Diabelskie maszyny: Mechaniczny książę (Cassandra Clare) - recenzja

    Londyn – moim zdaniem jedno z najpiękniejszych miast świata. Niesamowity klimat, piękne otoczenie i urzekające miejsca. Każdy zakątek kryje jakąś ciekawą historię, a ilość zabytków przyprawia o przysłowiowy zawrót głowy. Big Ben? Muzeum Brytyjskie? British Museum? A może wycieczki nad Tamizą? Nieważne gdzie się wybierzecie, w każdym miejscu poczujecie oddech historii. Londyn urzeka nie tylko zwykłych ludzi, ale również pisarzy. Nie inaczej stało się w przypadku amerykańskiej autorki Cassandry Clare, która fabułę swojej trylogii pod tytułem „Diabelskie maszyny” osadziła właśnie w magicznym mieście nad Tamizą. A dokładniej w wiktoriańskim Londynie.

    Wydarzenia opisane w drugiej części serii rozgrywają się tuż po tych znanych z „Mechanicznego anioła” – Mortmain ucieka, a Charlotte ma tylko dwa tygodnie na znalezienie wroga Nocnych Łowców, w przeciwnym razem opiekę nad londyńskim Instytutem obejmie Benedict Lightwood. Will i Magnus szukają sposobu, by zdjąć z młodego Nefilim klątwę rzuconą nań pięć lat temu przez niebieskiego demona. Czy chłopcu i czarownikowi uda się odnaleźć sługę ciemności? Czy Charlotte trafi na ślad Mortmaina?

    O ile w „Mechanicznym aniele” dominował steampunk i urban fantasy tak w tej części pisarka większy nacisk postawiła na elementy paranormal romance. Niestety, obrała złą drogę. Wprawdzie druga część serii okazała się o niebo lepsza od swojej poprzedniczki, jednak Clare nadal ma pewne podstawowe problemy z tworzeniem protagonistów i obieraniem gatunku, który będzie wiódł prym w danym tomie. Za duży nacisk kładzie na ciągłe zmiany uczuciowe głównej bohaterki, Tessy. Przez to książka zostaje odarta z wszelkiego klimatu, a partie poświęcone zmaganiom głównej żeńskiej bohaterki z tym, co czuje do Willa i Jema, nużą. Motyw trójkąta miłosnego nie jest niczym nowatorskim i w pewnym momencie czytelnik ma dość typowego dla pisarki modus operandi. W końcu w „Darach anioła” również pojawił się ten sam wątek: dziewczyna i dwóch chłopaków. Może przedstawiony w trochę inny sposób, Clary prawdziwą miłością damsko-męską darzyła tylko jednego z chłopców, jednak wzór okazuje się bardzo podobny. Prawda jest taka, że największym plusem książek Clary, przynajmniej dla mnie, nie są wywody dotyczące uczuciowości, tylko klimat, jaki próbuje stworzyć.

    A wspomniane wcześniej kreowanie protagonistów? Tessa, Jem i Will – trzy różne charaktery i tylko jeden z nich okazuje się godny uwagi. Bohaterka nie ma wprawdzie wad, które posiada protagonistka „Darów anioła”, jednak jej podejście do miłości jest co najmniej bardzo dziwne. Nie chcę zdradzać zbyt dużo elementów fabuły, dlatego napiszę tylko o jednej sytuacji – relacji Tessa i Jem. Rozwija się ona w dość specyficznym kierunku: po pierwsze dlatego, że wszystko, co między nimi następuje, dzieje się za szybko, nawet w obecnych czasach takie obroty sytuacji nie są na porządku dziennym, po drugie miałam wrażenie, że dziewczyna wcale nie kocha Nefilim, prędzej czuje do niego współczucie, włącza się w niej instynkt rodzicielski – opieki nad chorym i słabowitym.

    Jedynymi postaciami, które w jakiś sposób rozjaśniają tę książkę są Will i Gideon. Niestety, żadna inna bohaterka nie zasługuje na większą uwagę. A szkoda, bo zarówno Sophie jak i Charlotte mają potencjał, by stać się ciekawymi żeńskimi charakterami. Może w trzecim tomie zostaną bardziej rozbudowane? A dlaczego wyróżniam Willa i Gideona? Bowiem nie są jednowymiarowi, czytelnik nie wie, czego może się po nich spodziewać. I właśnie o to chodzi w dobrej powieści – o nieprzewidywalność, brak sztampowości i kalek z innych dzieł.

    Cassandra Clare posiada talent, jednak zachowuje się jak dziecko we mgle. Albo tak bardzo nie lubi swoich protagonistek, albo nie potrafi stworzyć przekonującej i ciekawej postaci żeńskiej. Zarówno Tessa, jak i Clary, nie budzą mojej sympatii. Pierwsza, bo zachowuje się irracjonalnie, druga, gdyż najpierw działa, a dopiero później myśli. Wydawałoby się, że kobieta potrafi stworzyć ciekawą postać żeńską. Najwidoczniej nie ma to miejsca w przypadku Clare. A szkoda, bo w literaturze fantasy brakuje silnych protagonistek. Kreowanie osób, które poza miłością nie mają z życiu innego celu, jest bardzo krzywdzące.

    „Mechaniczny książę” zyskał w moich oczach większe uznanie niż pierwszy tom „Diabelskich maszyn” – więcej akcji, więcej niespodzianek, więcej tajemnic. Gdyby tylko kreacja bohaterów okazała się lepsza, wtedy książka mocniej by na tym zyskała. A tak jest przeciętnie. Aczkolwiek dzieło na pewno spodoba się miłośnikom twórczości Clare. Zwłaszcza, że więcej miejsca poświęcono Magnusowi Bane’owi, jednej z najciekawszych postaci „Darów anioła”.

    Monika "Katriona" Doerre
    Korekta: Patrycja "Pattyczak" Wołyńczuk

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu MAG

    Tytuł: Diabelskie maszyny. Mechaniczny książę
    Autor: Cassandra Clare
    Tom serii: II
    Tytuł oryginalny: The Infernal Devices Trilogy. The Clockwork Prince
    Wydawca: MAG
    Premiera: 20 listopada 2013
    Wydanie:II
    Gatunek: powieść
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 464
    Wymiary: 135x205 mm
    ISBN: 978-83-7480-404-2

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany