Ja, inkwizytor. Wieże do nieba (Jacek Piekara)
Długo wyczekiwałam kolejnej książki Jacka Piekary, opowiadającej o poczynaniach inkwizytora Mordimera Madderdina. Byłam bardzo ciekawa, czego nowego się dowiem. Miałam wielką ochotę znów, po sporej przerwie, poczytać o jednym z moich ulubionych bohaterów polskiej fantastyki. Już od czasu pojawienia się zapowiedzi wydawniczych podchodziłam jednak do tej pozycji dość sceptycznie.
Nie raz poruszaliśmy już w dyskusjach na Efantastyce kwestię dalszych losów cyklu. Od dawna też podnosiły się zewsząd głosy, wieszczące mu rychły, acz bolesny upadek, lub przeciwnie - nagłą i nieoczekiwaną rewolucję. Spotkałam się też z licznymi zarzutami pod adresem tytułu "Ja, inkwizytor", jakoby nie miał zbyt wyraźnego powiązania z dotychczas przedstawionymi tomami i niewiele wnosił do całości cyklu.
Pierwsze wrażenie, jakie wywarła na mnie książka, kiedy trafiła już w moje ręce, również wiązało się z mieszanymi uczuciami. Ich powodem była okładka. Owszem, piękna pod względem graficznym, jednak mało adekwatna do oczekiwanej treści. Spojrzała z niej na mnie bowiem postać całkowicie daleka od moich wyobrażeń. Surowa twarz zakapturzonego inkwizytora, naznaczona plamami zakrzepłej krwi, o topornych rysach, nienawistnym spojrzeniu i twardym wyrazie, nijak nie przystaje mi do obrazu Mordimera, wykreowanego przez moją wyobraźnię. W moim przekonaniu utwierdziłam się po przeczytaniu książki. Czas akcji jasno sugeruje, że bohater jest tutaj człowiekiem bardzo młodym, nieopierzonym i wciąż jeszcze wrażliwym. Patrząc na twarz umieszczoną na okładce widzę jednak kogoś zupełnie innego. Miłym dla oka i intrygującym smaczkiem jest natomiast... biografia autora, której projekt graficzny urzekł mnie niesamowicie. Charakteru dodaje mu dłoń inkwizytora, zaciśnięta na upiornym krucyfiksie, wyłaniająca się z rogu karty, tuż obok głowy samego Piekary.
Co jednak z samą treścią? Otóż, autor zaserwował tym razem, jak już wspomniałam, powrót do przeszłości. Bohaterem i narratorem dwóch minipowieści jest bowiem młodziutki absolwent Akademii Inkwizytorium. Jest nim oczywiście nie kto inny, jak dobrze już znany Mordimer Madderdin. Tutaj nieudolny jeszcze, potykający się niemal o własne nogi, stawiający pierwsze kroki w inkwizytorskiej profesji i niemal całkowicie pozbawiony tak charakterystycznych dla niego nawyków. Młodzieniec, o którym opowiada książka nie jest jeszcze Mordimerem, jakiego znają wierni czytelnicy cyklu. Czy jest to jednak wada czy zaleta tej pozycji?
Przez dobre trzy czwarte jej objętości wydaje się, że zdecydowanie wada. Czytelnik usilnie stara się doszukać w przedstawionej postaci tego inkwizytora, jakiego zdążył już polubić, czytając pozostałe tomy cyklu. Na próżno. Owszem, ciekawie śledzi się losy młodego, uczącego się na własnych błędach, za to bardzo gorliwego i lojalnego Mordimera. Niestety, jestem pewna, że każdy, kto tę postać już zna i lubi, odczuje wyraźny niedosyt.
Pierwsze opowiadanie "Dziewczyny Rzeźnika" czyta się przyjemnie i sprawnie. Autor jak zwykle raczy nas zgrabnym, naturalnym językiem, który to niezmiennie jest atutem wszystkich jego powieści. Intryga sprawia wrażenie dobrze przemyślanej, intryguje i zachęca do czytania. Pointa okazuje się lekkim, całkiem miłym zaskoczeniem. I to właściwie byłoby na tyle. Dokładnie to można powiedzieć o tym tekście i niestety nic więcej.
Opowiadanie tytułowe - "Wieże do nieba" - z początku zachwyca jeszcze mniej. Czytając je nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorowi rzeczywiście zabrakło pomysłów i nie chcąc uśmiercić dobrego cyklu, postanowił uraczyć swoich czytelników niczym innym jak zgrabną i przyjemną... zapchajdziurą. Opowieść o rywalizacji dwóch słynnych architektów i inkwizytorze mającym za zadanie sprawdzenie, czy przypadkiem nie stosują w niej czarnej magii, wydaje się sama w sobie zwyczajnie naiwna. Intryga jest prosta niczym budowa cepa, a rozwiązania niemiłosiernie przewidywalne.
Tak właśnie można by określić "Wieże do nieba", gdyby zakończyć czytanie po pierwszych stu pięćdziesięciu stronach, a ominąć sześćdziesiąt ostatnich. To właśnie na końcowych stronicach spotkało mnie miłe zaskoczenie. Banalna z pozoru intryga przybrała zupełnie nieoczekiwany obrót. Niespodzianka ta nie tylko pomogła mi spojrzeć na książkę przychylniejszym okiem, ale wręcz nadała sensu jej istnieniu. Dopiero po przeczytaniu całości odkryłam cel, w jakim została w ogóle napisana i czemu właściwie ma służyć. Zakończenie sprawiło również, że zaczęłam spekulować, jakie miejsce i funkcję zajmuje "Ja, inkwizytor" w całości cyklu o Mordimerze. Miejsce i funkcję, które do tej pory były dla mnie na tyle niepewne, że właściwie stawiałam na to, że nie istnieją.
Być może jestem naiwna. Być może rozczaruje mnie kolejny tom - "Bicz Boży". Daję mu jednak szansę w nadziei, że mnie zaskoczy. Widzę bowiem szansę, że "Ja, inkwizytor" może coś do cyklu wnieść. Wierzę, że Jacek Piekara i ten młody, nieopierzony Madderdin są w stanie mnie jeszcze zaskoczyć.

Tytuł: "Ja, inkwizytor. Wieże do nieba"
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: styczeń 2010
ISBN: 978-83-7574-193-3
Liczba stron: 384
Wymiary: 125 x 195 mm

















































