Recenzja: Wilczy Amulet (S.A. Swann)

Pamiętacie jeszcze recenzję Wilczego Miotu? Jeśli tak to być może słyszeliście również o Wilczym Amulecie? Czy tym razem redakcyjny ulfhedinn był łaskawszy w swojej ocenie, a może trafił na coś niewartego uwagi tak dostojnego basiora? Przekonajcie się sami!
Zachęcony Wilczym Miotem sięgnąłem po drugą już powieść, opisującą perypetie wilkołaków i Zakonu Krzyżackiego. Przyznam szczerze, ciekawiło mnie, co tym razem zostanie mi przedstawione. I o ile pierwszą część tego cyklu uznałem za interesującą, nawet pomimo iż został w niej zastosowany niezbyt lubiany przeze mnie wizerunek wilkołaka, to wgryzając się (jak na prawdziwego ulfhedinna przystało) w opisywaną teraz książkę, miałem wrażenie, że znam już ten smak aż zbyt dobrze.
Okładka mnie zawiodła. Spodziewałem się czegoś diametralnie innego i naprawdę nie umiem zmienić swego zdania patrząc na zakrwawioną, szponiastą łapę, zapewne należącą do jednego z naszych włochatych milusińskich, z której zwisa amulet wyobrażający łeb demona, wpasowany w coś na kształt krzyża celtyckiego. Nie jest to głowa wilkołaka, a przynajmniej moja wyobraźnia pokazuje ją w zupełnie odmiennej formie. Co więcej, w trakcie lektury miałem wrażenie, że tytuł i okładka powinny zdobić inną książkę. Teraz mogę tylko zastanawiać się nad tym, co miała wywoływać w czytelniku zastosowana szata graficzna. Szarość, czerń i brąz to jej dominujące, nieomal jedyne, barwy. Trochę jak dla powieści grozy... Mnie to nie przekonało, a jedynie zdegustowało.
Więcej znajdziecie w jamie Tyrssona.

















































