Nowe wydanie "Koraliny" od Maga

    W księgarniach dostępne jest nowe, szóste już wydanie "Koraliny", czyli słynnej powieści "Neila Gaimana". Książka doczekała się nowej okładki, która swoim stylem nawiązuje do ostatnio wydawanych przez wydawnictwo Mag powieści.

    Dzień po przeprowadzce Koralina postanowiła zwiedzić cały dom... W nowym mieszkaniu, do którego Koralina przeprowadziła się z rodzicami, jest dwadzieścia jeden okien i czternaścioro drzwi. Trzynaścioro z nich otwiera się zwyczajnie, czternaste zaś są zamknięte na klucz. Za nimi znajduje się tylko ściana z cegieł - przynajmniej do dnia, w którym Koralina otwiera je i odkrywa przejście do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Ale pozory mylą... Z początku nowo odkryte mieszkanie wydaje się jej cudowne. Na obiad dostaje same smakołyki, a w pudełku z zabawkami czekają anioły, które po nakręceniu fruwają po pokoju, książki, w których ilustracje wyglądają, jakby ożywały, małe główki dinozaurów, które na zawołanie klekocą zębami. Jenakże w nowym domu są też nowi rodzice, którzy chcieliby, żeby Koralina została ich córeczką. Chcą ją odmienić, zatrzymać i nigdy nie oddać jej z powrotem. W lustrach zaś kryją się nieszczęśliwe dzieci, zagubione dusze...

    Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem powieści.

    Neil Gaiman "Koralina"

    (fragment)

    I.

    Koralina odkryła drzwi wkrótce po przeprowadzce do domu.Był to bardzo stary dom – miał strych pod dachem i piwnicę pod ziemią, a wszystko otaczał zarośnięty ogród pełen wielkich, starych drzew.

    Cały dom nie należał do rodziców Koraliny, był na to za duży. Kupili jednak jego część.

    W starym domu mieszkali też inni ludzie.

    Na parterze – panna Spink i panna Forcible. Obie były stare i okrągłe, i hodowały mnóstwo starzejących się szkoc­kich terierów o imionach takich, jak Hamish, Andrew i Jock. Dawno, dawno temu panny Spink i Forcible były aktorkami. Panna Spink poinformowała o tym Koralinę, gdy tylko ją poznała.

    – Widzisz, Karolino – powiedziała panna Spink, źle wymawiając imię Koraliny – w dawnych czasach obie z panną For­cible byłyśmy słynnymi aktorkami. Stąpałyśmy po scenie, skarbie. Och, nie pozwól Hamishowi jeść keksu, całą noc będzie go bolał brzuszek.

    – Nazywam się Koralina, nie Karolina. Koralina – poprawiła Koralina.

    Piętro nad Koraliną, pod samym dachem, mieszkał szalony starzec z wielkimi wąsami. Poinformował Koralinę, że zajmuje się tresurą mysiego cyrku. Nie pozwalał nikomu go zobaczyć.

    – Pewnego dnia, mała Karolino, gdy wszystko będzie gotowe, cały świat ujrzy cuda mojego mysiego cyrku. Pytasz, czemu nie możesz obejrzeć go już teraz? Czyż nie o to spytałaś?

    – Nie – odparła cicho Koralina. – Poprosiłam tylko, żeby nie nazywał mnie pan Karoliną. Mam na imię Koralina.

    – Oto dlaczego nie możesz obejrzeć mysiego cyrku – oznajmił mężczyzna z góry. – Myszy nie są jeszcze gotowe. Nie są wytresowane, odmawiają też odgrywania piosenek, które dla nich napisałem. Wszystkie moje mysie piosenki brzmią tak: umpa, umpa. Ale białe myszy chcą grać wyłącznie tidu didu, o tak. Zastanawiam się, czy nie zacząć ich karmić innym gatunkiem sera.

    Koralina wątpiła, by mysi cyrk istniał naprawdę. Podejrzewała, że stary człowiek wszystko wymyślił.

    W dzień po przeprowadzce Koralina wyruszyła na wyprawę badawczą.

    Zbadała ogród. Był wielki, na tyłach rozciągał się stary kort tenisowy, lecz nikt w domu nie grał w tenisa. Ogrodzenie wokół kortu świeciło dziurami, a siatka niemal całkowicie przegniła. Był tam też stary ogród różany, pełen zdziczałych, rozplenionych krzaków róż, i ogródek skalny złożony wyłącznie z kamieni, a także magiczny krąg podgniłych brązowych grzybków, które okropnie cuchnęły, gdy się na nie przypadkiem nadepnęło.

    I studnia. Pierwszego dnia, gdy tylko rodzina Koraliny sprowadziła się do domu, panny Spink i Forcible uznały za stosowne poinformować Koralinę o niebezpieczeństwach związanych ze studnią. Ostrzegły, by trzymała się od niej z daleka. Toteż Koralina wyruszyła na poszukiwania, by wiedzieć, gdzie kryje się studnia, i móc skutecznie jej unikać.

    Znalazła ją trzeciego dnia na zarośniętej łące obok kortu, za kępą drzew – niski, ceglany krąg, niemal całkowicie skryty wśród wysokich traw. Studnię przykryto deskami, by nikt nie wpadł do środka. W jednej z desek pozostała mała dziura po sęku. Przez całe popołudnie Koralina wrzucała do niej kamyki i żołędzie i czekała, licząc, póki z dołu nie dobiegło odległe pluś­nięcie, gdy kolejny pocisk uderzył w wodę.

    Koralina badała także ogród, poszukując zwierząt. Znalazła jeża i wężową skórę (ale nie samego węża) oraz kamień, który wyglądał zupełnie jak żaba, i ropuchę wyglądającą jak kamień.

    Widziała też wyniosłego czarnego kota, który siadywał na murach i pniach i obserwował ją uważnie, lecz zmykał, gdy tylko podchodziła, próbując się z nim pobawić.

    W ten sposób upłynęły jej pierwsze dwa tygodnie w domu – na badaniach ogrodu i okolicy.

    Matka kazała jej wracać do mieszkania na lunch i obiad. Koralina musiała też pamiętać, by ubrać się ciepło przed wyjściem, tegoroczne lato było bowiem bardzo zimne, wychodziła jednak co dzień na badania, póki pewnego ranka nie rozpadał się deszcz. Wówczas musiała zostać pod dachem.

    – Co mam robić? – spytała.

    – Poczytaj książkę – odparła matka. – Obejrzyj film na wideo, pobaw się zabawkami. Idź, pozawracaj głowę pannom Spink i Forcible albo szalonemu staruszkowi z góry.

    – Nie – rzekła Koralina. – Nie chcę robić nic z tych rzeczy. Chcę badać.

    – Tak naprawdę nie obchodzi mnie, co będziesz robić – powiedziała matka Koraliny. – Bylebyś tylko nie nabałaganiła.

    Koralina podeszła do okna, patrząc w niebo. Deszcz nie należał do tych, podczas których można wychodzić na dwór – był jednym z owych deszczów, które rzucają się z chmur na ziemię i rozbryzgują dookoła. Był to poważny deszcz, uparcie zmierzający do celu, a obecnie jego cel stanowiło najwyraźniej zamienienie ogrodu w błotnistą, zimną breję.

    Koralina obejrzała wszystkie kasety, nudziły ją zabawki i przeczytała już wszystkie swoje książki.

    Włączyła telewizor i zaczęła przeskakiwać z kanału na kanał, wszędzie jednak panoszyli się mężczyźni w garniturach, opowiadający o giełdzie, oraz talk-show. W końcu znalazła coś ciekawego – drugą połowę filmu przyrodniczego o zjawisku zwanym mimikrą. Oglądała zwierzęta, ptaki i owady udające liście, gałązki bądź inne zwierzęta, po to, by uniknąć stworzeń, które mogłyby je zranić. Film jej się podobał, skończył się jednak bardzo szybko. A potem nadawano program o fabryce ciastek.

    Nadszedł czas, by porozmawiać z ojcem.

    Ojciec Koraliny był w domu. Oboje rodzice pracowali przy komputerach, co oznaczało, że bardzo często przesiadywali w domu. Każde z nich miało własny gabinet.

    – Cześć, Koralino – powiedział ojciec, gdy weszła do środka. Nawet nie odwrócił głowy.

    – Mmhm – odparła Koralina. – Pada.

    – Owszem – przytaknął ojciec. – Leje jak z cebra.

    – Nie – nie zgodziła się Koralina. – Po prostu pada. Mogę wyjść na dwór?

    – Co mówi twoja matka?

    – Mówi: Nie wyjdziesz w taką pogodę, Koralino Jones.

    – A zatem nie.

    – Ale ja chcę badać dalej.

    – Zatem badaj mieszkanie – zaproponował ojciec. – Proszę, oto kartka papieru i długopis. Policz wszystkie drzwi i okna, wymień wszystko co niebieskie, zorganizuj wyprawę i poszukaj bojlera, i daj mi spokojnie pracować.

    – Mogę wejść do salonu?

    W salonie Jonesowie przechowywali drogie (i niewygodne) meble, które pozostawiła im w spadku babcia Koraliny. Koralinie nie wolno było tam wchodzić. Nikt tam nie wchodził. I dobrze.

    – Jeśli nie nabałaganisz. I niczego nie dotykaj.

    Koralina zastanowiła się poważnie, a potem wzięła kartkę i długopis i wyruszyła na badanie mieszkania.

    Odkryła bojler (mieścił się w szafce w kuchni).

    Policzyła wszystko co niebieskie (153).

    Policzyła okna (21).

    Policzyła drzwi (14).

    Ze znalezionych przez nią drzwi trzynaścioro otwierało się i zamykało. Pozostałe – wielkie, rzeźbione, brązowe, drewniane drzwi w najdalszym kącie salonu – były zamknięte na klucz.

    – Dokąd prowadzą te drzwi? – spytała matkę.

    – Donikąd, kochanie.

    – Dokądś muszą.

    Matka pokręciła głową.

    – Spójrz – powiedziała.

    Wyciągnęła rękę i z górnej framugi kuchennej zdjęła pęk kluczy. Przejrzała je uważnie i wybrała najstarszy, największy, najczarniejszy, najbardziej zardzewiały. Razem ruszyły do salonu. Matka przekręciła klucz w zamku.

    Drzwi otwarły się szeroko.

    Matka miała rację, drzwi prowadziły donikąd. Za nimi widniała ceglana ściana.

    – Gdy cały dom był jedną całością – oznajmiła matka Koraliny – drzwi dokądś wiodły. Kiedy podzielono go na odrębne mieszkania, po prostu je zamurowali. Po drugiej stronie mieści się puste mieszkanie wciąż czekające na kupca.

    Zamknęła drzwi i odwiesiła pęk kluczy na haczyk.

    – Nie zamknęłaś ich – przypomniała Koralina.

    Matka wzruszyła ramionami.

    – Po co miałabym je zamykać? – spytała. – Donikąd nie prowadzą.

    Koralina nie odpowiedziała.

    Na dworze było już niemal ciemno. Deszcz wciąż padał, bębniąc o okna i zamieniając światła samochodów na ulicy w rozmazane plamy.

    Ojciec Koraliny skończył pracę i przyrządził obiad.

    Koralina była oburzona.

    – Tato – rzuciła. – Znów zrobiłeś przepis.

    – To potrawka z porów i ziemniaków przyprawiona estragonem i stopionym serem gruyere – przyznał ojciec.

    Koralina westchnęła. Poszła do zamrażarki, wyjęła frytki i minipizzę do podgrzania w mikrofalówce.

    – Wiesz, że nie lubię przepisów – poinformowała ojca.

    Jej obiad obracał się niestrudzenie, a małe czerwone cyferki na wyświetlaczu kuchenki mikrofalowej malały, zmierzając ku zeru.

    – Gdybyś spróbowała, może by ci zasmakowało – zaproponował ojciec Koraliny, ona jednak tylko pokręciła głową.

    Tej nocy Koralina leżała w łóżku i słuchała deszczu. W końcu przestało padać. Już prawie zasypiała, gdy usłyszała szmer
    t-t-t-t-t.

    Usiadła na łóżku.

    Coś zaskrzypiało, skrrrzzz...

                                       ...yyyypp.

    Koralina wyskoczyła z łóżka i wyjrzała na korytarz. Nie dostrzegła jednak niczego dziwnego. Ruszyła naprzód. Z sypialni rodziców dobiegało ciche chrapanie – ojca – i od czasu do czasu senne mamrotanie – to matka.

    Koralina zastanawiała się, czy może to coś, czymkolwiek było, nie przyśniło się jej przypadkiem.

    Coś się poruszyło.

    Niewiele więcej niż cień. I ów cień przebiegł szybko przez ciemny korytarz niczym maleńki skrawek nocy.

    Miała nadzieję, że to nie pająk. Koralina bardzo źle się czuła w towarzystwie pająków.

    Ciemny kształt zniknął w salonie i Koralina nieco nerwowo podążyła jego śladem.

    W pokoju panował mrok. Jedyne światło padało z korytarza i Koralina stojąca w progu rzucała na salonową wykładzinę wielki zniekształcony cień – wyglądała niczym chuda ol-
    brzymka.

    Koralina zastanawiała się właśnie, czy powinna zapalić światło, gdy ujrzała, jak ów ciemny kształt wysuwa się powoli spod kanapy. Na chwilę zamarł, po czym bezszelestnie śmignął po dywanie w najdalszy kąt pokoju.

    W tym kącie nie stał żaden mebel.

    Koralina zapaliła lampę.

    Nie zobaczyła niczego, jedynie stare drzwi wychodzące na ceglaną ścianę.

    Była pewna, że matka je zamknęła, teraz jednak uchylały się odrobinę – ot, wąziutka szczelina. Koralina podeszła bliżej i zajrzała przez nią. Nic – jedynie ściana z czerwonych cegieł.

    Zamknęła stare drewniane drzwi, zgasiła światło i wróciła do łóżka.

    Śniła o czarnych kształtach przemykających z miejsca na miejsce, unikających światła. W końcu zebrały się wszystkie pod księżycem – małe czarne stworzenia o maleńkich czerwonych oczkach i ostrych żółtych zębach.

    Zaczęły śpiewać.

    Jesteśmy mali, lecz jest nas wiele,

    Jest nas tu wiele, jesteśmy mali.

    Byliśmy tu przed waszym wzlotem,

    Będziemy, gdy świat się zawali.

    Głosy miały wysokie, szepczące i lekko jękliwe. Ich dźwięk budził w Koralinie niepokój.

    Potem Koralinie przyśniło się kilka reklam, a później zupełnie nic.

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus