I żywy stąd nie wyjdzie nikt (antologia) - recenzja


    Zapewne gdyby przeprowadzić badania dotyczące najpopularniejszego motywu w powieściach i opowiadaniach fantastycznych, to bez wątpienia na pierwszym miejscu plasowałaby się wojna, pozostawiając konkurentów daleko w tyle. Antologii z wykorzystaniem tego motywu w roli głównej powstało wiele, a w ręce czytelników właśnie wpada kolejna jej wersja – tym razem postawiono jednak na nazwiska mniej znane, wyłonione za sprawą konkursu. Szkoda jednak, że bardzo nieliczni autorzy postanowili wziąć wojnę na poważnie.

    „I żywy stąd nie wyjdzie nikt” otwiera „Żegnaj, laleczko” Andrzeja W. Sawickiego – opowiadanie pozostawiające wszystkich pozostałych autorów daleko w tyle za sprawą swojego ładunku emocjonalnego i pomysłu. A wszystko opiera się o bardzo nietypowego narratora, którym jest… pistolet. A konkretniej - zaklęta w nim dusza endeka, który otrzymał możliwość odkupienia swoich win w ten właśnie sposób. Broń wpada w ręce młodej Żydówki tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej – nietrudno się domyślić, że zatwardziały nacjonalista nie jest szczęśliwy z takiego obrotu spraw. W efekcie czytelnicy mają okazję obserwować, jak między dwójką protagonistów zadzierzguje się niezwykła więź – oboje zdają sobie sprawę, że aby przetrwać wojenną zawieruchę, muszą pomóc sobie nawzajem. Historia ta podsumowana zostało niezwykłą pointą wywracającą na nice to, co autor przygotował dla czytelnika wcześniej. Nie sposób więc nie przyznać palmy zwycięstwa Sawickiemu – zdecydowanie bryluje on pośród autorów „I żywy stąd nie wyjdzie nikt”.

    Innym tekstem wartym uwagi jest z całą pewnością „Drzewo” Grzegorza Piórkowskiego. Tym razem mamy do czynienia z opowiadaniem osadzonym w dalekiej, post-apokaliptycznej przeszłości, do złudzenia przypominającej rzeczywistość znaną z „Terminatora”, której sednem jest bunt maszyn i odcięcie niedobitków od większości ocalałych zapasów i infrastruktury. Symbolem nadziei jest tytułowe drzewo – wielki sztuczny twór widniejący na horyzoncie, gdzie mają znajdować się nieprzebrane zdobycze techniki mogące przywrócić cywilizacji choć odrobinę dawnego blasku. Owszem, na pierwszy rzut oka symbolika biblijna w klimatach post-apo nie wydaje się być najlepszym pomysłem, podobnie jak sporo metaforyki w fabule, jednak Piórkowski całkiem nieźle (jak na autora bez dużego dorobku) radzi sobie z połączeniem tych płaszczyzn w jedność. Aczkolwiek trzeba przyznać, że „Drzewo” opiera się głównie na tejże synergii – bo fabularnie nie oferuje ono praktycznie nic. Ot, zwykły zapis podróży z punktu A do punktu B.

    W pewien sposób rozczarowuje natomiast Marcin Pągowski. „Evviva l’arte!” jego autorstwa wykorzystuje nienowy już motyw światów równoległych i ich przenikania. Główny bohater to pisarz imieniem Gorajski, który zdołał narazić się rządowi za sprawą swoich tekstów – bo opisuje on w nich wizję historii Polski… ze świata obok (czyli naszej rzeczywistości). Sam zaś żyje w czasoprzestrzeni, gdzie biało-czerwona flaga łopocze na gmachach połowy świata, a język Reja jest tak powszechny, jak angielski dla czytelników antologii. Problem jednak w tym, że samo opowiadanie to nawet nie pełnoprawny tekst, a raczej wersja demonstracyjna całkiem ciekawego (chociaż, jak można przeczytać powyżej, nienowego pomysłu – cała historia skupia się na zarysowaniu autorskiej wizji, przez co fabuła zamyka się na wątku, który streścić można dosłownie kilkoma słowami. Szkoda więc, że otrzymaliśmy w sumie koncept – bo tekst ten mógł należeć do ścisłej czołówki antologii, gdyby tylko idea równoległej Polski została lepiej wykorzystana. A tak pozostaje tylko czekać na dłuższą formę w tym multiwersum.

    Wojna to jednak nie tylko okopy i linia frontu, lecz także problemy i… korzyści dla ludności cywilnej. O takich kwestiach mówi „Powrót do domu” Martina Anna (czyli Marcina Przybyłka). Akcja opowiadania rozgrywa się w niedługi czas po zakończeniu wojny, a jego główną bohaterką jest dotychczasowa przymusowa pracownica jednej z wojennych fabryk Rzeszy produkującej mechanizmy do wielkich nazistowskich machin kroczących. Jej uwolnienie i powrót do domu okazuje się nie wybawieniem, a źródłem zgryzot – bo kobieta nie wie co zastanie po powrocie do zniszczonej Warszawy, a wizja rozwodu z mężem roztaczana przez nią jeszcze przed wojną, ożywa w niej na nowo. Bez trudu można więc domyślić się, że tekst Anna to nic innego jak filozoficzne rozterki na temat wojennej spuścizny. Szkoda jednak, że lwią część opowiadania zajmują wewnętrzne dylematy bohaterki i jej ewentualne interakcje z amerykańskimi żołnierzami. Bo Ann podszedł do motywu antologii chyba najbardziej okrężną drogą spośród wszystkich dziesięciu autorów – z jednej strony poruszył temat raczej przemilczany, z drugiej zaś tak naprawdę nie wiadomo, gdzie uplasował się pośród innych tekstów opublikowanych w „I żywy stąd nie wyjdzie nikt”. Bo gdyby nie nastroje zwycięzców po obaleniu Hitlera, to „Powrót do domu” równie dobrze mógłby być tekstem o… niczym.

    Problem jednak w tym, że właściwie na tych kilku tekstach kończą się opowiadania warte uwagi w „I żywy stąd nie wyjdzie nikt”. Co prawda można zwrócić się jeszcze ku „Słowu żołnierza” Joanny Maciejewskiej i wykorzystaniu dość klasycznych motywów literatury fantastycznonaukowej, ale wyjątkowo marna budowa całej intrygi odbiera tekstowi całą elegancję. Autorka niemal od pierwszych stron po prostu zdradza całą pointę, a czytelnik do ścisłego finału nie ma pojęcia tylko o jednej rzeczy - czym konkretnie się ona objawi. A i nawet wtedy raczej trudno mówić o zaskoczeniu.

    O reszcie tekstów w antologii nie trzeba w sumie wspominać, bo i nie prezentują one nic godnego uwagi. Znajdzie się tu zarówno obowiązkowa historia kompanii najemników, napisana w stylu „Dragonlance” i „Malazańskiej Księgi Poległych” – czyli przypominająca do złudzenia lekko upiększony zapis sesji gier fabularnych. Nie mogło się obyć także bez fantastycznego wątku zwycięstwa aliantów w drugiej wojnie światowej (w którym to palce maczał sam Churchill) i kilku innych wariacji wojennych motywów. Niestety, praktycznie żaden zwycięzca konkursu nie porywa zarówno pomysłem, jak i wykonaniem. W tej materii tylko Grzegorz Piórkowski ze swoim „Drzewem” wychodzi obronną ręką, chociaż i jego tekstowi przydałoby się trochę szlifów.

    Warto wspomnieć, że antologię zdobi garść rysunków Przemysława Truścińskiego. Aczkolwiek nie są to grafiki zbyt piękne – raczej toporne, z takim nagromadzeniem szczegółów i „przypadkowych kresek”, że na pierwszy rzut oka nawet ciężko stwierdzić, z czym konkretnie mamy do czynienia. Trudno więc uznać oprawę graficzną recenzowanej antologii za jej plus.

    Otwierający zbiór Andrzej W. Sawicki ze swoim „Żegnaj, laleczko” dosłownie zmiótł konkurencję z powierzchni ziemi – co najwyżej kilku autorów zdołało przetrwać tę nawałnicę ognia i utrzymać się na nogach (Martin Ann czy Marcin Pągowski, chociaż ten pierwszy ze względu na ładunek emocjonalny, drugi zaś za pomysł, nawet pomimo tego, że niewykorzystany). Na dobrą sprawę antologia składa się z czterech (z pięciu jeśli liczyć dość średnie „Słowo żołnierza”) opowiadań wartych uwagi. Niestety, teksty zwycięskie okazały się w większości klapą – często to bezmyślne przepisywanie klasycznych motywów wojennych obecnych w fantastyce od dawna, na dodatek podlane raczej topornym stylem i niemożliwością okiełznania własnych pomysłów. A szkoda, bo świetne „Żegnaj, laleczko” zapowiadało dużo lepszą antologię. Nawet jeśli tekstowi Sawickiego daleko do chociażby „Cudownego wynalazku Pana Bella”.

    Dawid "Fenrir" Wiktorski
    Korekta: Karolina Małkiewicz

    Tytuł: I żywy stąd nie wyjdzie nikt
    Autor: antologia
    Wydawca: Fabryka Słów
    Miejsce wydania: Warszawa
    Data wydania: czerwiec 2014
    ISBN: 978-83-7574-883-3
    Oprawa: miękka

    Polski