesję, z przepisów bezpieczeństwa, i mogę trochę odetchnąć. Oczekiwałem, że Mr Spock, który był w komisji egzaminacyjnej, będzie próbował podłożyć mi jakąś świnię, ale gdzie tam. Ten sztywniak pewnie nawet nie skapował, że już tyle razy próbowałem go obrazić. Mój własny porucznik z jednostki pod Goleniowem dałby mi za takie zachowanie popalić, że bym go popamiętał. A ten nic, nawet jednego, w mordę, podchwytliwego pytania nie zadał. Za to kapitan i pan Scott maglowali mnie do utraty tchu.
Psiakrew, nie ma tu nawet czym tego opić. Napiłem się trochę wina w kantynie, ale choć przysięgali mi, że jest w tym alkohol, ja nie zdołałem go wyczuć. Pewnie musi być, skoro Spock nie chce tego tknąć, ale dla mnie to lemoniada. Ale chociaż pogadałem sobie przy tym z chłopakami z obsługi transportu i pośmieliśmy się. Ze wszystkimi już jestem na „ty”. To naprawdę morowa ekipa i właściwie dobrze, że mnie do nich przydzielono. Praca rzeczywiście mogłaby być ciekawsza, ale pomalutku przekwalifikuję się może gdzieś wyżej. Nie od razu Kraków zbudowano. Dziwne, gdy rzuciłem tę uwagę, wszyscy na jakąś sekundę zamilkli. Tak jakby nie wiedzieli, co to Kraków, albo jakby wywołało to u nich przykre skojarzenia. Wypytam ich jeszcze o to, ale kiedy indziej.
Po południu przyjmowaliśmy transport leków, które mamy zawieźć na Deneb, gdzie szerzy się jakaś epidemia. Mówią, że nie będzie łatwo – tamtejsi mieszkańcy ponoć uważają, że człowiek powinien sam zwalczyć chorobę, a jeśli umiera, to widać nie zasługuje na to, by żyć. Nie wiem, po co w takim razie przejmować się takimi palantami?
Wpis nr 15
Postój na orbicie Deneb. Dr McCoy i kapitan Kirk przesłali się na dół i namawiają te zakute pały do leczenia swych chorych. Nie pojmuję, po co się wcinać? To ich planeta i ich choroba. Skoro tak lubią bawić się w grabarzy, to czemu im przeszkadzać?
Już wiem. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o kasę (w przenośni oczywiście, bo system monetarny nie istnieje na Ziemi od jakichś dwustu lat – cholera, nie można mieć nawet tej przyjemności, że człowiek przeliczy wypłatę!). Lilo mi wytłumaczyła. Chyba polubię tę dziewczynę. Jest miła, cichutka z natury i ma najładniejsze, jakie w życiu widziałem, jasnorude włosy. Sięgają jej aż do tyłeczka, też wcale-wcale... Do rzeczy. Na planecie są duże złoża dylitu, niezbędnego składnika napędu warp. Federacja chce podpisać kontrakt na ich wydobycie, nim zrobią to Klingoni.
Spróbowałem zagrać z komputerem w szachy. Dał mi mata w trzecim posunięciu. Potem przyszedł Mr Spock, więc ustąpiłem mu miejsca i obserwowałem, co się wyprawia. Nie, ja w życiu nie zrozumiem tej gry! Na jednym poziomie przynajmniej wiem, jakim ruchem która figura się przemieszcza, w trójpoziomowych zgubiłem się beznadziejnie już na samym początku i rozbolała mnie głowa, choć tylko kibicowałem.
- Mr Spock, na pewno nie jest pan cyborgiem? – spytałem idiotycznie i beznadziejnie, gdy skończył partię remisem.
- Nie. – odpowiedział mi krótko, po czym wstał i odszedł.
No, ja nie byłbym tego taki znów pewny.
Wpis nr 16
Kapitan Kirk dogadał się jakoś z Denebianami. Sprawa była gorsza podobno od negocjacji unijnych, ale wrócił, jak to się mówi, z tarczą. I całkiem wykończony. Nic dziwnego. Musiał się kapitańcio zdrowo nagadać, zanim trafił do tych ufoków. Teraz poczekamy tylko na przybycie służb dyplomatycznych i możemy ruszać dalej.
Minął mi już okres fascynacji statkiem. Owszem, duży, owszem, cholernie nowoczesny, ale zaczyna mi dokuczać lekka klaustrofobia. Chętnie poczułbym pod stopami uczciwy grunt.
- Każdy początkujący to ma. Przejdzie ci. – pocieszył mnie Marvin.
- Oby. Trochę mnie deprymuje fakt, że jakbym chciał wypuścić się na lewiznę, to musiałbym w próżnię. A gdybym tak lunatykował?
- Automatyka by cię nie wypuściła poza grodzie. Lunatykuj na zdrowie.
Wiem już, czego mi tu brakowało od samego początku. Na pokładzie nie ma ani jednego robota. Żaden C3PO ani R2T2 nie pętają się między ludźmi, są jedynie jakieś metalowe pluskwy, które zajmują się sprzątaniem i przypominają żuki. Trzeba oddać im sprawiedliwość, starają się te okruszyny, jak mogą. Wszystko lśni, nigdzie ani pyłka. Kiedyś z premedytacją rozsypałem pokruszone ciasto i za dziesięć minut, jak wróciłem w to miejsce, nie było nawet śladu.
Wpis nr 17
Dziś mamy Dzień Zjednoczenia, święto na wszystkich planetach Federacji. Jeśli chodzi o Enterprise, to od rana trwa wielka zabawa, a teraz tańce i konkursy we wszystkich stołówkach, uprzątniętych i przystrojonych na tę okoliczność. Jest to okazja do odwiedzin między pokładowych, więc wszyscy biegają jak z piórkiem, bo każdy chce wszędzie być i zaliczyć, co się da. Nie dotyczy to tylko, oczywiście, jakżeby inaczej, Mr Spocka. Ten nie umie się bawić i nie chce się nauczyć. Jak można być takim drętwym i nie zapaść w sen wieczny przed czasem?
Musiałem udać się do „kącika kontemplacji”. Gdy wracałem, przypadkiem zobaczyłem w jednym z pustych korytarzy Lilo, przystrojoną w hawajski sarong, w naszyjniku z papierowych kwiatów i z cieplarnianą orchideą we włosach. Rozmawiała z Mr Spockiem, a ton jej głosu sprawił, że zastygłem, nie chcąc dać znać, że ich widzę.
- To nie może trwać wiecznie – mówiła – Jak tak dalej pójdzie, zostaniesz na zawsze tym, kim jesteś teraz.
- Wolkaninem i oficerem Gwiezdnej Floty? – spytał Spock
- Nie. Mężczyzną samotnym. Któregoś dnia obudzisz się, a mnie nie będzie. Christie też nie będzie czekać wiecznie. I - ona zniknie któregoś dnia. Zastanów się nad tym.
- Lilo, lubię panią i bardzo szanuję...
- A ja cię kocham, Spock. Widzisz różnicę? Nie, nie możesz tego widzieć, bo wtedy nie byłbyś sobą. Zrozum, to nie muszę być ja. Ja już się z tym pogodziłam. Znajdź sobie jednak jakąś kobietę, póki nie jest za późno.
- Moje życie to służba we Flocie. Nie ma miejsca na nic innego, zw/łaszcza zaś na czysto ludzkie emocje. Niech pani zrozumie, ja ich nie mam.
- Tak, chyba nie masz.- przyznała Lilo. Potem odwróciła się i zaczęła iść korytarzem.
- Lilo! – zawołał Spock nieomal emocjonalnie – Zaczekaj. Chciałem powiedzieć... przepraszam. Nie miałem zamiaru pani krzywdzić.
Lilo odwróciła się i podeszła do niego ze smutnym uśmiechem. Pogładziła go palcem po jednym, a potem po drugim uchu.
- Nie skrzywdziłeś mnie – powiedziała – Przecież nigdy niczego mi nie obiecywałeś. Ale my, Ziemianki, nie myślimy głową, tylko sercem.
Poczekałem, aż się definitywnie rozstaną, potem wymknąłem się drugim korytarzem. Czegoś tu nie rozumiem. Tego, że pomiędzy tą dwójką był jakiś romans, nie biorę w ogóle pod uwagę, bo choć Lilo mi wcale na świętą nie wygląda, to Spocka trudno wyobrazić sobie jako romantycznego kochanka. Stawiałoby go to w świetle z gruntu fałszywym. Zatem o czym mówiła ta mała Hawajka?
Odechciało mi się dalszej zabawy. Dziwię się, że komukolwiek chce się bawić w towarzystwie tej wolkańskiej mumii na pokładzie.
Wpis nr 18
Niemiła wpadka. Technik od obsługi automatów z przekąskami poprosił mnie, żebym mu pomógł. Pomoc wyglądała tak, że po chwili zniknął i zostałem sam z całą robotą. Pracowałem więc, a że nikogo nie było, to śpiewałem sobie na całe gardło „12 groszy”. Kiedy skończyłem, do stołówki wszedł kapitan Kirk.
- Czy wszystkie wasze piosenki były tak pełne wulgaryzmów? – zwrócił się do mnie z delikatną obawą
Za zdumienia upuściłem śrubokręt i musiałem wleźć za nim pod stół. Kapitana ostatniego posądziłbym o to, że rozumie po polsku!
- Testujemy właśnie nowy translator – rozwiał moje obawy – Przypadkiem dostroiliśmy go do stołówki i wychwycił pana piosenkę.
- Wszystkie takie nie były – powiedziałem, zażenowany – Rajuśku, nie wiedziałem, ze ktoś słucha i na dokładkę rozumie. Dobrze, że nie zaśpiewałem „Piosenki rezerwistów”, to byście chyba zawału dostali. Przepraszam, panie kapitanie, od tej pory będę uważał na swój język.
Za kapitanem wszedł Mr Spock, jak zwykle godny, nienaganny, z rękami założonymi za plecy.
- Sierżancie – zwrócił się do mnie – Niech mi pan wytłumaczy, kto to taki, ten Jaskiernia, stróż prawości.
Nie jestem litaratem. W dodatku mocno podejrzewam, że żadne na świecie pióro nie byłoby w stanie oddać efektu komicznego, jaki wywołały te słowa w zestawieniu z kamienną twarzą. Wystarczy więc, gdy napiszę, ze dostałem regularnego ataku śmiechu.
- Panie Spock – wykrztusiłem po dobrej chwili – Musiałbym zrobić panu taki wykład, że nie wyrobilibyśmy się przed następną Gwiazdką. Niech panu starczy, że to był jeden.
Patrzył na mnie jak na wariata, czemu, biorąc pod uwagę okoliczności, trudno się dziwić. W końcu powiedział tylko:
- Na przyszłość proszę używać języka mniej... barwnego, zgoda?
- Oczywiście, ze zgoda. Przy tak rozwiniętej technice lepiej się mieć na baczności.
I rzeczywiście lepiej się mieć. Niby nikt tu nikogo nie podsłuchuje, a wszyscy wszystko wiedzą o wszystkim. Już nie mówię o tym, że poczta pantoflowa działa bez zarzutu, ale ma się czasem wrażenie, że ludzie czytają sobie w myślach. Pytałem Marvina, wyśmiał mnie, że nic podobnego. Więc co, mania prześladowcza? To czemu, gdy na mostku ktoś kichnie, to aż na ósmym pokładzie wołają „Na zdrowie!”?
Wpis nr 19
Wziąłem się dziś na odwagę i podczas podwieczorku zagadnąłem Lilo (jemy przy jednym stole):
- Lilo, słyszałem przypadkowo pani rozmowę ze Spockiem. Nie miałem zamiaru podsłuchować, po prostu tak jakoś to wyszło. Chciałem spytać: czemu pani mówiła mu te wszystkie rzeczy?
Dziewczyna spoważniała i odłożyła widelec.
- Mogłabym powiedzieć, że to nie pana sprawa... – zaczęła surowo.
- Tak, ale jestem zbyt fajnym facetem, żeby mnie tak spławiać – przerwałem jej – I w ogóle mówmy już sobie na ty. To chyba jest tu dozwolone?
- Dobrze. Zatem posłuchaj, Andy: kiedy cię jeszcze tu nie było, trafiliśmy do układu Lokka i znaleźliśmy tam planetę opuszczoną przez swych mieszkańców. Ponieważ nasze przekazy mówiły, że zostawili oni bogate archiwa, ja i komandor Spock postanowiliśmy wybrać się po część tych skarbów. Ponieważ można było teleportować nas jedynie na płaskowyż, daleko od archiwum, wzięliśmy ze sobą łazik. Na tej części planety panowała zima, więc nawet nie moglibyśmy inaczej. W drodze powrotnej łazik się zepsuł. Ponieważ zaczęła się burza śnieżna, nie mogliśmy połączyć się ze statkiem, a zresztą nic by to nie dało. Postanowiliśmy iść dalej pieszo, bo to było jedyne rozsądne rozwiązanie. Jednak płaskowyż był jeszcze daleko, a burza się wzmagała. W końcu tak przybrała na sile, że musieliśmy się schronić pod nawisem skalnym. Temperatura spadła do minus czterdziestu. Płakałam z zimna, nie byłam dostatecznie ciepło ubrana, bo nikt nie przewidział takiej sytuacji. Spock zachował się wspaniale. Objął mnie i przytulił mnie do siebie, och, bez żadnych podtekstów, po to tylko, by dać mi trochę swego ciepła. Pilnował, żebym nie zasnęła, bo już bym się nie obudziła. Zgubiłam rękawice po drodze, on w ogóle nie wziął, więc ogrzewał mi palce swym oddechem. Powiem ci, Andy, że gdy nas znaleźli, prawie żałowałam. Od tego dnia... sam rozumiesz. To nie ma sensu, ale zdziwisz się, gdy powiem, że dobrze mi z tym ciepłym uczuciem dla Spocka.
- Może on zmieni zdanie...?
- Nie, nie zmieni. Pozostanie samotny do końca życia. Nie ożeni się z Ziemianką, bo uważa, że nie wolno mu jeszcze bardziej rozcieńczyćwolkańskiej krwi, a Wolkanka go żadna nie zechce. Mówię ci, to są głupie baby. Wolkanie mają swe zalety, ale ich kobiety to zimne dziwki. Mają facetów za nic, nawet tych z własnej rasy, jeśli tylko nie odpowiadają ich celom.
Lilo westchnęła i dolała sobie kawy. Poczułem, że moja niechęć do pierwszego oficera zmienia się w leciutką zazdrość i bardzo, bardzo niechętny podziw. Jakikolwiek jest ten Spock, na pewno nie jest jednostką przeciętną, a w dodatku można na nim polegać w każdej sytuacji. Trzeba być zawodowym żołnierzem, jak ja, by to docenić.
Wpis nr 20
Niech szlag trafi Enterprise, kapitana, Spocka i całą resztę.
Wpis nr 21
Może lepiej niech nie trafia. Miałem wczoraj fatalny humor i musiałem to jakoś wyładować. Dyżury przy transporcie coraz bardziej mnie nudzą, książki przestały wzbudzać zainteresowanie, nawet dziewczyny mi spowszedniały.
Dr McCoy powiedział, ze to reakcja sytuacyjna i dał mi jakieś proszki. Nie lubię faszerować się lekami, ale to łyknąłem i świat poróżowiał.
- Doktorze, co to za cudo? – spytałem, gdy spotkałem Łapiducha godzinę później.
- Stymulator neuronowy – wyjaśnił mi z życzliwym uśmiechem – Nie zatruwa pacjenta, nie wywołuje uzależnienia, a usuwa stany lękowe i depresyjne.
- W moich czasach zrobiłby furorę. Depresja była nieomalże chorobą społeczną.
- Wiem, uczyłem się o tym. Detylominę zsyntetyzowano niestety dopiero w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Zrewolucjonizowała psychiatrię, ale to łagodny środek. W przypadku chorób psychicznych stosuje się dużo silniejsze, ale równie skuteczne. Dają trwałe wyleczenie.
Zastanawiam się, czy nie zaserwować jednej tabletki Mr Spockowi, powiedzmy w kawie. Może wreszcie straciłby ten wiecznie cierpki wyraz twarzy. A może powinnienem zrobić zrzutkę wśród załogi na uśmiech dla niego? Chętnie by wszyscy dali.
Zaczynam chyba świrować.
Wpis nr 22
Kiedy byłem jeszcze zupełnym szczeniakiem, ledwie odrosłym od ziemi, oglądałem taką mangę „Załoga G” czy coś w tym guście. Przypomniało mi się to teraz, właściwie nie bardzo wiadomo czemu, chyba temu, że własnie wtedy po raz pierwszy zacząłem marzyć o locie w kosmos. Teraz mi się to spełniło. Chociaż chwilowo nie lecimy, tylko stoimy. To nie jest kolejna awaria, tylko coś nas trzyma, może pole siłowe, może jakiś promień trakcyjny o nieustalonym pochodzeniu. Wydaje mi się, że energia, zdolna zatrzymac statek o masie Enterprise, musi być olbrzymia.
- Niekoniecznie – powiedział mi Marvin – Co prawda masa pozostaje bez zmian, ale w próżni waga równa się zeru, więc energia wcale nie musi być taka znów duża. Inaczej nie moglibyśmy ściągać niczego promieniem trakcyjnym, bo generatory by nam nie wyrobiły.
To tłumaczenie trafiło mi do przekonania. Nadal jednak nie wiadomo, co mianowicie nas trzyma. Porucznik Uhura stara się nawiązaćłączność, a że nie wie z kim, to może potrwać. Jeśli chodzi o mnie, to skończyłem właśnie zmianę i idę się przekimać. Niech radzą sobie beze mnie.
Wpis nr 23
Jedyne, co mógłbym teraz napisać, to okrzyk cesarza Kuzco :”Niech żyję ja!” Stałbym się niemożliwie zarozumiały, gdyby nie to, że wiem, jak idiotycznie prosta była cała sprawa.
To było tak: Marvin wysłał mnie na mostek z wiadomością żałobną, że transportery nie działają wskutek blokady z zewnątrz. Wmeldowałem się prawidłowo, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Uhura, Sulu, Czekow i ma się rozumieć kapitan z Mr Spockiem siedzieli stłoczeni przed jednym z ekranów. Co chwila któreś z nich pochylało się do mikrofonu na pulpicie i zadawało jakieś pytanie. Sekundę później z głośnika padała odpowiedź, podawana martwym, zgrzytliwym głosem.
- Co to? Wielka Gra, czy może Jeden z Dziesięciu? – spytałem z ciekawością.
Kapitan spojrzał na mnie błędnym wzrokiem. Wyglądał w tym momencie niczym dziecko dotknięte mongolizmem.
- Niech pan nie przeszkadza, sierżancie – powiedział – Jeśli na znajdziemy właściwego pytania, będzie po nas. Poszycie już trzeszczy.
- Napiera na nas pole siłowe – wyjasnił mi Czekow – Jedyna nadzieja to przegrzać komputer, który nim steruje. Trzeba zadać pytanie, na które nie będzie umiał odpowiedzieć.
- I co, to takie trudne? – zdziwiłem się.
- Komputer wydaje się być wszechwiedzący. Rozwiązał nawet zadanie szachowe, opracowane przez pana Spocka. Brakuje nam już konceptu.
A to ciekawe. Czyżby te cybermądrale wreszcie trafiły na kamień? Z drugiej strony nie było się czego śmiać, bo zewsząd napływały już meldunki o uszkodzeniach. To, co nas zgniatało, było nieubłagane.
- Panie kapitanie, może ja spróbuję? – zaproponowałem. Machnął rękę.
- Proszę, mów pan, co tylko chcesz. – odparł znękanym głosem.
Jak sądzę, moje myśli biegły w tym momencie następującym torem : skoro najtęższe umysły na pokładzie nie zdołały wymyślić odpowiednio skomplikowanego pytania dla tamtego mechanicznego diabła, to może rozwiązanie trzeba wziąć z drugiej mańki? To znaczy, może trzeba zadać pytanie tak kretyńskie, by aż flaki się od niego wywracały? Pochyliłem się nad mikrofonem.
- Mogę pytać? – rzuciłem.
- Pytaj.- padła martwa odpowiedź.
- Było w domu coś i nic. Coś wyszło drzwiami, a nic wyszło oknem. Co zostało w domu? – wyrecytowałem.
Kątem oka pochwyciłem wyraz dzikiego osłupienia na twarzy wszystkich obecnych. Na pewno nie znali tej zagadki, bo zresztą skąd? Przez chwilę w eterze panowała cisza, potem rozległy się jakieś trzaski i nagle rzuciło nami tak, że poleciałem aż miło i huknąłem plecami o pulpit sterowniczy. Sulu odepchnął mnie i zaczął gorączkowo manewrować przełącznikami.
- Lecimy, panie kapitanie! – zawołał – Puściło nas!
Nafuczyłem się samozadowoleniem, ale zaraz mi przeszło, gdyż Mr Spock chwycił mnie za ramię, a facet ma ręce niczym stalowe cęgi. Wrzasnąłem mimo woli.
- Jakie jest rozwiązanie? – spytał nieomal z groźbą w głosie.
- „I”, oficerze Spock! Została litera „i”.
- Fascynujące...Przecież to bez sensu!
- Czy wszystko musi mieć sens? Ważne, że rozwiązanie istniało, a ten metalowy kretyn go nie znał, choć za moich czasów na to pytanie odpowiedziałby każdy przedszkolak. Niech pan puści!
Puścił mnie, ale nadal nie był przekonany. Co miałem mu tłumaczyć? Że mam młodszą siostrę, która zamęczała mnie podobnymi pytaniami, odkąd nauczyła się mówić? Że po prostu chciałem zrobić cokolwiek?
Wpis nr 24
Jakoś jednak głupio to wyszło. Na wszystkich pokładach teraz mówią, że gdzie zawiedzie mędrzec, tam przydaje się głupek. Ludzie nazywają mnie non plus ultra, cokolwiek to znaczy. Nie uczyłem się łaciny. Chichoczą po kątach, że najmądrzejsi z czałej załogi cztery godziny dyskutowali z obcym komputerem i nic, a przyszedł mechanik z hali transportu, zapóźniony w rozwoju o ponad trzysta lat, zadał dziecięcą zagadkę i rozwalił tamtemu obwody.
Naprawiamy uszkodzenia poszycia i amortyzatorów. Wszyscy mechanicy, niezależnie od aktualnego przydziału, zostali zagonieni do tej roboty. Trzeba naprawiać od zewnątrz i od wewnątrz. Ja tylko od środka – nie wolno mi wychodzić w próżnię i zresztą wcale się do tego nie palę. Poza tym i tu jest co robić. Po zakończeniu zmiany rąk nie czuję.
Wpis nr 25
Lecimy z ładunkiem sprzętu naukowego dla laboratorium na jednym z księżyców Kaliopy – gazowej planety w rodzaju naszego Jowisza. Jej księżyce są bardzo ciekawe, raj dla naukowców. Fauna, flora, złoża rzadkich minerałów, jest w czym wybierać. Mamy dostarczyć wyposażenie naukowe i obronne – nie jest tam zbyt bezpiecznie.
Naszym oficerem naukowym jest Mr Spock. To dobrze, że ten cudak jest naukowcem, a nie zwykłym trepem, jak nie przymierzając ja – powinien zatem zrozumieć, że dogryzanie mu na każdym kroku to nie moja fanaberia, a rodzaj eksperymentu, ile też wytrzyma, zanim lunie mnie w pysk.
Wpis nr 26
Piszę te słowa w pokładowym karcerze, gdzie siedzę do spółki z Mr Spockiem. Ja zająłem kąt przy lampie i piszę, on siedzi przy drzwiach i medytuje. Od czasu do czasu rzuca mi spojrzenia pełne wcale niewolkańskich emocji.
- Gratuluję panu, Andy - powiedział dr McCoy, opatrując mi pokancerowaną gębę - Prawdopodobnie jest pan pierwszym i zapewne ostatnim człowiekiem, który do tego stopnia wyprowadził Spocka z równowagi. Trafi pan do kroniki pokładowej.
Na razie trafiłem do aresztu. Scotty miał rację, nie powinienem porywać się z motyką na słońce, a konkretnie z pięściami na Wolkanina. Facet ma ponad dwa metry, siłę żubra i wiedzę mnicha Shaolin, jeśli chodzi o punkty witalne. Spuścił mi takie bęcki, że wyglądam jak Gołota po walce z Tysonem, a trwało to może dziesięć sekund. Potem nadszedł kapitan z ochroną, która nas rozdzieliła i dostaliśmy solidarnie trzy dni aresztu. Razem, żebyśmy mieli szansę obgadać to i owo.
A poszło o Christie, tę blondynkę z ambulatorium. Cholernie mi się podoba, jej podoba się Spock (mój Boże, czemu?), a on wogóle na nią nie patrzy. Wkurzyłem się i powiedziałem mu dwa, trzy słowa o kimś, kto nie wie, co się robi z kobietą. Może nawet by się nie wściekł, ale się zagalopowałem i wyraziłem żal, że jego ojciec nie miał podobnych zahamowań, bo i Spocka nie byłoby na świecie. I, co tu ukrywać, wjechałem mu trochę na mamusię. Że niby nie uświadomiła synka w porę, a teraz jest już za późno.W tym momencie nasz Pierwszy rzucił mi mordercze spojrzenie, a do tego spojrzenia dodał takie trzaśnięcie w zęby, że nie zapomnę tego do dnia Sądu Ostatecznego. W następnej chwili leżałem pod ścianą, a sekundę później tarzaliśmy się po korytarzu, usiłując poprzegryzać sobie gardła. Ha! Mr Spock jest Wolkaninem, ale ja, nim wstąpiłem do lotnictwa, byłem trzy lata w Czarnych Beretach. Bez komentarza.
Nie mogę spać. Co chwila budzę się z bólu. Spock siedzi w tej samej pozycji od kilku godzin - może postanowił uschnąć na pomnik, by zaoszczędzić sobie kosztów utrzymania?
Wpis nr 27
Trochę ochłonąłem i postanowiłem pogodzić się z Pierwszym. W gruncie rzeczy zacząłem lubić tego dziwaka i wolałbym, żeby nie był do mnie wrogo usposobiony. Przeholowałem, to też fakt. Ale jak przeprosićWolkanina, by się znowu nie obraził? Wreszcie stanąłem przed nim w postawie zasadniczej.
- Komandorze Spock, proszę o wybaczenie. Moje zachowanie było niedopuszczalne i nic mnie nie usprawiedliwia. - powiedziałem jak najbardziej oficjalnym tonem.
Spock niespiesznie dźwignął się z podłogi, przybrał godną pozycję i odpowiedział :
- Ja również jestem winien. Okazałem niewybaczalny brak opanowania i emocje, które nie przystoją oficerowi Floty i Wolkaninowi. Winni jestesmy obaj.
- Ja bardziej, bo jestem nizszy stopniem, sir. Okazałem nie tylko brak wychowania, ale i brak szacunku dla oficera.- recytowałem, usiłując przy tym wyczytać coś z kamiennej twarzy stworu naprzeciwko.
- Emocje i nieracjonalne zachowania są właściwe dla pana rasy, panie Andy - odpowiedział ozięble - Powinien pan nauczyć sie, jak nad nimi panować. Incydent uważam za wyczerpany.
Skinął mi sztywno głową i ponownie usiadł pod ścianą, stykając dłonie palcami. Właśnie w tej pozycji medytuje. Może i ja powinienem? Rzeczywiście bywam cholernie impulsywny, ale trzeba otwarcie przyznać, że u nas w Polsce taki Spock to by życia nie miał. To nie człowiek, to maszyna! Czemu więc jest tak, że trudno go nie lubić?
Wpis nr 28
Ledwie wyszedłem z aresztu, udałem się do kapitana Kirka. Wiedziałem, że muszę to zrobić, choć nie miałem wiekszej ochoty. Jednak lepiej było zmusić się do tego.
- Panie kapitanie, melduję, ze winny bójki na korytarzu byłem tylko ja - zameldowałem, ledwie stanąłem przed marsowym obliczem dowódcy - Oficer Spock został przeze mnie sprowokowany i nie ponosi za nic odpowiedzialności.
Kapitan zmierzył mnie szczególnym spojrzeniem, potem uśmiechnął się nieoczekiwanie.
- Powiedz pan, Andy, czy wszyscy Polacy byli tak impulsywni? - spytał.
- Większość, panie kapitanie. Nerwowi jesteśmy, bo jak raz między Niemcami a Rosją. Jak nie jedni, to drudzy wtranżalali się nam z butami do kraju, to i mamy to w genach. Ale obiecuje poprawę, panie kapitanie.
Kirk parsknął śmiechem, wyraźnie ułagodzony i poklepał mnie po ramieniu.
- W porządku. Widzę, że zmądrzał pan i wierzę, że będzie się pan pilnował na przyszłość - powiedział - Odmaszerować, sierżancie.
Ten kapitan to równy gość. Inna rzecz, że do każdej polskiej załogi byłby zbyt miękki, ale kto wie, może jak wszyscy na Ziemi zmienili się na lepsze, to i my, Polacy, staliśmy się inni?
Eee, to niemożliwe. Polak zostanie Polakiem do końca świata.
Wpis nr 29
Cały dzień spędziłem przy konserwacji teleportatora. Okazało się, że gdy ja siedziałem, moja robota leżała odłogiem, więc nie dość, że musiałem wszystko przejrzeć, to jeszcze opisać każdą konserwowaną część. "Mój" teleportator miał lśnić przed wieczorną inspekcją i udało mi się to osiągnąć, ale rąk nie czuję. Za to mogę być dumny - pozostałe wypadły gorzej podczas przeglądu. Mam wrażenie, że koledzy z ekipy boczą się trochę na mnie za tę historię ze Spockiem. Zresztą, czy określenie "moi koledzy" pasuje? Wciąż jestem tu obcy, przybłęda z zamierzchłych czasów. Inaczej myślę i mam inne doświadczenia niż oni. Dotąd miałem jednak wrażenie, że raczej mnie lubią.
Wpis nr 30
Nie boczą się, tylko mają zmartwienie, podobnie jak cała załoga. Nawaliła aparatura stabilizująca skład powietrza i tylko patrzeć, jak zaczniemy się dusić. Specjaliści pracują na trzy zmiany, usilując zlokalizować miejsce uszkodzenia, nim ilość tlenu spadnie poniżej dopuszczalnego poziomu. Nie wiem, jak inni, ale ja w tej sytuacji mam straszną ochotę na dobrego papierosa. Na tym złomie nie ma nawet słomy, żeby sobie coś skręcić, materace są z jakiejś pianki.
Właściwie nie bardzo rozumiem, czemu się nie boję. Może manto, jakie mi spuścił Pierwszy, uszkodziło mi mózg - swoją drogą, jak teraz o tym myślę, to potraktowano mnie jednak cholernie łagodnie. Powinienem conajmniej miesiąc tyrać przy najgorszej robocie za podniesienie ręki na oficera - choć prawdę mówiąc, on mnie grzmotnął pierwszy, ale wojsko to wojsko i mnie to nie usprawiedliwia. Czegoś tu nie rozumiem. Oczywiście nie mogę pójść do kapitana i spytać z bolesnym uśmiechem, czemu własciwie nie urwano mi głowy (lub przynajmniej czegoś innego), ale im dłużej o tym myślę, tym dziwniej się czuję. Może własnie dlatego zupełnie nie mam ochoty się bać. Zupełnie.
Wpis nr 31
Wszyscy są rozstrojeni. Dziś rano zastałem Lilo, jak wypłakiwała się Mr Spockowi w kamizelkę, tj, właściwie w dres. Głaskał ją po głowie i mówił coś przyciszonym głosem. Godzinę później zastałem go z Christie, w identycznej sytuacji.Co one wszystkie w nim widzą? Zgoda, budzi niezrozumiałą sympatię, zgoda, uratował Lilo w śnieżycy, ale równie dobrze możnaby żądać czułości od pomnika Szopena z warszawskich Łazienek! Jego opanowanie budzi wszelako podziw. Ludzie histeryzują lub warczą na siebie, reszta dowództwa wygląda jak przepuszczona przez sejmową maszynkę do głosowania, jedynie Mr Spock zachowuje się, jakby nigdy nic.
Jego postawa, trzeba przyznać, wpływa dodatnio na morale załogi.
Wpis nr 32
Proste. Wolkanie mają większą odporność i znacznie wyższą tolerancję na rozrzedzone powietrze. Spock przeżyje nas wszystkich. Nie zazdroszczę, skąd - podróż kilka dni statkiem pełnym trupów, nim sam się udusi, na pewno nie będzie szczytem rozrywki nawet dla niego.
Oddycha się dość ciężko, nawet mnie, który jestem przyzwyczajony do zatrutego powietrza mojego czasu. Inni czują się pewnie jeszcze gorzej. Obecnie powietrze na Ziemi jest czyste i klarowne, zawiera też wyższy procent tlenu niż za moich czasów. Wogóle jest tam ponoć teraz dośćładnie. To czemu wcale się nie palę, by to zobaczyć?
- Przecież jest pan Ziemianinem, powinien pan mieć ochotę na odwiedzenie ojczystej planety. - powiedział Spock, gdy przy nim wyraziłem się na ten temat.
- Jestem Polakiem, panie komandorze - odpowiedziałem mu z naciskiem - Wie pan, co to znaczy? Jestem Ziemianinem z osobnej planety. Jeśli chciałbym odwiedzić, to tylko swój kraj, bo to on jest moją planetą.
Mr Spock zamilkł, zmierzył mnie jakimś osobliwym spojrzeniem, a potem nagle odwrócił się na pięcie i odszedł. O co mu chodzi? Chyba się, na miłość bosską, znowu nie obraził? Tym razem nie powiedziałem przeciez nic na jego temat!
Nie. To wyglądało tak, jakby bał się, że wyrwie mu się coś, czego nie powinien mówić. Co jest?
Wpis nr 33
Technicy naprawili uszkodzony układ, ale działa na ledwie-ledwie. Wiemy już, co się stało: jesteśmy na orbicie planety, z której emanuje jakaś przechwytująca energia. Nie kumam jeszcze tych energetycznych spraw - nie mam na przykład pojęcia, co to warp, który stanowi napęd Enterprise, ale mniejsza o to. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, by mieć się dobrze.
Po południu kapitan zwołał naradę. Powiedział tak:
- Planeta Lendo 56 jest wysoce niebezpieczna. Kiedyś władała nią dobrze rozwinięta rasa, która wyginęła w nieodgadnionych okolicznościach, zostawiła jednak aparaturę, która niszczy statki, będące w pobliżu. Trzeba ją odnaleźć i wyłączyć, jednak teraz nikt tego nie zrobi. Aż do zakończenia analiz, umożliwiających stworzenie układu bezpieczeństwa, stanowczo zabraniam przenoszenia się na powierzchnię. Proszę wrócić do zajęć.
- A jeśli planeta będzie szybsza? - spytał stojący koło mnie chłopak z ochrony.
- Taka możliwość istnieje - przyznał kapitan - I musimy być na nią przygotowani. Jednak bądźmy dobrej myśli. Rozejść się.
Z kim miałbym się rozejść? Jestem szczęśliwie nieżonaty.
Wpis nr 34
Wraz z poprawą komfortu oddychania wszyscy odzyskali apetyt, ja też. Ale to, czym tu karmią...
- Ranyjulek, oddałbym duszę diabłu za krwisty befsztyk lub sztukamięs z sosem chrzanowym! - zawołałem mimo woli na widok zawartości swej tacy.
Siedząca niedaleko mnie Christie lekko zzieleniała, reszta współbiesiadników spojrzała na mnie ze zgrozą.
- Sierżancie, mógłby się pan tak nie afiszować ze swymi barbarzyńskimi gustami? - spytał chłodno Mr Spock, podnosząc oczy znad swego talerza.
- No cóż, ja jestem barbarzyńcą, ale dobrze, że każdy Wolkanin to ho,ho! jaki cywilizowany. - odparłem ze złością. Wiadomo, Polak głodny to zły.
- Czy to się panu nie podoba?
- Ja wiem? Chyba nawet bardzo mi się podoba. Kocham wprost takich, co się wynoszą nad otoczenie, niezależnie od tego, czy mają powód. - oznajmiłem, zanurzając widelec w czymś, co wyglądało jak kartofle, wymieszane ze szpinakiem - naturalnie ani kartofle, ani szpinak.
- Rozumiem pana frustrację - oznajmił Pierwszy spokojnie, nie zauważając chyba, że cała stołówka ucichła, wsłuchując się w zainteresowaniem w naszą przepychankę - Ale prawa natury są nieubłagane i jedne rasy faworyzują, a inne nie.
- A co niby wskazuje na to, że natura uważa Wolkanów za lepszą rasę niż ludzi? - spytałem, patrząc mu bezczelnie w oczy.
- Chociażby to, że wy żyjecie krócej niż mieszkańcy Vulcana. - odpowiedział mi trochę niewyraźnie, bo właśnie próbował przełknąć coś, w czym wcale nie gustuje (wolkańska kuchnia różni się od ziemskiej, i to dość poważnie).
- I co z tego? Ale za to bzykamy się znacznie dłużej. - odparowałem, nim zdążyłem ugryźć się w język.
Efekt tych słów przeszedł moje oczekiwania. Spock zakrztusił się obiadową breją, a w stołówce wybuchło istne tornado śmiechu. Być może ludzie potrzebowali odreagowania po dniach pełnych grozy i dlatego tak zareagowali, ale niezależnie od przyczyny wszyscy dosłownie wyli. Pan komandor przybrał minę obrażonej godności i wyszedł, nie kończąc obiadu (co akurat trudno mieć mu za złe).
Nie wiem, z tego powodu czy nie, ale dostałem dyżur poza kolejnością. Siedzę w hali transportu, ziewam i marzę o dużym piwie z chipsami na zakąskę. Nie mają tu niczego takiego, a na to świństwo z kantyny kicham, musiałbym wypić cały kanister, żeby uzbierać choć jedną setkę we krwi.
I tak nikt tu dziś nie przyjdzie. Przyniosę sobie coś do czytania, najlepiej tę książkę o historii Federacji, którą poleciła mi Lilo.
Wpis nr 35
Piszę te słowa załamany, choć z natury nie jestem skłonny do takich stanów. Stało się coś okropnego i ten wpis będzie chyba ostatni. Dobrze, że notes i długopis miałem przy sobie, w kieszeni tego pedalskiego dresu, który każą mi tu nosić.
Kiedy wróciłem z kabiny. Mr Spock majstrował akurat przy konsoli transportera. Nim zdążyłem coś powiedzieć, ruszył w stronę podium.
- Oficerze Spock, nie wolno, rozkazy! - krzyknąłem, a że nie zareagował, skoczyłem, by go powstrzymać.
Promień teletransportu uderzył w nas obu i nim zdążyłem zrozumieć, co się dzieje, leżałem na kamieniach i na pewno miałem idiotyczną minę.
- Postąpił pan bardzo nierozważnie - powiedział gniewnie Spock - Przeciążył pan transporter, dane zostały utracone i teraz nikt nie wie, gdzie jesteśmy.
- A powinien ktoś wiedzieć? Złamał pan rozkaz kapitana. - jęknąłem, wstając i rozcierając sobie poszkodowane pośladki.
Spock nabrał tchu, opanowując się siłą. Był nienormalnie wzburzony jak na Wolkanina i chyba nie ja byłem przyczyną, ale wolałem nie drążyć tematu.
- Nie możemy czekać - rzekł - Emitowana moc zniszczy Enterprise, nim dział naukowy wyprodukuje coś sensownego. Jedyny logiczny wniosek to znaleźć aparaturę i ją unieszkodliwić. Udało mi się określić prawdopodobny obszar, na którego terenie znajduje się maszyna, postanowiłem więc przesłać się na powierzchnię i zrobić to, co trzeba. Jeśli potem kapitan postawi mnie przed sądem polowym, to może pan byćświadkiem oskarżenia, proszę bardzo.
- Co pan, oficerze Spock? Ma mnie pan za kapusia? - obraziłem się, zresztą bardzo nieracjonalnie, bo gdyby przyszło co do czego, to pod przysięgą musiałbym wyznać prawdę i moje osobiste przekonania nic by mi nie pomogły.
- Ludzie są nielogiczni. - wypowiedział się Spock bardzo oryginalnie i zaczął się rozglądać. Ja zresztą też.
Ta planeta jest paskudna. Nie można nazwać tego inaczej. Owszem, ma tlen i wodę, ale jej roślinność jest koloru psich wymiocin, a powietrze śmierdzi zgniłymi kartoflami. Stały grunt w każdej chwili może się urwać pod nogami, ruchome piaski są na każdym kroku, a niepokojące porykiwania wyraźnie pokazują, że coś tu jest, i to coś mało przyjaznego. Z wielkim trudem znaleźliśmy jaskinię w górskim zboczu, w pobliżu mętnego strumienia, jako tako nadającą się na prowizoryczne schronienie.
- Pan tu zostanie - powiedział kategorycznie Mr Spock - To rozkaz. Wiem, gdzie szukać aparatu, więc pójdę tam. Ma pan czekać na mój powrót. Oto fazer. Nastawiłem go na ogłuszanie, na wszelki wypadek. Niech pan go weźmie. Gdyby zjawiło się jakieś zwierzę, niech pan się broni. Odczyty wskazują na obecność mutantów.
- A pan czym się będzie bronił? - spytałem.
- Dam sobie radę. - zapewnił mnie z pogardliwym skrzywieniem ust, po czym poszedł sobie, zostawiając mnie jak głupiego. Słońce zaraz zajdzie, coś piszczy i chrząka niedaleko, jaskinia jest wilgotna, zapleśniała i czuję się jak ostatni idiota. Zresztą chyba słusznie. Boję się, że Spock nie wróci, zginie, a ja będę następny. To bardzo prawdopodobne.
Wpis nr 36
Mr Spock wrócił, ale bez dobrych nowin. Nie znalazł aparatury, za to rozdarł mundurowy dres i poharatał sobie rękę o jakieś kolce.
- Dostanie pan zakażenia. Nie mamy apteczki. - powiedziałem, robiąc sobie w duchu uwagę, że zielona krew wygląda jednak obrzydliwie.
- Wolkanie są odporni - odparł - Noc spędzimy tutaj, rano dalej będę szukał. Aha, wodę można pić, sprawdziłem trykoderem. Niesmaczna, ale to chyba bez znaczenia.
- Po prostu cudnie. - mruknąłem. Sądząc po zapachu powietrza, woda musiała być wręcz paskudna, ale zanosiło się na to, że będę jej musiał spróbować, jeśli nie chcę umrzeć z pragnienia.
Rano przeżyłem szok. Nie wiem, o jakie kolce Spock się pokaleczył, ale leży bez przytomności, z gorączką chyba ze dwieście stopni. Przecenił swą wolkańską odporność, a może rośliny tej planety są jeszcze jadowitsze, niż sądzono. Jeśli umrze, to leżę i kwiczę. Sam nie dam sobie rady, a komunikatory nie działają. Nie mogę połączyć się z Enterprise. Nie znam wolkańskiej fizjologii i nie jestem lekarzem, ani nawet pielęgniarką. Mimo to wiem, że Mr Spock jest bardzo chory, na to nie trzeba być geniuszem. Jestem zdany tylko na siebie, na obcej, wrogiej planecie. Co za absurd!
Królestwo! Moje królestwo za paczkę polopiryny! Na razie zrobiłem Pierwszemu zimny okład na czoło i rękę, bo i co jeszcze mogłem zrobić?
Wpis nr 37
Powoli zaczynam dostawaćświra. Boję się nawet przelatujących owadów. Cały dzień siedziałem przy Spocku, w nocy nie spałem, oczadziałem od wszechobecnego smrodu, a od wody ze strumienia zbiera mi się na mdłości. To czy kocie szczyny, co za różnica?
Słyszę głos Spocka z głębi jaskini. Majaczy coś o jakimś Kahs-Wan. W nocy wołał matkę, nie jest więc taki całkiem z kamienia. To, co go powaliło, musi być silne. Nie mam co robić, zająłem się więc komunikatorem. Wykombinowałem sobie, że gdyby przeciągnąć drut od antenki gdzies wysoko, mógłbym złapać zasięg, ale skąd wziąć ten drut? Jest jeszcze jedno rozwiązanie - gdybym wspiął się na szczyt góry, skutek byłby pewnie ten sam, nie chcę jednak zostawiać Spocka, nieprzytomnego i bezbronnego w tym nieprzyjaznym otoczeniu. Widziałem z daleka coś w rodzaju jaszczura skrzyżowanego z pająkiem. Nie wiem, jak ustawić fazer na zabijanie, a czuję, że podobnych potworków jest tu więcej. To gorsze niż Afganistan i Irak do kupy.
Jednak pójdę na szczyt. to nasza jedyna szansa. Muszę tylko nazbierać trochę drewna i rozpalić ognisko przed jaskinią, to nic nie wejdzie do środka. A ja może nie wpakuję się tak jak on.
- Słuchaj no, uszasta pokrako - powiedziałem, zmieniając mu okład - Sprawdzę jeszcze raz komunikatory i pójdę szukać zasięgu, jeśli tu go nie złapię. Przysięgam ci, że wrócę, nawet jeśli coś mnie tu zagryzie. Nawet z piekła po ciebie wrócę, bo choć jesteś antypatycznym, drętwym służbistą, to jesteś też moim kolegą. Niestety.
Właściwie dobrze, że tego nie słyszy. Od podobnych nonsensów mogłyby mu się przegrzać wolkańskie obwody.
Wpis nr 38
Obejrzałem jeszcze raz komunikator i puknąłem się w główkę. Rozwiązanie było idiotycznie proste i narzucało się samo - musiałem połączyć oba nasze aparaty. Na podwójnym wzmocnieniu udało mi się wreszcie złapaćłączność z Enterprise, i to bez szwendania się po górach.
- Poruczniku Uhura, tu sierżant Krzeński - powiedziałem - Andy, rozumie pani? Niech mi pani da na łącze kapitana i doktora.
- Tu James Kirk - zabrzmiał zagniewany, wytęskniony głos "pierwszego po Bogu" - Gdzie pan jest? Czy komandor Spock jest z panem?
- A jakże, jest, przynajmniej ciałem, bo duchem buja po niezbadanych rejonach - odparłem - Pokaleczył się o tutejsze jeżyny czy coś takiego i dostał gorączki.
- Tu McCoy - włączył się lekarz - Bardzo z nim źle?
- Nie wiem, czy bardzo, ale na jego czole można by usmażyć jajecznicę z tuzina strusich jaj. Możecie nas ściągnąć?
- Niestety, nie. Tracimy energię - powiedział kapitan - Robimy, co w naszej mocy, jednak na razie jesteśmy bezradni. Gdybyście byli na szczycie góry, może wtedy...
- No nic. Będziemy czekać. - powiedziałem bezradnie, a potem wyłączyłem komunikatory, by oszczędzić baterii. Przynajmniej wiedzą już, gdzie jesteśmy, choć w tej sytuacji to doprawdy niewielka pociecha.
Zmieniłem okład na czole Spocka i zwilżyłem mu usta. W tej chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie prawie przytomnie.
- Niech pan idzie na szczyt, ściągną pana. - rzekł słabo, lecz wyraźnie. Podsłuchiwał, skurczybyk!
- A już, takiego - warknąłem, z trudem opanowując się, by nie pokazać mu, jakiego mianowicie - Nie wiem, jacy są pod tym względem Wolkanie, ale my, Polacy, nie zostawiamy rannych towarzyszy broni na pastwę losu.
- Daję panu rozkaz, sierżancie.
- A ja go nie wykonam. Posterunek żandarmerii jest, jak sądzę, za najbliższym rogiem?
- Ten ludzki brak logiki... - warknął Mr Spock. Najwyraźniej jest mu lepiej, skoro znowu zrzędzi.
- Ja jestem Polak, a Polak jest wariat, a wariat to lepszy gość - zacytowałem Gałczyńskiego - Słuchaj pan, oficerze Spock: straszny z pana nudziarz i sztywniak, ale nie zostawię tu pana tak samo, jak nie zostawiłbym nikogo innego.
- Fascynujące. Niech mi pan wytłumaczy, czemu mamy umrzeć tu obaj, skoro jeden może się uratować?
- Dla towarzystwa już niejeden dał się powiesić. Inaczej mówiąc, razem jakoś raźniej. A zresztą, mam zamiar żyć jeszcze długie lata i chcę móc co rano przy goleniu patrzeć w lustro bez odruchów wymiotnych.
Spock już o nic nie pytał i dotąd milczy.
Wpis nr 39
Kolejna noc w tej ohydnej jaskini. Mimo że pijąc wodę ze strumienia mam ochotę rzucić pawia, konam z głodu. Mr Spock ma się lepiej, choć nadal nie może wstać. Trucizna wciąż jest w jego krwi i robi swoje, ale maszynka w głowie działa. Gdy wróciłem znad strumienia i podałem mu wodę, odezwał się:
- Możemy zrobić tylko jedno, sierżancie. Połączyć się.
Zatkało mnie. Czyżbym był aż tak przystojny?
- No nie, oficerze Spock - powiedziałem, gdy odzyskałem głos - Ja przyznaję, że pana nawet lubię, ale nie do tego stopnia... i zresztą jestem hetero w stu pięćdziesięciu procentach conajmniej.
Przez chwilę chyba nie wiedział, o co mi chodzi.
- Dokonać połączenia umysłów - wyjaśnił mi wreszcie z cierpliwością wykładowcy szkoły dla debili - Czemu wam, ludziom, wszystko kojarzy się z seksem? Dzięki temu będzie pan mógł znaleźć aparaturę i wyłączyć ją, nim emitowana energia zniszczy do reszty awionikę Enterprise. Sam pan niczego nie dokona, a ja nie mogę się podnieść.
To już było bardziej zrozumiałe. Przypomniałem sobie ustęp z monografii, który mówił o wolkańskim łączeniu jaźni, ale sam pomysł, przyznam, wcale mi się nie spodobał.
- Jeśli pan uważa, że w ten sposób znajdę maszynę... - powiedziałem bez entuzjazmu.
- W ten sposób ma pan szansę - podkreślił z naciskiem - To co, jest pan gotów zostać bohaterem?
Przypomniał mi się serial "MASH" i nie mogłem sobie odmówić uraczenia tego spiczastouchego stoika pewną maksymą.
- Wie pan, panie Spock, co to bohater? W dziewięciu przypadkach na dziesięć to ktoś, kto jest zziębnięty, głodny, zmęczony i jest mu już wszystko jedno. Mnie też już wszystko jedno. Bylebym nie musiał pić tych ścieków, które nazwał pan wodą, gotów jestem na wszystko.
- Proszę się pochylić. - nakazał mi.
Dotknął palcami mej twarzy, a ja poczułem coś dziwnego, jakbym nagle uległ atakowi schizofrenii.
- Proszę iść. Będę panem kierował. Niech pan da mi fazer, nastawię go na zabijanie i w razie, gdy znajdzie pan aparat, proszę go po prostu zniszczyć. - powiedział oschle, nie dodając żadnego życzenia w rodzaju "Złam pan rękę i nogę", czego podświadomie oczekiwałem. Jednak nie jest to człowiek.
Idę. Jeśli nie przeżyję, to może Enterprise i tak sobie poradzi i ktoś jednak znajdzie moje zapiski. Na wszelki wypadek pozdrawiam całą załogę. Całusy dla wszystkich pięknych pań.
Wpis nr 40
Jesteśmy już na statku. Nie przypuszczałem, że aż tak się ucieszę na widok tego blaszanego kibla. Jak do tego doszło? Krótko mówiąc, gdyby nie to, że kierowały mną myśli Spocka, nigdy nie znalazłbym tej cholernej maszyny, ba, nawet nie przeszedłbym dziesięciu metrów! Na każdym kroku czyhała jakaś pułapka, a porośnięte kolcami paskudy były dosłownie wszędzie. Pamiętając o losie Spocka unikałem ich panicznie. Po kamieniach i roślinach łaziły jakieś owady czy skorupiaki, pewnie równie zabójcze jak te kolce, raz też natknąłem się na coś większego, ale na szczęście uciekło na mój widok. Żeby nie wpaść w szczelinę lub piaskową pułapkę musiałem iść gęstym zygzakiem, kilka razy omal nie spadłem z powodu osunięcia się stosów kamieni. Dosłownie upadałem na nos, gdy wreszcie zobaczyłem to, czego szukałem - ogromny kompleks maszynowy, ukryty w zarośniętej pnączami dolinie. Nad wszystkim unosił ledwie słyszalny pobrzęk i zapach rozgrzanego metalu. Zgodnie z wytycznymi otworzyłem ogień i waliłem do tej maszynerii, póki starczyło energii w fazerze. Dopiero, gdy zostały z niej szczątki, wróciłem do jaskini, modląc się, by nic mnie nie zaatakowało, bo czym bym się teraz bronił?.
Może wskutek wysiłku, jaki musiał włożyć w kierowanie mną, ale Spock sprawiał wrażenie, jakby był ledwie ciepły. Mojej relacji wysłuchał z przymkniętymi oczami, ciężko oddychając i z trudem utrzymując przytomność. Myślę, że to dlatego udało mi się odrobinę spenetrować jego własne odczucia, które, ma się rozumieć, chronił przede mną. Wyczułem jedno - ogromną, z niczym nieporównywalną samotność - nim Mr Spock przerwał nasze połączenie. Jednak i tego było aż nadto.
- Pan jest samotny... - szepnąłem.
Spojrzał na mnie ciężkim wzrokiem, lśniącym od gorączki i może przez to prawie ludzkim.
- Pan też jest - odpowiedział - Nawet pan nie wie, jak bardzo.
Gdyby nie był pod wpływem trucizny, nigdy nie powiedziałby czegoś tak osobistego.
Kilka godzin później ściągnięto nas obu na Enterprise i trafiliśmy do ambulatorium - Mr Spock, ze zrozumiałego powodu, a ja, bo po tylu dniach picia tej zgniłej wachy wreszcie się pochorowałem. Do tej pory co jakieś dwie godziny rzygam dalej, niż widzę, a nudzi mnie przez cały czas, co nie należy do jakichś oszałamiających przyjemności.
Wpis nr 41
Dr McCoy to geniusz. Raz dwa wyleczył nas jakimiś zastrzykami, aplikowanymi sprężonym powietrzem, i ścisłą dietą. Dopiero dziś wolno mi zjeść coś normalnego. Został jeszcze jeden paskudny obowiązek - rozmowa z kapitanem. Owszem, uratowaliśmy Enterprise, ale bohaterstwo bohaterstwem, a dyscyplina musi być. Wojsko to wojsko.
Poszliśmy ze Spockiem na mostek i zameldowaliśmy się kapitanowi. Wyrecytowaliśmy na dwa glosy formułę przyznania się do winy. Wszyscy obecni na mostku słuchali nas z życzliwym uśmiechem, a gdy skończyliśmy, pilot Sulu powiedział :
- Gdyby nie wasza niesubordynacja, nie mielibyscie już kogo przepraszać.
- To nas nie usprawiedliwia.- stwierdził Mr Spock.
- Dobry wojak Szwejk wspominał, że jeden starszy sierżant mawiał do żołnierzy: "Dyscyplina musi być, wy łby gipsowe, bobyście wszyscy jak te małpy po drzewach łazili." - dorzuciłem.
Kapitan najwyraźniej był nam wdzięczny za brawurową akcję, ale mimo to zgodził się ze starszym sierżantem, bo wpisał nam obu pochwałę do akt, a potem kazał wsadzić nas na tydzień do paki.
Pięknie, teraz to dopiero będą nudy. Tydzień w karcerze w towarzystwie Spocka.
Wpis nr 42
Koszmarny areszt dobiegł wreszcie końca. Gapienie się godzinami na medytującego Wolkanina jest naprawdę - w najlepszym razie - kiepską rozrywką.Próbowałem go naśladować, ale okazało się to kompletnie sprzeczne z moim temperamentem.Wylazłem z karceru na ostatnich łapach i polazłem do hali transportu zameldować się szefowi.
- Jesteś wreszcie - zawołał Marvin na mój widok (jesteśmy na ty od kilku miesięcy) - Dokonałeś bohaterskiego czynu, a teraz na odmianę weź się do roboty. Jak tam było?
- Marv, już ty daj mi spokój - poprosiłem - Nie jestem żadnym bohaterem, po prostu starałem się przeżyć. Jeśli ktoś jest tu bohaterem, to raczej Spock, bo to był jego pomysł. I właściwie też jego wykonanie, bo przecież on mną kierował.
- Dokonaliście połączenia umysłów? Jak było?
- Okropnie. Marv, wytłumacz mi coś. Podczas połączenia odczułem, że ten dziwak jest cholernie samotny. Jak ktoś może być samotny na statku z czterystuosobową załogą?
- To ty nic nie wiesz, Andy? Matka Spocka jest Ziemianką, więc całe dzieciństwo i wczesną młodość musiał udowadniać, że jest dwa razy bardziej Wolkaninem niż jego rówieśnicy pełnej krwi. Mimo to nie ma przyjaciół na Vulcanie. Nawet jego kobieta go wystawiła do wiatru. Jedynie na Enterprise są tacy, co uważają się za jego przyjaciół, ale ich przyjaźni Spock nie umie przyjąć tak, jak powinien.
- Biedny stary drań - mruknąłem - Żeby nie był taki drętwy, byłoby mu łatwiej.
- Nie, nie byłoby... Wolkanin musi panować nad emocjami, bo jeśli dopuści je do głosu, umrze. No, dość gadania. Zostajesz na dyżurze, Andy i tym razem nie zrób żadnego głupstwa.
Dał mi identyfikator i wybiegł, podskakując. Mogę się założyć, że leci na randkę z Francine, kancelistką szefa ochrony. Na tym statku romanse spotyka się co krok i trudno, żeby było inaczej. Odnoszę wrażenie, że zasady moralności, do których przywykłem, uważane są teraz za głupie przesądy - to znaczy te z dziedziny, hm, seksu. Małżeństwa istnieją nadal, ale jednorazowy numerek uważany jest za zabieg higieniczny w celu zachowania zdrowia. Jak rany! Nie powiem, całkiem to przyjemne, gdy nikt nie robi z tego kwestii.
Wpis nr 43
Dola bohatera nie jest taka zła. Stałem się popularny wśród załogi, ale ma to swoje minusy. Kapitan każe mi się uczyć bez końca i zdawać dziesiątki egzaminów, bo, jak twierdzi, ten najważniejszy, na członka załogi, zdałem na tej cholernej planecie. Teraz mam się starać, by owej załodze nie przynieść wstydu, bo zanosi się na to, że jednak tu zostanę. Odtworzenie warunków załamania czasoprzestrzennego jest prawie niemożliwe, a liczenie na to, że same się odtworzą... No trudno. To życie też ma swoje plusy. Zeby tak jeszcze można było się od czasu do czasu napić...
Dzisiaj udało mi się wreszcie zrobić sobie trochę wolnego. Całe popołudnie spędziłem w świetlicy, śpiewając z Czekowem rosyjskie piosenki. Nie mamy tu co prawda akordeonu, ale gitara się znalazła, zasuwałem więc na całe gardło:
"Ech, put', darożka frontawaja
Nie straszna nam bambiożka liubaja.
A pomirat' nam ranawato
jest' u nas jeszczo doma dziela."
Oczywiście tego Pawełek nie znał, bo wojenne piosenki odeszły do lamusa razem z wojnami na Ziemi, ale podobało się i jemu, i innym, bo przyklaskiwali mi do taktu. Świetna zabawa.
Jedno mnie tylko niepokoi. Kapitan wygląda tak, jakby coś przede mną ukrywał.
Wpis nr 44
Dziś rano przyjęliśmy na pokład ambasadorów z Delty. Dwóch facetów i niczego sobie kobitka. wszyscy bardziej łysi niż Jerzy Urban. Na tej planecie populacja nie ma włosów. Lecimy do układu Reni na rokowania pokojowe. Niestety, nie wszystko tu jest takie cukierkowe, jak mi się wydawało i czasem różne planety, a nawet całe układy słoneczne, biorą się za łby. Napęd warp umożliwia im docieranie do wroga w rekordowo krótkim czasie, jak widać technika też ma swoją mroczną stronę. No faktycznie, jak Ameryka i Japonia nie mogły sie dosięgnąć, to nikt nie słyszał ani o Pearl Harbor, ani o Hiroshimie. A gdy już technika poszła naprzód, mieliśmy i jedno i drugie. Co sprawdziło się w skali mikro, to sprawdza się i w skali makro.
Ktoś nas chyba śledzi. Porucznik Uhura wychwytuje jakieś odbite sygnały o nieustalonym pochodzeniu, co bardzo niepokoi kapitana. Czekow, jeden z pilotów, szczery ruskij czieławiek, twierdzi, że to może być statek Klingonów.
- Jakich znowu Klingonów? - pytam jak baran.
- To bardzo wojownicza rasa. Imperium Klingońskie jest w stanie kruchego rozejmu z Federacją planet - wytłumaczył mi - Lepiej nie wpaść im w ręce, bo więźniów traktują po barbarzyńsku.
Aj! Może dojść do bitwy. Jak to dobrze, że jestem żołnierzem.
Wpis nr 45
Jednak to Klingoni. Niewiele możemy zrobić, bo nie atakują, śledzą nas tylko i nie odpowiadają na próby wywołania. Nie rozumiem, co mają ci Klingoni do waśni między Deltą i Reni - oba układy leżą poza strefą wpływów Imperium, ale widać ci faceci lubią wsadzać nos w nie swoje sprawy. Zupełnie jak kiedyś Ruskie i Amerykańcy. Teraz podobno się zmienili na lepsze. Muszę pójść do biblioteki i pogrzebać w archiwum komputerowym. Przeczytam parę gazet, to może wytworzę sobie jasniejszy pogląd na to, co dzieje się teraz na Ziemi. Poczekam z tym jednak do zakończenia misji, bo teraz, przy stanie podwyższonej gotowości, nie będę zakopywał się w papierach, nawet wirtualnych.
Z okazji bliskiego zagrożenia wydano mi wreszcie z magazynu fazer. Pokładowy zbrojmistrz przepytał mnie surowo z zasad obchodzenia się z tym wynalazkiem i dał błogosławieństwo na drogę.Brzmiało mniej więcej tak:
- Obyś nigdy nie musiał go użyć, synu.
Cóż, mnie też nie uśmiecha się myśl o walce na pokładzie, gdy na zewnątrz mamy kosmiczną próżnię i absolutne zero. O ile samoloty z dekompresją kiepsko latają, o tyle tutaj dekompresja oznaczałaby śmiertelne niebezpieczeństwo dla całej cholernej załogi.
Uzbrojony poczułem się jakiś ważniejszy i, co tu dużo gadać, bezpieczniejszy, bo choć ludzie gadają tak czy siak, zawsze lepiej mieć gnata. Poszedłem do stołówki, gdzie zjadłem jakąś dziwaczną potrawę, popiłem kawą i wysłuchałem porcji najnowszysch plotek. Kelly Yakamoto, lokalna piękność z ósmego pokładu, chodzi z Mickeyem Jonson z piątego. Mr Spock znowu przegrał z kapitanem w trójpoziomowe szachy (dla mnie nawet zwykłe szachy to czarna magia). W maszynowni ktoś pomylił fazy, w związku z czym przez pół nocy szliśmy wstecznym ciągiem i dopiero pan Sulu to zauważył, gdy przyszedł na zmianę. Ambasadorzy skarżą się na wibracje - ich rasa podobno jest wyjątkowo czuła. I tak dalej. W stołówce plotkuje się na potęgę, a kapitan i starsi oficerowie udają, że o niczym nie wiedzą.
Wpis nr 46
Jesteśmy dzień drogi od układu Reni. Idziemy impulsową, bo warp wysiadł. Czemu, diabli wiedzą. Główny mechanik Scotty zaklina się ze łzami w oczach, że wszystko jest w całkowitym porządku, tyle tylko, że nie działa. Wszystko gra, od kryształów dylitu do ostatnich przełączników, ale układ jest martwy, mimo ponawianych prób. Jeśli Klingoni teraz nas zaatakują, będziemy mieli się z pyszna, bo bez warpu nie uruchomimy armatek fazerowych ani osłon. Co ciekawe, nie działa tez intercom, choc on warpu nie potrzebuje.
Nie wiadomo, co jest z tym warpem. Naprawdę trudno dopuścić inną możliwość jak sabotaż. Mr Spock, nie wyjawiając swych poglądów w tej mierze, wysłał zdenerwowanego Scotta na odpoczynek, a sam zaczął sprawdzać układ napędu od deski do deski. Siedzi wśród plątaniny przewodów i nie odzywa się do nikogo, co akurat nie jest jakąś szokującą nowością. Tylko raz otworzył usta, kiedy zajrzałem zobaczyć, jak mu leci.
- Sierżancie, niech pan pójdzie na mostek i zamelduje kapitanowi, że miał rację. - powiedział.
- Rozkaz. - odparłem, zastanawiając sie jednocześnie, w jakiej sprawie James T. Kirk miał tym razem rację (jak wiadomo, przełożony zawsze ją ma).
Kapitan odebrał moją wiadomość z wyraźnym niepokojem.
- To niedobrze - powiedział z namysłem - Niech pan wraca do Spocka i powie mu, żeby kończył robotę. Odebraliśmy fragment przekazu ze statku Klingonów. Lada chwila zaatakują.
Poleciałem do maszynowni i wsadziłem dyńkę w drzwi.
- Oficerze Spock, kapitan mówi, żeby kończył pan tę rozkosz - zameldowałem - Tylko patrzeć, jak Klingoni dadzą nam w kuchnię.
- W co?
- W kuchnię, melduję posłusznie. W dupę, znaczy się.
Spock potrząsnął głową beznadziejnie.
- Nigdy nie rozumiałem ziemskich przenośni, ale pana żargon to już kompletny bełkot - oświadczył surowo - Niech pan przekaże kapitanowi, że za dziesięć minut kończę.
Najmowałem się tu na gońca? Nic nie pamiętam.
Ciekawe, czy naprawdę dojdzie do tego ataku?
Wpis nr 47
Pewnie, że doszło. Ledwie opuściłem maszynownię, gdy dostaliśmy taką bombę w prawą burtę, że ciepnęło mną o najbliższą ścianę. Rąbnąłem ciemieniem o kant jakiejś framugi, aż zobaczyłem wszystkie gwiazdy. Wokół rozwył się alarm, w mgnieniu oka zaroiło się od uzbrojonych ludzi. Ktoś poderwał mnie szarpnięciem za ramię, ryknął mi w samo ucho, że nie czas na odpoczynek i pociągnął za sobą. Razem wpadliśmy na szefa ochrony, który dołączył mnie do oddziału, pilnującego ambasadorów, a mego towarzysza zabrał ze sobą. Ambasadorzy nie panikowali, nawet lasencja, przeciwnie, byli spokojni i zimni jak lód, jednak jeden z nich jakoś mnie zaalarmował. Jego oczy wyraźnie były triumfujące. Myślałem, że mam halucynacje, ale potem przypomniałem sobie, że u niektórych osobników po wolkańskim połączeniu jaźni pozostaje pewna zdolność telepatyczna. odszedłem w bok i połączyłem się przez komunikator z kapitanem.
- Kapitanie, czy Mr Spock potwierdził sabotaż? - spytałem cicho, by nikt nie podsłuchał.
- Panie Andy, nie teraz.
- Chwileczkę, kapitanie. Jeśli odpowiedź brzmi "tak", to chciałbym zauważyć, że jeden z ambasadorów zdaje się być dziwnie zadowolony. Nie podoba mi się ten facet.
Po drugiej stronie zapanowała długa cisza, potem kapitan powiedział :
- Niech pan go dyskretnie obserwuje i na wszelki wypadek nastawi fazer na ogłuszanie. Proszę go nie odstępować, choćby nie wiem co.
- Rozkaz, panie kapitanie
Ustawiłem się tak, żeby móc widzieć inkryminowanego Deltanina, samemu nie rzucając się w oczy. Po chwili mój komunikator zabrzęczał.
- Niech pan słucha uważnie, Andy - mówił kapitan Kirk - Przede wszystkim musi pan chronić ambasador Isterę. To ta dama. Jeśli pana domysły są słuszne, ona jest celem zamachowca. Jednak póki się da, niech pan nie wtajemnicza reszty ochrony w tę sprawę.
- Będę jej strzegł niczym własnych... kasztanów. - obiecałem, nie spuszczając wzroku z kabiny ambasadorów. Wolałbym teraz być co prawda na pozycji strzelniczej, ale rozkaz to rozkaz. Czemu jednak kapitan Kirk zdał ten obowiązek na mnie, najmniej mu znanego czlonka załogi? Dlatego, że, jak mi się wydawało, rozpoznałem sabotażystę? Wyglądało na to, że ufał mi na tyle, by powierzyć mi bezpieczeństwo ważnej persony, a to mile łechtało moją dumę. Obserwowałem Isterę kątem oka, starając się jednocześnie nie tracić z pola widzenia jej niepewnego towarzysza. Wokół słyszałem okrzyki, jakieś komendy, uwagi w kilkunastu chyba językach, statkiem wstrząsały kolejne wybuchy, czasem obrywaliśmy, czasem to my waliliśmy jak w kaczy kuper do tamtych. Zastanawiałem się mimo woli, co będzie, gdy owi Klingoni wtargną na pokład. Nie wiedziałem, jak może wyglądać abordaż w próżni i czułem, że nie bardzo chcę się dowiedzieć. Jestem owszem odważny, ale bez przesady.
Powieki mi się kleją. Reszta jutro.
Wpis nr 48
Na czym skończyłem? Aha, ja na warcie, trwa bitwa. W pewnej chwili uzyskaliśmy przewagę - poznałem to nie tyle po treści rozmów przez intercom, co po zachowaniu mojego podejrzanego. Wyraźnie tracił spokój, tak jakby odbierał sygnały z tamtego statku, jakby miał z nim jakieś połączenie. Może zresztą miał. Gdy wreszcie bitwa zaczęła wyraźnie dogasaać, stało się to, czego obawiał się kapitan. Zareagowałem raczej instynktownie, na sygnał, który w normalnych warunkach na pewno by mi umknął. Nawet nie umiałbym go opisać, ale wywołał we mnie nagły przypływ adrenaliny i rzuciłem się na ambasadora. Ostrze szerokiego noża o włos minęło kark pięknej Istery, natomiast ja dostałem cios kolanem, który pozbawił mnie tchu. Nie puściłem jednak uzbrojonej ręki. Istera i ten drugi Deltanin krzyknęli coś ostro, przez zapomnienie we własnym języku, więc ni cholery nie zrozumiałem, a chłopcy z ochrony ruszyli... na mnie. Byli przekonani, że zwariowałem i przez jedną nerwową sekundę myślałem, ze po mnie, gdy pani Istera ostrym głosem uświadomiła ochronie, co dokładnie zaszło. Dopiero wtedy obezwładnili zamachowca i dopiero wtedy zauważyłem, że krwawię. Nóż ambasadora był tak piekielnie ostry, że w pierwszej chwili nie poczułem rany. Była zresztą powierzchowna.
Dr McCoy zregenerował mi skórę (teraz się już nie szyje) i powiedział parę miłych komplementów. Również Christie, która mu asystowała, obdarzyła mnie ślicznym uśmiechem. Gdy kończyli, wszedł kapitan w towarzystwie pani Istery.
- Spisał się pan, sierżancie - powiedział - Ambasador Yvar wyznał, że był w zmowie z Klingonami, którzy nie chcą pokoju. Jego żona ma matkę Klingonkę. To on podłożył w maszynowni zakłócacz, który znalazł Spock, a gdy zorientował się, że Klingoni nie dali nam rady, próbował zabić lady Isterę.
- Z pewnych powodów jestem jedyną osobą, która może prowadzić negocjacje pokojowe - odezwała się pani ambasador miło modulowanym głosem - Kiedy wrócę na swoją planetę, otrzyma pan oficjalne podziękowanie od rządu Delty.
Fiuuu! Żeby to moi kumple z jednostki słyszeli, albo moi starzy! Nagle z mocą parowego młota uderzyło mnie poczucie pustki. Wstyd przyznać, ale zajęty nowym życiem zapomniałem o swych korzeniach. Ponieważ Łapiduch dał mi zwolnienie z dyżurów na dwa dni, prosto ze stołówki pójdę do biblioteki. Chcę dowiedzieć się, co słychać w Polsce po tych wszystkich wiekach.
Wpis nr 49
To był najgorszy dzień w moim życiu. Najgorszy. Czemu?
Po obiedzie udałem się do biblioteki, siadłem przy wskazanym mi komputerze i zacząłem przeglądać roczniki popularnych tygodników. W miarę, jak to robiłem, czyłem narastające zdziwienie i przeczucie czegoś strasznego. Wreszcie spojrzałem na Lilo, zajętą jak zwykle jakąś robotą, chyba katalogowaniem.
- Czego pan szuka? - spytała, pochwyciwszy moje spojrzenie.
- Jakichś wieści o Polsce - odparłem - Nie mogę nic znaleźć.
Lilo wyszła zza swojej konsoli i podeszła do mnie. Jej drobna, mysia twarz była ściągnięta w jakimś dziwnym grymasie.
- Kapitan zabronił ci mówić - rzekła smutno - Oficerowie naradzali się i wszyscy, łącznie z doktorem, uznali, że lepiej ci na razie nie mówić. Jeden Mr Spock był temu przeciwny...
- Nie mówić mi czego? - przerwałem jej czując, że włosy jeżą mi się na karku.
- Polska nie istnieje od ponad dwustu lat. Trzecia wojna światowa zaczęła się od zbombardowania jej terenu. Większośc z poległych w tej wojnie trzydziestu siedmiu milionów to Polacy. Ci, co przeżyli, rozproszyli się po wszystkich krajach. Gdy wojna dobiegła końca, nie można było wrócić, bo cały teren był skażony radioaktywnie. Nim poziom promieniowania opadł, minęło tyle lat, że nikt już nie chciał wracać na wypaloną, pustynną ziemię, na której nic nie rosło i nic nie mieszkało prócz karaluchów.
Słuchałem tego w uczuciu, że na moją głowę spadają ołowiane ciężary. Lilo patrzyła na mnie ze współczuciem, a w mojej pamięci dzwoniły dziwne słowa półprzytomnego Spocka:
- Pan też jest samotny...
To dlatego poczułem z nim taką wspólnotę - była to wspólnota dwóch straszliwie samotnych istot, które nie mają domu. On, potomek dwóch ras, nie będący na dobrą sprawe częścią żadnej z nich, i ja, syn ziemi, która jest teraz zapomnianym przez Boga kawałkiem pustyni.
- Przecież Hiroshimę odbudowano, Nagasaki też... - jęknąłem.
- Hiroshima i Nagasaki! Andy, na Polskę spadły bomby solarne. Przy nich zwykła atomówka to tyle co katar przy zapaleniu mózgu! Nie było do czego wracać,uwierz mi. Moja rodzina tez jest z Polski, ale od dwustu lat mieszkamy na Hawajach i została nam tylko rodzinna kronika, w której to zapisano.
Zataczając się jak pijany wróciłem do swej kwatery. Spodziewałem się różności, ale nie czegoś tak okropnego. Cały kraj zniszczony, naród rozproszony po świecie, nieistniejący język, nieistniejąca kultura, historia wymazana z mapy świata. Teraz rozumiałem, czemu kapitan zadał mi takie dziwne pytanie:
- Czy wszyscy Polacy byli jak pan?
Byli. Nie spytał "czy są", ale "czy byli". Już wtedy powinienem się domyślić. Boże, oszaleję!
Wpis nr 50
Po nocy, spędzonej bezsennie na rozmyślaniu, poszedłem na mostek. Nie powinienem bez zapowiedzenia, ale w tym momencie regulamin obchodził mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.
- Kapitanie, czemu nikt mi nie powiedział? - spytałem, wchodząc na mostek - Czemu wszyscy milczeliście? Chyba miałem prawo wiedzieć.
Kapitan Kirk zrozumiał w lot i spojrzał na mnie ze smutkiem, inni milczeli, pomieszani, unikając mojego wzroku.
- Uważaliśmy to za dobre rozwiązanie - rzekł kapitan - Sądząc z pana reakcji, mieliśmy rację. Jest pan impetykiem, działa pan i myśli zbyt impulsywnie. Musi pan teraz opanować się i zrozumieć, że nie jesteśmy w stanie zmienić historii. To, co wydarzyło się podczas trzeciej wojny światowej, jest równie nieodwracalne, jak dwie poprzednie wojny. Pan jest przybyszem z dawnego świata, samo przybycie na Enterprise musiało być dla pana szokiem, cóż dopiero taka wiadomość.
- Byłem za tym, żeby powiedzieć panu wszystko - włączył się Spock - Jednak to kapitan miał rację. Pańskie emocje mogą pana zabić, jeśli nie nauczy się pan ich hamować.
- Powinien mi pan powiedzieć! - wrzasnąłem.
- Teraz pan już wie. Lepiej panu?
Spojrzałem na niego z goryczą. Właśnie on powinien mnie zrozumiec, ale ta parszywa wolkańska gęba wyglądała jak cyferblat, nie twarz, i cholera tam wie, co działo się w środku. Gdy tak patrzyłem, w czarnych oczach Spocka mignęło coś na kształt współczucia, jakby na ułamek sekundy Wolkanin stał się człowiekiem. Nie wiedzieć czemu własnie to dobiło mnie ostatecznie. Odwróciłem się na pięcie i, łamiąc wszelkie punkty regulaminu, uciekłem bez odmeldowania. Na tym pieprzonym statku nie ma nawet uczciwych drzwi, którymi możnaby trzasnąć!
Zamknąwszy się w swej kabinie na przemian płakałem i kląłem, waląc pięściami w ściany.
Gdy wszyscy w moim przedziale już się pospali, poszedłem do ambulatorium. Wiedziałem, gdzie dr McCoy trzyma spirytus, przedtem jednak nie przyszło mi do głowy, by dobrać się do jego zapasów. Teraz było mi wszystko jedno. Przelałem spirytus do dużej menzurki, dobrałem woda, a potem zamknąłem się u siebie. Jeśli czegoś potrzebuję, to tego, żeby się porządnie upić.
Wpis nr 51
Wykonałem swój plan skrupulatnie. Podobno o drugiej w nocy czasu pokładowego ryczałem na cały głos:
"Warszawa przecież jest tam, gdzie była,
do niej idziemy.
Wojna po świecie nas rozrzuciła
lecz się znajdziemy!"
I jeszcze "Sen o Warszawie" Niemena. Nikt nie mógł spać. Dobrze świadczy o załodze Enterprise, że nikt nie przyszedł dać mi po pysku - nie mógłbym nawet mieć pretensji. Nad ranem rozkleiłem się kompletnie. Krzyczałem i płakałem tak głośno, że nawet Mr Spock był poruszony - tak mi mówiono w każdym razie. W końcu przyszedł Łapiduch, taktownie przemilczał sprawę kradzieży spirytusu i dał mi jakiś zastrzyk, po którym zasnąłem i spałem przez dwa dni.
Teraz jest czwarta po południu, już nie śpię, również nie płaczę, ale wstać też mi się nie chce. Tak naprawdę, to wszystko jest mi obojętne.
Wpis nr 52
Około szóstej wieczór drzwi rozsunęły się i wszedł Mr Spock. Stanął przede mną z tym swoim nieprzeniknionym wyrazem twarzy i wbił we mnie wzrok.
- Proszę mnie posłuchać, sierżancie - rzekł - Jest pan tu sam, to prawda. Ale nie jest pan samotny. Wie pan, czemu opuściłem Vulcan i swych rodziców, a przeniosłem się najpierw do Akademii Floty, potem na Enterprise? Bo tu, na tym statku, nikt nie jest samotnym drzewem, choćby był jak najbardziej odmienny od reszty załogi. Jeślibym zaczął okazywać ludzkie emocje na Vulcanie, odrzuconoby mnie. Tutaj mogę byćWolkaninem, ale mogę też, w razie jakiegoś nieszczęścia, być Ziemianinem, przynajmniej czasowo. Oni to zaakceptują, bo tacy są Ziemianie. Niech pan więc nie rozpacza. Nigdy nie będzie pan tu samotny. Załoga będzie pana rodziną.
- Załoga. A pan? Czym pan jest dla mnie? - spytałem gorzko. Nie mam pojęcia, skąd wzięło mi się to pytanie, może z poczucia tej strasznej wspólnoty samotności, którą już raz odkryłem.
- Jeśli panu na tym zależy, może pan nazywać mnie przyjacielem - Spock wyrzekł te słowa z odrobinę inną intonacją, zabarwioną niewolkańskim smutkiem. On chyba również to czuł. Popatrzyłem na niego.
- Myliłem się co do pana. Jest pan porządnym człowiekiem. - powiedziałem.
- Wogóle nie jestem człowiekiem.
- Wiem. Mimo to jest pan porządnym człowiekiem. Dziękuję panu.
- Fascynujące. Ludzki sposób wyrażania pozytywnych odczuć jest najbardziej obraźliwy z tych, które znam.- powiedział, jednak nie wyglądał na urażonego.
Skinął mi głową i odszedł, wysoki, chudy, i dziwaczny. Nie powiem, że jego słowa mnie pocieszyły, ale poczułem się odrobinę lepiej.
Wpis nr 53
Są trzy fazy reakcji na stres: wyparcie, panika i akceptacja. Ja dotarłem już do trzeciej fazy. Czuję się pusty, wypalony w środku, ale powolutku dochodzę do siebie. Zmusiłem się rano, żeby powlec się na odprawę, a potem do hali transportu. Praca powinna mi dobrze zrobić. Marwin i inni chłopcy powitali mnie serdecznie I z miejsca zagonili do roboty. Konserwacja transporterów to najbardziej żmudna praca, jaką można sobie wyobrazić, ale właśnie tego potrzebowałem. Obecnie siedze w stołówce, bolą mnie ręce I oczy, ale mimo to czuję się lepiej. Wypiłem kawę z Lilo, która powtórzyła mi wszystkie najnowsze plotki . I nikt jakoś nie miał do mnie pretensji o tamte nocne brewerie.
Muszę wziąć się w garść. Naprawdę ani nic nie mogę zrobić, ani nie jestem winien temu, że jeszcze żyję. Muszę patrzeć w przyszłość, a wygląda na to, że moja przyszłość to Enterprise. Ha, mogłoby być gorzej.
-

- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
- 679 odsłon
Powyższy tekst bazuje na serialu "Star Trek" z 1966 roku, którego twórca był Gene Roddenberry.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Trzeba sobie będzie zarezerwować trochę czasu na przeczytanie całości:)
"Musi być znacznie gorzej, zanim może być lepiej"
"Musi być znacznie gorzej, zanim może być lepiej"
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Hmmm... tak naprawde to 1/5 całości. Całość nie chciała mi wejść. Dlatego napisałam, że to część I.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
i muszę powiedzieć, że czekam na kolejne odsłony Twej fantazji, bo są świetne:)
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
jako raczej nowy członek tego forumm powolutku, po malutku zaczełam sobie czytać zasoby z kuźni, a co do tego kawałka mam tylko jedno do powiedzenia: CHCE REEESZZZTEEE!!!!!!! Tu jest wszystko: humor, wielka wyobraźnia, nawiazanie do najlepszej pierwszej odsłony startreka (specjalną fakna s-f nie jestem, ale zdarzaja sie rzeczy które potrafia mnie wchłonać)i ciekawa fabuła. No i fragmenty ślaskiej gwary ^_^. Nekromantusia chcieć jeszcze.
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Z przyjemnością spełnię to życzenie :)
Eviva opublikowała u nas całość, zapraszam tutaj :)
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Woah, jak szybko :D. dżin nie byłby lepszy, dzieki wielkie :)
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać

