Miecz Boga Wojny. Księga I: Kharsanie (Janusz Warchlewski) - recenzja

Czy zdarzyło się Wam tak zmęczyć powieścią, że większą jej część przeczytaliście na autopilocie, przyswajając tylko najważniejsze informacje, a resztę spychając poza granice pamięci? Bywały dni, gdy klęliście na autora i na poważnie rozważaliście rzucenie jego wielkim dziełem o ścianę? Albo uważnie liczyliście pozostałe strony z myślą „jeszcze godzina i po wszystkim”? Mieliście okazję patrzeć na okładkę świeżo zakupionego tomu z wyrazem czystej miłości wypisanej na twarzy, z godziny na godzinę zmieniającej się w równie czystą nienawiść?

Po takim wstępie zapewne domyślacie się mojej opinii o wydanej nakładem gdyńskiego Novae Res drugiej powieści Janusza Warchlewskiego. Po którą sięgnąłem z ciekawości, gdyż tytuł sugerował zawartość nieodbiegającą od kanonu fantasy, a ja zapragnąłem się przekonać, ile prawdy tkwi w stereotypach. Powiem Wam, że początkowo byłem nawet zaintrygowany historią młodzieńca ze wsi na skraju Imperium, otrzymującego ważne zadanie z boskiego nadania wraz z długą listą błogosławieństw i mocy. Zapachniało mi wtedy epickim fantasy przez duże EF, z obietnicą wielkich bitew, rzucanych na lewo i prawo kul ognia oraz intryg na kontynentalną skalę. To ostatnie się sprawdziło, reszta niekoniecznie, a tym, co przede wszystkim położyło kilkusetstronicową książkę okazało się wykonanie.

Powiedzcie mi, jak wiele powtórzeń może pojawić się w jednym akapicie zanim nie nabierzecie ochoty na potraktowanie go oczyszczającym ogniem? Jedno, dwa, w skrajnym wypadku trzy? Zatem macie pecha, bo w Mieczu Boga Wojny zdarzają się nawet pięciokrotne, rozsiane po licznych, brzydko skonstruowanych zdaniach pojedynczych. „Architektura świątyni stała się wzorem dla innych świątyń Ośmiu. Każda z nich składała się z ośmiu kaplic, nad którymi rozpościerały się kopuły. Każda z kaplic była poświęcona jednemu z Ośmiu. Niektóre świątynie miały, jak ta tutaj, jeszcze jedną kopułę, dobudowaną wiele stuleci później” i tak dalej i dalej, bez choćby cienia sugestii, że autor próbował napisać to wszystko lepiej. Kuleje konstrukcja zdań, kuleje dobór słów, które kończą się Warchlewskiemu wyjątkowo szybko, kuleje wreszcie ich wewnętrzna spójność. Jeden „gówniarz” na przestrzeni całej książki jest w porządku. „Gówniarz” na co drugiej stronie jednego z rozdziałów to zdecydowanie zbyt wiele, zwłaszcza jeśli w jego pobliżu występuje również „ksywka” oraz „propaganda”, zdradzając zupełny brak refleksji twórcy nad własnym dziełem.

Od razu zaznaczę, że wiem o dyskusji na temat batystowych majtek Renfri i innych współczesnych wtrąceń w Wiedźminie, za które autor zebrał srogą porcję batów od krytyki. Wiem również, że Andrzej Sapkowski z rozmysłem użył zarówno rzeczonych majtek, jak i słów w rodzaju „genetyki”, ładnie dopasowując je do stworzonego przez siebie świata. Tam „ksywka” albo „propaganda” miałyby prawo zadziałać i pewnie zadziałałyby, gdyż stałaby za nimi pewna myśl. W przypadku Miecza myśli nie ma, więc i słowa nie działają.

Wracając do kwestii powtarzalności – jest ona również istotną, wyróżniającą wręcz cechą narracji. Wszak czytelnik to istota o krótkim czasie koncentracji i kiepskim zrozumieniu otaczającej rzeczywistości, więc raz wspomnianą rzecz należy mu co chwila przypominać, najlepiej dziesięć razy na rozdział. Jest to szczególnie irytujące w przypadku Attony, jedynej kobiety w lokalnym wojsku, przez dobrych kilkanaście stron rozważającej, czy będzie musiała iść do łóżka z nowym dowódcą, czy może jednak da jej spokój. Zrozumiałbym niepewność związaną z nagłym awansem i przeniesieniem do nowej kwatery, ale traktowanie każdej, nawet drobnej rzeczy jako sugestii przyszłej służby w sypialni przełożonego po trzecim razie zasługujące na solidny cios w twarz na orzeźwienie. Co gorsza, nie ona jedna wykazuje się obsesją na jakimś punkcie, gdyż poznana niedługo później niewolnica Vivien również nie potrafi przestać myśleć o swoich wielkich problemach i tragicznej przeszłości jako prostytutki z przymusu. Tym postaciom trzeba psychologa albo kilku dni w miejscu odosobnienia, gdyż nawet archanioł Gabriel prędzej niż później nabrałby ochoty na ich uduszenie.

Skoro mowa o prostytutkach, to Warchlewski chyba zapomniał, że nie pisze erotyka, gdyż seksu w jego powieści jest więcej niż szczurów w londyńskich kanałach. Nie scen kopulacji (to słowo pada w narracji, więc nie waham się go użyć), bo te pozostają głównie w domyśle, tylko dialogów, sugestii i ogólnego krążenia wokół tematu na podobieństwo dziecka, które poznawszy nowy wulgaryzm, nie może się powstrzymać przed wciskaniem go gdzie się da. Pierwszych pięć stron powieści, w każdym innym przypadku służące jako prolog czy inne wprowadzenie, wypełniają rozważania bohaterki na temat jej kochanków. Służące jedynie nabijaniu liczby znaków, bo postać ta wkrótce z jej kart zniknie, a wszyscy poprzedni jej kochasie nawet się na niej nie pojawią. Z kolei w dalszych rozdziałach znajdzie się dość prostacko przeprowadzona rozmowa sióstr z wyższych sfer na temat szukania sobie kochanka, lament niewolnicy z powodu bycia oddawaną chłopom za bezcen, pochędóżka dwójki żołnierzy przed bardzo ważnym zadaniem, mało zmysłowa scenka lesbijskich pieszczot i tak dalej i dalej. Granica między sensowną i bezsensowną ilością seksu jest cienka i łatwa do przeoczenia, ale w tym przypadku autor przekroczył ją i przeszedł jeszcze kilka kroków dla pewności.

Gdyby wszystkie te opisy i dialogi były krótkie i treściwe, pozostawiając pole do popisu dla wyobraźni, to nie widziałbym w nich niczego złego, ale gdzie tam. Warchlewski wyraźnie cierpi na trudny do powstrzymania słowotok, produkując długaśne akapity wypełnione głównie watą albo powtórzeniami oraz dialogi z jednej strony wyglądające jak wymiana monologów, z drugiej zaś brzmiące niekiedy tak naturalnie jak dyskusje z CleverBotem. Powieść liczy prawie pięćset stron, ale gdyby wziąć do pomocy porządnego redaktora z sekatorem i poziomem litości niższym od temperatury na Antarktydzie, to zostałoby ich może ze sto, w porywach sto pięćdziesiąt. Stąd podziękowania ze strony autora za „solidną redakcję” traktuję jak kiepski dowcip i niepokojącą sugestię, że i owszem, człowiek wydawnictwa skomentował fabułę, bohaterów i resztę tak zwanego „mięska”, ale chwilę później otrzepał rączki, stwierdził „no, gotowe” i na tym ten etap prac się zakończył.

W kwestii fabuły Miecz nie wyróżnia się niczym specjalnym. Oto mamy poświęcone bóstwu wojny Imperium, gdzie istotną rolę pełnią Mistrzowie Miecza różnych stopni, sąsiadujące z nim Cesarstwo (nie liczcie na więcej) i zaborcze królestwo Kharsy, nienazwane, zamorskie państwo o wielkich ambicjach podboju całego świata, i dwójkę boskich wybrańców (drugi pojawia się dużo później i ma do odegrania mniejszą rolę, stąd wcześniej wspomniałem tylko o jednym) o absurdalnie wysokich poziomach doświadczenia i listach umiejętności. Jeśli coś jest akurat potrzebne do załatwienia problemu, to bądźcie pewni, że bohater to ma albo będzie miał szybciej, niż zdołacie powiedzieć „Manna z nieba!”. Nikt mu nie może podskoczyć, bo zaraz skończy z dziurą w brzuchu albo głową oddzieloną od reszty ciała, nikt go nie przechytrzy, bo Mistrz myśli na dwadzieścia ruchów do przodu, a wobec (większej części) otoczenia zachowuje się jak posiadacz najbardziej zadartego nosa w galaktyce (nie bez przyczyny zresztą). Innymi słowy protagonista to idealny przykład męskiej Mary Sue (żeńska też się znajdzie), któremu najchętniej dałoby się w twarz, co by przestał być tak nieprzyjemny bez specjalnego powodu.

Swoją drogą kilka informacji z powyższego akapitu to spoilery. Nie oznaczyłem ich jednak, gdyż znacznie więcej zdradził wydawca na okładce powieści, z pomocą dwóch skromnych akapitów tłumacząc „kto z kim, jak i dlaczego”. To jak polska czołówka Teknomana ujawniająca ściśle tajną kwaterę głównego złego. Zresztą nie dziwię się decyzjom Novae Res, gdyż Miecz rozwija się bardzo powoli i długo trzeba czekać chociażby na cień sugestii, o co w tym wszystkim chodzi, w czym nie pomaga ani nadmiar waty, ani świat mogący służyć za wzór z Sevres dla słowa „papierowy”. Wyobraźcie sobie, że stolica Imperium nie posiada nazwy, a jej władca imienia. Że kraj dzieli się na prowincje opisywane jedynie ich położeniem geograficznym. Że znaczna część powieści toczy się w mieście zarządzanym przez Lorda (ten imię otrzymał, ale wyleciało mi z pamięci). Tenże Lord posiada brata (brak imienia), a on z kolei żonę (brak imienia), będącą kochanką głównego bohatera (zwanego Mistrzem). Na dworze pojawia się również najsilniejszy mag w mieście (imię posiada, ale pojawia się zbyt rzadko, by można je było zapamiętać), dowódca sił lokalnych (imienia nie wyłapałem), miejscowy miecznik (bodaj jedna i ta sama osoba) i inne kukiełki bez etykietki, charakteru czy czegokolwiek więcej poza rolą do spełnienia. Akcja Miecza nie toczy się w entej z kolei krainie fantasy, posiadającej swą historię, geografię czy system kulturowy (no dobrze, elementy tego ostatniego pojawiają się od czasu do czasu). Toczy się nigdzie, takim przez duże N, że tylko domu Chojraka do pełni szczęścia brakuje.

Piszę to wszystko z ciężkim sercem, bo dostrzegam w całej historii wielki potencjał na interesującą powieść awanturniczą z bóstwami i wielkim konfliktem w tle. Tylko co z tego, skoro autor nie potrafi snuć opowieści, wykłada się na narracji, skupia się na rzeczach nieistotnych albo nieciekawych, nie jest w stanie stworzyć przekonującego świata i gdzie nie spojrzeć popełnia zazwyczaj proste błędy, na jakie często zwraca się uwagę w podręcznikach dla pisarzy? Nie wiem, jak wielki udział w pracy nad książką miał redaktor, ale mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pokpił sprawę. Korektor niekoniecznie, gdyż czytałem wersję sprzed jego interwencji, ale literówek czy błędnie odmienionych słów znalazłem niewiele. Nawet autor okładki zaliczył potknięcie, gdyż nie jestem w stanie stwierdzić, kto na niej występuje. Mam kilka podejrzeń, ale jeśli są prawdziwe, to tym gorzej dla autora.

Unikajcie tej pozycji. Ja ją przeczytałem, żebyście Wy nie musieli.

Tekst: Łukasz "Salantor" Pilarski
Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Novae Res.


Autor: Janusz Warchlewski
Tytuł: Miecz Boga Wojny
Tom: 1
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 2014 r.
Miejsce wydania: Gdynia
Oprawa: Miękka
Projekt okładki: Piotr Trzebiński
ISBN: 978-83-7942-367-5
Liczba stron: 472
Format: 130 x 210 mm
Cena: 39zł

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany