Michał
Z każdą chwilą cisza stawała się coraz bardziej dotkliwa. Rzecz była niezwykła, bo zawsze panował tu gwar. Śpiewano pieśni, toczono dysputy, słowa krążyły i wypełniały przestrzeń. Obecna cisza przytłaczała, stawała się ciężka i lepka. Wokół tronu pojawiało się coraz więcej postaci. Wszyscy czuli, że zbliża się decydująca chwila. Chwila, która nada nowy sens ich istnienia.
- Nie możemy się na to zgodzić – głos zabrał najpotężniejszy i najpiękniejszy z nich. Słowa zabrzmiały głucho w wszechobecnej ciszy jakby wypowiadający je sam nie do końca wierzył w to, co mówi.
- My jesteśmy zrodzeni ze światła, jesteśmy Jego sługami, ale mamy swoją godność, nie pozwolimy na to poniżenie – mówił coraz głośniej chcąc przekonać jak najwięcej współtowarzyszy, którzy zgromadzili się wokół.
Stali wokół niego i potakująco kiwali głowami. Z tłumu podnosiły się głosy
- Nie pozwolimy.
- Nie damy siebie poniżyć.
- Nie może nam tego zrobić.
Tłum falował i co raz więcej głosów skłaniało się do mówcy. Stali już za nim przedstawiciele wszystkich kręgów. Byli tam Abandon, Asmodeusz, Belzebub, Berith, Lewiatan, potężny Semyazza, Razjel o wielkiej wiedzy, dumny Azazel i wielu innych.
- Ja jestem „Niosący światło”, mnie nazywają Synem Jutrzenki i jak stoję tutaj między wami bracia, nie pozwolę by uczyniono nas sługami ludzi.
W ciszy, która zapanowała po tych słowach dodał jeszcze powoli ważąc słowa.
- My synowie ognia nie będziemy kłaniać się marnym synom ziemi.
Lucyfer spojrzał na tłum i zobaczył, że praktycznie trzecia część aniołów jest z nim. Pozostali wyglądali na wahających się, lecz nie było wśród nich przywódcy by zaprotestować przeciwko jego słowom.
Wiedział, że nie przekonał Gabriela, Uriela, Rafaela, Serafiela, Ariela i wielu innych, którzy w milczeniu kręcili głowami przeciwko jego słowom. Liczył jednak na to, że nie będą zbyt zorganizowani by się czynnie sprzeciwić jego buntowi.
- Mîchā’ēl – okrzyk rozległ się głucho docierając do każdego z zebranych. Była w nim pasja i zdeterminowanie - Mîchā’ēl - ponownie rozległ się tym razem w kompletnej ciszy.
Lucyfer wyglądał na zaskoczonego. Nie spodziewał się by ktokolwiek miał na tyle odwagi by przeciwstawić się jego woli. Podejrzewał, że nie przekona wszystkich, ale nie spodziewał się czynnego oporu, nie oczekiwał aż tak impulsywnej reakcji.
- Mîchā’ēl – dźwięk wrył się głęboko w głowę buntownika doprowadzając go do pasji. Kto śmiał mu się oprzeć, kto miał na tyle odwagi by otwarcie stanąć przeciw niemu.
Zza zastępu pierwszych szeregów wyszedł mały anioł. Nic go nie wyróżniało z tłumu kłębiących się tam mniej ważnych przedstawicieli hierarchii. Nic dopóki Lucyfer nie dojrzał jego oczu, nigdy dotąd nie widział tak gorejących, przepełnionych wiarą i determinacją.
- Nie stawał mi na drodze, nie mieszaj się w sprawy, których nie zrozumiesz, jak śmiesz zabierać głos będąc tak nisko.
Mały anioł stanął przed Lucyferem. Różnica wzrostu była zatrważająca, wydawało się, że buntownikowi wystarczy ruszyć skrzydłem by usunąć przeciwnika ze swej drogi.
- Nie pozwolę na bunt, nie pozwolę byś poszedł do Niego w imieniu nas wszystkich. Są tacy, którzy nie zgadzają się z twoimi poglądami. Są tacy, którzy wierzą Mu bezgranicznie i przyjmą każdy rozkaz do wykonania. Wraz z wypowiadanymi słowami postać zmieniała się. Rosła i potężniała tak, że kończąc wypowiedź zamiast małego anioła stał potężny Serafin z wielkim gorejącym mieczem w dłoni.
- Nie powstrzymasz nas – Lucyfer spojrzał na swoich popleczników – jest nas zbyt wielu byś sam jeden mógł nas pokonać.
Anioł w milczeniu podniósł swój miecz nad głowę.
Za Lucyferem stanęli zbuntowani. W milczeniu popatrzyli na postać zagradzającą im drogę.
- Zjednoczeni możemy pokonać i Jego – Lucyfer prawie krzyczał – chodźcie wszyscy by pokazać, że nie będziemy bezwolnymi sługami. Walczmy o naszą godność.
Odpowiedział mu ryk zjednoczonych z nim zastępów. Porwani przez jego słowa byli gotowi przeciwstawić się każdemu, a co dopiero jednemu aniołowi, który zagradzał im drogę.
- Mîchā’ēl – w wykrzyczanych przez samotnego anioła słowach można było wyczuć całą masę uczuć. Była w nich nieprzejednana wiara, niezłomność, pewność, ale i ogromny ból związany z wystąpieniem przeciwko swoim braciom.
Gorejący miecz uniesiony nad głowę przybrał rubinowy kolor. Zastępy prowadzone przez Lucyfera były coraz bliżej, gdy z miecza trysnęły płomienie. Pokryły one atakujących buntowników wywołując ryk przerażenia i bólu. Gdy płomienie opadły ukazało się dzieło zniszczenia. Poczerniałe wijące się postacie, spalone skrzydła, twarze wykrzywione z bólu i przerażenia. Wyprostowany stał tylko Lucyfer. Jego piękne skrzydła również zostały spalone. Ten, który do tej pory jaśniał w niebie najpiękniejszym światłem stał teraz szary, naznaczony brudnoczerwonymi śladami płomieni.
- Nigdy się nie poddam – piękne złociste do tej pory oczy przybrały krwistoczerwoną barwę i jarzyły złym karmazynowym światłem – będę walczył, aż udowodnię, że się mylił. Jesteśmy doskonalsi od Jego nowego tworu. Sprowadzę na nich zagładę – będą cierpieć bardziej niż ja, będą przeklinać, że kiedykolwiek powstali do życia.
Serafin stał z opuszczonym mieczem i patrzył na porażonych mocą buntowników. Z pięknych istot przeistoczyli się w szkaradne potwory. Z niedowierzaniem patrzyli na siebie, na swe nowe poranione postacie.
- Będziesz musiał z tym trwać – głos Lucyfera był ochrypły jakby mowa przychodziła mu z trudem – zawsze będziesz musiał pamiętać, że obróciłeś się przeciwko swoim braciom.
- A my się nie poddamy – odwrócił się i popatrzył na swoje okaleczone zastępy – nigdy się nie poddamy. Jeszcze pożałujesz, że stanąłeś po niewłaściwej stronie.
















































