Morza Wszeteczne (Marcin Mortka) - recenzja


Yo-ho, yo-ho, a pirate’s life for me!
Piraci. Wdzięczny temat zarówno dla pisarzy, jak i filmowców. Grupa facetów żeglujących po rozległych morzach na mniej lub bardziej rozklekotanej łajbie, dokonująca abordaży na przypadkowe statki (najlepiej handlowe) i racząca się sporą ilością rumu, tak dla utrzymania wymaganego na pokładzie chwiejnego kroku. Do tego, od czasu do czasu, odwiedzają jakiś port piracki w celu uzupełnienia zapasów i poprawienia morale, które z powodu długiego przebywania na morzu bardzo często bywa odwrotnie proporcjonalnie do chęci chędożenia. A wiadomo, dobry kapitan dostrzeże rodzący się bunt i będzie starał się do niego nie dopuścić, a co skuteczniej pomaga niż wizyta w miejscowym zamtuzie? A jako że nie samym chędożeniem i rumem pirat żyje, to raz na jakiś czas porwie się na zaciekłą bitwę morską. A czy to będzie konkurencyjna firma z identycznym jolly rogerem na maszcie, czy stróże sprawiedliwości to już pomniejszy problem. Liczy się zapach prochu i wizja pryzowego.

W swojej najnowszej powieści, „Morza Wszeteczne”, Marcin Mortka postanowił przedstawić czytelnikom oryginalne, fantastyczne spojrzenie na piracką brać.

(...) Trwająca od wieków wojna aniołów z demonami przenosi się z wolna z Międzyświata na nasz Plan, Rolandzie, a twój incydent z Zagładą jest chyba najlepszym na to dowodem.
– Nie sądzę – rzekł kapitan. – Wiem z eee... dobrze poinformowanego źródła, że Zagłada to półgłówek, który wymyślił sobie osobliwy sposób na życie i konsekwentnie się go trzyma. Czy raczej trzymał. Doniósł może wywiad, że się nieborakowi zmarło?*

* s. 90

Kapitan Roland, zwany Wywijasem, od zawsze uważał piątek za najbardziej pechowy dzień tygodnia. Utwierdza się w swojej opinii, kiedy właśnie pewnego feralnego piątku w pirackim porcie Necroville jego okręt, Orlica, zostaje zniszczony, zaś on sam z bandą podwładnych odpiera atak najeźdźcy wspomaganego przez Zagładę, nawiedzonego demona, który przeszedł na stronę wroga, a jego życiowym powołaniem jest walka ze złem wszelakim. Ale skoro bóg z nami, któż przeciwko nam – mógł pomyśleć najeźdźca. Ale nie pomyślał. Trudno. W ramach rekompensaty Roland rekwiruje potężny liniowiec Błędny Rycerz. Już od samego początku z okrętem wydaje się dziać coś nie tak, zupełnie jakby był nawiedzony, lecz to najmniejszy z problemów, w które wpakował się w ów feralny piątek kapitan Wywijas. Tak oto wilk morski bezwiednie wkręcił się w wojnę, zaś jej konsekwencje mogą dotyczyć losów całego świata.

– Na dolnym pokładzie szaleje Złe, pomniejsze Złe na łańcuchu mieszka sobie na dziobie, a jeszcze inne Złe, dla odmiany szlachetne i zakute w blachy, rezyduje u mnie w szafie. Od początku rejsu zaginęło w niewyjaśnionych okolicznościach przynajmniej trzech członków załogi, dostępu do armat bronią demony mieszkające w ścianach, galion próbuje się wysłowić, a pokład okazuje się być jednym wielkim grymuarem.**
** s. 130

Lektura „Mórz Wszetecznych” stała się dla mnie drugą okazją do spotkania z prozą Marcina Mortki. Pierwszą książką jego autorstwa, jaką miałam okazję przeczytać, były „Listy lorda Bathursta”. Od tamtego momentu zapałałam miłością do literatury marynistycznej. A jeśli ta łączy się z moją ukochaną fantastyką... to czy może być coś lepszego?

Kapitan Roland wraz z załogą stanowią groteskową mieszankę osobowości. Myślę, że wielu osobom, które będą czytać „Morza Wszeteczne”, skojarzą się oni z załogą Latającego Holendra z serii filmów „Piraci z Karaibów”. Swoją drogą Mortka w oryginalny sposób wyjaśnił dlaczego wszyscy piraci opisani w „Morzach Wszetecznych” posiadają mniej lub bardziej zaskakujące mutacje. Dowódca statku został „obdarzony” dwoma mackami wyrastającymi z pleców (które, swoją drogą, okazują się niezwykle przydatne), okrętowy szaman ma ćwiek w miejscu lewego oka, a swoim zachowaniem przypomina obłąkane zwierzę. Po pokładzie biega satyr Grzmot, nie przejmujący się stosowaniem jakichkolwiek przerw pomiędzy poszczególnymi wyrazami, przez co zrozumienie go nie należy do rzeczy prostych. Lekarz okrętowy gustuje w ludzkim mięsie, steward jest półgoblinem, zaś eksnawigator, Ogopogo, cóż, całkiem do świata żywych to on nie należy... A to nie koniec, w trakcie lektury, poznać można całą piracką menażerię, nad jaką kapitan próbuje zapanować. Dodając do tego całe zastępy aniołów i demonów, które postanowiły urządzić Armagedon w wymiarze zamieszkiwanym przez Rolanda, załogę i królową demonów zdolną uwolnić uwięzione przed wiekami pradawne zło... Oj, będzie się działo na Morzach Wszetecznych...

Osobowość lekarza pokładowego odstraszała nawet najbardziej zagorzałych symulantów i szpitalik najczęściej świecił pustkami, a zatem sam fakt, że podszyty strachem Strup jeszcze z niego nie uciekł, dawało dużo do myślenia. Pół-goblin siedział na koi i z przerażeniem wpatrywał się w Berbelucha, który to przebierał wśród narzędzi do amputacji, to znów pociągał z gąsiora dla pobudzenia inwencji.***
*** s. 314

Połączenie powieści marynistycznej z fantastyką otworzyło przed autorem wiele możliwości rozwoju fabuły, które ten wykorzystał. I wyszło mu to naprawdę świetnie. Są wielkie narody próbujące uzyskać hegemonię na morzach, piraci usiłujący za wszelką cenę ratować ten przybytek nierządu i rozpaczy, nawiedzony okręt z dodatkami takimi jak Drobiażdżek („malutki” pupilek pozostający pod opieką Wierzbaka, jednego z członków załogi Rolanda) czy znajdujący się pod pokładem las pełen rusałek. A to nie wszystkie niespodzianki, jakie odkryje załoga statku Błędny rycerz...

Podczas kilku tygodni przeplatanej bitwami włóczęgi morskiej lekarz okrętowy zgromadził ogromną kolekcję członków ludzkich w dobrym stanie. Z uwagi na fakt, że nie był fizycznie w stanie przejeść takiej ilości przysmaków, zaczął wszczepiać niektóre co świeższe fragmenty Ogopogo w miejsce utraconych. Na skutek owych zabiegów nadgniły eksnawigator nabrał życia i coraz częściej pojawiał się na pokładzie, a ostatnio zaczął nawet mówić z sensem, co Berbeluch natychmiast ogłosił wielkim sukcesem medycyny rezurekcyjnej.****
**** s. 374

„Morza Wszeteczne” są napisane barwnym językiem zawierającym bardzo dużą dawkę humoru. Spotka się w niej co prawda trochę terminologii typowo marynistycznej, ale szybko połapie się w niej nawet czytelnik, który nie miał dotychczas kontaktu z pojęciami takimi jak kilwater czy takielunek. A w razie czego zawsze można spytać „wujka” Google, co dane pojęcie oznacza.

Oprócz częstych wymyślnych i soczystych pirackich epitetów w trakcie lektury czytelnik napotka jeszcze bardziej słowiańskie określenia kierowane przez Rolanda w stronę członków załogi i wobec piratów nawzajem. Jednakże nie są one w jakikolwiek sposób rażące – co się czasami niestety zdarza w literaturze fantasy – i nie odbierają radości płynącej z lektury. A ta jest naprawdę ogromna.

Szkoda tylko, że snuta przez autora historia tak szybko się kończy. Byłam prawie że rozczarowana w momencie, gdy dotarłam do ostatniej strony powieści, po prostu chciałam więcej: więcej piratów, morskich przygód, mutacji, Rolanda i całej tej cudownej, mocno rumowej otoczki. Pocieszam się tylko tym, że kapitan Wywijas powróci w „Wyspach Plugawych”, jednakże póki co nie jest znany choćby przybliżony termin premiery kolejnej książki z serii. Ale gdy już się ukaże, przeczytam ją na pewno.

Anka „Wiedźma” Chramęga
Redakcja i korekta: Monika „Katriona” Doerre

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękujemy Wydawnictwu Uroboros / Grupie Wydawniczej Foksal


Tytuł: Morza Wszeteczne
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Uroboros / Grupa Wydawnicza Foksal
Data wydania: wrzesień 2013r.
Ilość stron: 412
ISBN: 978-83-7747-942-1
Okładka: miękka

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany