Recenzja: Thor 3D - okiem Lorelay
Pamiętacie co, zaledwie przed kilkoma dniami, o filmie Thor i marvelowskim Steamgardzie pisał Tyrsson? Ale jak wiadomo - ilu widzów, tyle opinii. Tym razem swoje wrażenia związane z tą samą produkcją opisuje Paulina Maria "Lorelay" Szymborska-Karcz. Czy kobiece oko okazało się bardziej przychylne?

Chociaż bardzo rzadko zdarza mi się wracać do tych samych filmów więcej niż jeden raz, marvelowskiego Thora oglądałam aż dwukrotnie. Bynajmniej nie dlatego, że obraz zrobił na mnie tak ogromne i pozytywne wrażenie, iż nie mogłam oprzeć się pokusie powtórnego spotkania z jego bohaterami. Powód jest o wiele bardziej prozaiczny. Zakład z mężem. Mój małżonek twierdził uparcie, że dotrwa do końca, a co więcej – laptop również zdoła wyjść cało z tej opresji. Ja natomiast byłam zgoła innego zdania. Przegrałam, czego dowód stanowi recenzja, którą nieszczególnie szczęśliwy zwycięzca zamieścił na łamach Efantastyki kilka dni wcześniej. Czytając ten tekst uznałam jednak, że nie będę sobie odmawiała przyjemności dodania kilku groszy od siebie.
Z pozoru Thor to tylko kolejna hollywoodzka superprodukcja i kolejna dawka mocno przesadzonego łubudu-bum-cmok. Chociaż… Tym razem film znów trafił na specyficznego odbiorcę o nietypowych oczekiwaniach. Dla takiego widza jak ja, pewne elementy, zarówno fabuły jak i jej oprawy, które przez innych, jak znam życie, zostały odebrane wręcz jako atuty, niestety okazały się co najmniej tak niestrawne jak przeterminowana sałatka śledziowa. Fakt, że przedstawiona przez twórców wizja Asgardu i jego mieszkańców kłóci się z moją własną jest naprawdę najmniej istotnym powodem tej opinii. Tym, co najbardziej mi przeszkadzało był klimat, jaki roztaczały obrazy widoczne na ekranie. I właśnie dlatego, na głowy filmowców także ode mnie lawinowo posypią się kolejne ciosy.
Jeżeli chcesz przekonać się za co Lorelay bije twórców filmu, zajrzyj TUTAJ.

















































