Maleficent (2014) - recenzja

    Maleficent to koleja po Red Riding Hood (2011), Snow White and the Huntsman (2012) oraz Hansel and Gretel: Witch Hunters (2013) luźna adaptacja klasycznej baśni, pomalowana na ciemne kolorki i opakowana w cieszące oko efekty graficzne. Współczesna wersja Sleeping Beauty, opowiedziana z perspektywy tytułowej Diaboliny, złej wróżki, która z racji bycia najczarniejszym charakterem w okolicy przeklęła małoletnią księżniczkę Aurorę. Dzieło Roberta Stromberga wyjaśnia, dlaczego serce tej pierwszej stało się mroczniejsze od pogody w Mordorze i czyni to w sposób, by użyć delikatnych słów, niepokojący. Bo o ile sam film jest dobry, a nawet bardzo dobry, tak symbolizm jego fabuły, którego młodsza widownia raczej nie dostrzeże, prawdopodobnie ostro podzieli krytyków i wywoła niejedną gorącą dyskusję w internecie.

    Osoby liczące na kopię disney’owskiego klasyka z roku 1959, tylko dużo mroczniejszego i z żywymi aktorami zamiast ręcznie rysowanych – a skoro mamy 2014, to raczej animowanych komputerowo – postaci, niech lepiej nie obstawiają numerów Totolotka. Maleficent czerpie ze znanej wszystkim historii, ale w znaczący sposób modyfikuje jej konstrukcję. Wciąż obecni są w niej młody książę, trzy dobre wróżki, smok, wrzeciono oraz Pocałunek Prawdziwej Miłości, ale scenarzystka Linda Woolverton postanowiła ułożyć z tych klocków coś własnego, w efekcie tworząc całkiem nową baśń na podstawie już istniejącej. Część widzów z pewnością będzie unosiła wysoko brwi w niedowierzaniu, że coś takiego dało się zrobić przy pełnej zgodzie i za pieniądze Disney’a, zaś pozostali powinni docenić odwagę firmy, która postanowiła przedstawić Diabolinę jako skrzywdzoną kobietę w świecie pełnym chciwości, okrucieństwa i zwykłej głupoty.

    W tej wersji historii Maleficent jest dobrą wróżką, strażniczką magicznej, zamieszkanej przez bajkowe istoty Kniei, Gdy będąc na łożu śmierci władca pobliskiego, ostrzącego sobie zęby na skarby sąsiada królestwa obiecuje koronę pierwszej osobie, która przyniesie mu głowę Diaboliny, Stefan, jej dobry przyjaciel i ukochany z dzieciństwa, po latach niewidzenia znowu wkrada się w jej łaski i próbuje zabić, ale nie będąc w stanie zadać ciosu, poprzestaje na pozbawieniu skrzydeł. Zmuszona do chodzenia o lasce wróżka zmienia Knieję w swoje otoczone cierniową barierą władztwo i zaczyna planować zemstę na zdrajcy, jako bezpośredni cel wybierając jego córkę. Co wyjaśnia zarówno pojawienie się Diaboliny na chrzcinach, jak i głęboką niechęć do osoby władcy.


    Niektórzy określają Maleficent mianem Kill Bill’a w wersji fantasy, odpowiednio ułagadzonej dla młodszej widowni i bez charakterystycznego dla Tarantino baletu śmierci. Jest w tym ziarno prawdy, starczy się zresztą uważnie przyjrzeć głównemu wątkowi i niepokojącym skojarzeniom kryjącym się pod metaforą odebranych skrzydeł, ale mimo to wciąż mamy do czynienia z filmem Disney’a. Z baśnią, ze wszystkimi jej wadami i zaletami, z konfliktem na osi dobro-zło (ze sporym dodatkiem szarości tu i ówdzie), magią działającą na słowo honoru i konstrukcją świata rozpadającą się już po pierwszym przyłożeniu do niej reguł znanych z naszej rzeczywistości. To nie jest film dla historycznych purystów oraz osób zbyt skrupulatnie analizujących powieści fantasy, podpasuje za to osobom skłonnym po prostu zanurzyć się w nim, miast bawić się w podważanie jego sensu albo śmianie z prostoty, wręcz infantylizmu scenariusza.

    Może za to nie spodobać się osobom liczącym na dużo akcji. Tej jest bowiem w filmie niewiele, całe dwie duże sceny i kilka mniejszych, przywodzące na myśl Lord of the Rings w jak najbardziej pozytywnym sensie. Reszta Maleficent to rozmowy i obserwacje, więcej rozmów oraz jeszcze więcej obserwacji i, od czasu do czasu, opowieść narratora na tle ładnych widoczków. Rozmowy i opowieść zazwyczaj bardzo spokojne, ale nie nużące czy usypiające, głównie dzięki gwiazdorskiej obsadzie. Samo obsadzenie Angeliny Jolie w tytułowej roli okazało się podwójnym strzałem w dziesiątkę, gdyż widać wyraźnie, że aktorka czerpie wielką przyjemność z odgrywania diabolicznej czarownicy, a w kolejce czekają również fenomenalny Sharlto Copley jako zdecydowanie zbyt rzadko widoczny na ekranie król Stefan, Elle Fanning jako wiecznie roześmiana i uroczo niewinna księżniczka Aurora czy Sam Riley jako Diaval, zmiennokształtny kruk, przyboczny i głos rozsądku Diaboliny, wprowadzający do filmu jakże potrzebną odrobinę humoru. Znalazło się nawet miejsce dla trójki dzieci, bez wyjątku uroczych i nieirytujących.

    Skoro zaś mowa o małej widoczności aktorów – tytuł filmu jest bardziej akuratny, niż mogłoby się wydawać. Król Stefan i książę Filip mają tak mało czasu ekranowego, że stoją niebezpiecznie blisko granicy roli trzecioplanowej. Nieco więcej dostała go Aurora i trzy dobre wróżki, ale przez ¾ seansu na ekranie widać głównie Diabolinę oraz ewentualnie Diavala, w ludzkiej bądź zwierzęcej formie. Nie ma w tym fakcie niczego złego, ostatecznie mówimy o biografii tytułowej czarownicy, a ograniczony udział niektórych postaci wynika z mocno odbiegającej od oryginału historii, mimo to szkoda, że tak wiele talentów nie zostało w pełni wykorzystanych. Tym bardziej, że film trwa ledwo ponad półtorej godziny, co okazało się w sam raz dla satysfakcjonującego zamknięcia wszystkich wątków, ale pozostawia z uczuciem lekkiego niedosytu. Pięć, może dziesięć minut więcej dla Copley’a oraz Fanning w zupełności by wystarczyło.


    Stronę graficzną filmu ładnie podsumowuje słowo „malarska”. Reżyser Robert Stromberg pracował przy scenografiach do Avatara czy burtonowskiej wersji Alice in Wonderland i zebrane w tamtych projektach doświadczenie zaprocentowało. Maleficent jest baśniowe niczym filmowa Narnia, Asgard z obu części Thora czy wcześniej wspomniany Lord of the Rings razy dwa, pięknie współgrając z nie powodującym bólu głowy 3D. Na pochwałę zasługuje tu wszystko: scenografia, kostiumy, generowani komputerowo mieszkańcy Kniei, wnętrze królewskiego zamku, efekty towarzyszące rzucaniu zaklęć, zwierzęce formy Diavala. Dzieło prawdziwych artystów, a nie wyrobników. Równie dobrze wypada, podkreślająca baśniowośc filmu, ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez weterana branży, Jamesa Newtona Howarda, maczającego palce przy oprawie między innymi Atlantis: The Lost Empire, Treasure Planet oraz The Dark Knight.

    Spotkałem się z opinią, że Maleficent to wspaniałe widowisko dla dzieci, w którym dorośli nie znajdą dla siebie zbyt wiele. Prawdziwe, o ile zignoruje się wszystkie podteksty, interpretacje wydarzeń, liczne zmiany w stosunku do Sleeping Beauty oraz fakt, że pośród licznych postaci najsympatyczniejszą okazuje się tytułowa Diabolina. Oraz Aurora, ale w innym kontekście. Film powinien spodobać się widzom w każdym wieku i wart jest obejrzenia na przekór mieszanym recenzjom. Tak, Stromberg stworzył baśń, tak, wszystko dzieje się tutaj powoli i tak, wydźwięk opowieści jest zupełnie inny, od tego sprzed pięćdziesięciu lat i jakby się dłużej zastanowić to skojarzenia ze Sleeping Beauty mogą być dla filmu i jego odbioru przez widzów bardziej szkodliwe, niż pozytywne. Jednak mimo to warto się na niego wybrać, choćby dla zobaczenia, jak wiele udało się wycisnąć z takiej postaci jak Diabolina.

    Tekst: Łukasz “Salantor” Pilarski
    Redakcja i korekta: Monika “Katriona” Doerre

    Film obejrzeliśmy dzięki
    uprzejmości Cinema City.

    Tytuł: Maleficent
    Tytuł polski: Czarownica
    Gatunek: Familijny, Fantasy
    Czas trwania: 97 minut
    Kraj produkcji: USA

    Obsada:

    Maleficent: Angelina Jolie
    Stefan: Sharlto Copley
    Aurora: Elle Fanning
    Diaval: Sam Riley
    Książę Filip: Brenton Thwaites

    Produkcja:

    Reżyseria: Robert Stromberg
    Scenariusz: Linda Woolverton
    Studio: Moving Picture Company (MPC), Roth Films, Walt Disney Pictures

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany