Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Ósmy dzień stworzenia



“ (...) Stworzył więc Bóg człowieka na swój
obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i
niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do
nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście
zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali
nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi
zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto
wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i
wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was
będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla
wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po
ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa
zielona». I stało się tak. A Bóg widział, że
wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór
i poranek - dzień szósty. „

Mężczyzna zamknął księgę
spoglądając z czułością na śpiącego synka. Wstał i tak
cicho, jak tylko potrafił, ruszył w kierunku wyjścia z dziecinnej
sypialni.

- Tato? - odezwał się malec
otwierając oczy.

- Mhm?

- A siódmego dnia? - zapytał
chłopczyk ziewając.

- Siódmego dnia Bóg
odpoczywał.

- Odpoczywał? Czyli co dokładnie
robił?

Ojciec westchnął cieżko.

- Oj, na to jesteś jeszcze za mały –
roześniał się mimo ogarniającego ciało i umysł zmęczenia. -
Opowiem ci o tym, jak będziesz starszy. Teraz już śpij.

- Jak będę starszy? Czyli kiedy?

Mężczyzna objął głowę rękoma.
„Nie jest łatwo być ojcem” - pomyślał.

- Jak... - zastanowił się przez
chwilę. - Jak skończysz piętnaście lat – odpowiedział
pospiesznie, czując, że i jemu powieki powoli zaczynają ciążyć
– czyli za osiem – dokończył pokazując przy tym synkowi tyleż
palców.

***

- Nie biorą – skwitował chłopak
wydymając usta w grymasie niezadowolenia.

- Cicho, synek, bo je płoszysz –
odparł siedzący obok mężczyzna zniecierpliwionym szeptem.

Chłopak zamilkł. Przez chwilę
wpatrywał się leniwie w pogodne niebo, niemal zapominając o
trzymanej w rękach wędce. Z trudem powstrzymywał cisnące się na
usta, potężne ziewnięcie. “Łowienie ryb jest nudne. Nudne jak
flaki z olejem.” - marudził w myślach - “Ale... to ostatnio
jedyny sposób, by pobyć z ojcem.” Postanowił więc trochę
jeszcze poudawać, że lubi wędrakrstwo. “Będę siedział cicho i
wyglądał na zadowolonego. Wcale nie jestem znudzony. Będę
siedział cicho...”. Nie wytrzymał.

- Tato?

- Hm?

- A jak to było z tym siódmym
dniem?

Tym razem w “Hm?” zabrzmiało
wyraźne zdziwienie.

- No... co Bóg robił siódmego
dnia?

Mężczyzna odwrócił twarz i
spojrzał na syna z uniesionymi wysoko brwiami.

- Nie pamiętasz? Kiedy byłem mały
czytałeś mi o sześciu dniach, kiedy Bóg stwarzał świat.
Kiedy zapytałem o siódmy dzień, powiedziałeś tylko, że
odpoczywał.

- Mhm.

- Miałeś mi opowiedzieć o siódmym
dniu, jak będę starszy, jak skończę piętnaście lat. Obiecałeś.
Pamiętasz?

- Mhm...

- Opowiesz? - chłopak popatrzył ojcu
prosto w oczy, wyuczonym cielęcym wzrokiem. Zawsze skutkował. -
Tato?

- A ryby?

Młody uśmiechnął się w duchu.
Zawsze działa! Ton głosu ojca wyraźnie wskazywał, że ten
mięknie.

- Przecież i tak nie biorą.

Mężczyzna westchnął ciężko
wyjmując wędkę z wody. Spojrzał tęsknie na pusty haczyk. Skubana
zabrała przynętę i tyle ją widzieli...

- Siódmego dnia Bóg
spojrzał na świat,który stworzył i powiedział: “Jest
piękny”. Uznał, że zasłużył na odpoczynek - zaczął zwijając
ostrożnie żyłkę. - Położył więc swoje boskie ciało na
porośniętej soczystą, zieloną trawą polanie, pośrodku gęstej
puszczy pełnej życia, które wyszło spod jego wszechmocnych
dłoni. Leżał tak i leżał, aż wtem w jego boskiej głowie
zrodziła się myśl. Myśl brzmiała następująco: “Smutno tak i
nudno odpoczywać w samotności”. Zawołał więc do siebie
człowieka, którego stworzył dnia poprzedniego na swój
obraz i podobieństwo oraz jego niewiastę, by przyszli i wraz z nim
odpoczywali. Zjawili się natychmiast oboje uradowani, że oto Pan
zechciał odpocząć wspólnie z nimi. Położyli się obok,
jak im Bóg nakazał i tak we troje wspólnie
odpoczywali. Leżeli, leżeli, aż wtem w boskiej głowie znów
zrodziła się myśl. Brzmiała ona następująco: “Cóż z
tego, że odpoczywamy wspólnie, skoro leżymy w milczeniu”.
Wypowiedział Pan ową myśl głośno, tak by mężczyzna i niewiasta
usłyszeli. Zgodzili się z nim, nie szczędząc przy tym pochwał
nad boską roztropnością i światłym umysłem. Rozmawiać więc
poczęli wszyscy troje. Rozmawiali tak, rozmawiali, aż wtem tematów
do konwersacji im brakło. Wtedy to w boskiej głowie zrodziła się
myśl kolejna. Brzmiała ona: “Zdałoby się jakoś atmosferę
rozluźnić, to i łatwiej by szła nasza dyskusja”. Podzielił się
Pan, rzecz jasna, spostrzeżeniem swoim z ludzkimi towarzyszami.
Wtedy to myśl zrodziła się w głowie mężczyzny, wszak na obraz i
podobieństwo pańskie stworzony został. Brzmiała owa myśl: “A
gdyby tak z nieświeżych owoców trunek sporządzić, który
ożywiłby umysły ospałe, a i humoru dodał, może by łatwiej szła
nam rozmowa?” Tak oto mężczyzna wymyślił wino, pokazując, że
godny jest nazywania się boskim stworzeniem. Jako, że Bóg
odpoczywać miał tego dnia i nic już nie stwarzać, obaj zgodnie
zlecili wina sporządzenie niewieście. Ona to oddaliła się, by
prośbę ich spełnić, a gdy wróciła, dzban pełen płynu o
barwie ciemnoczerwonej niosła. Pili w ten czas i pili, a rozochocili
się wszyscy troje do rozmowy, języki rychło się im rozwiązały,
a dowcip wyostrzył. Tak oto upłynął wieczór i poranek –
dzień siódmy.

Spojrzał na pogodną, zasłuchaną
twarz syna. Uśmiechnął się. Doskonale wiedział, że smarkacz nie
znosi łowić ryb, ale to był jedyny sposób, by spędzić z
nim sam na sam trochę czasu. Chłopak dorastał i tylko gnało go do
kumpli. On sam, prawdę mówiąc też za wędkarstwem nie
przepadał, nudne to i monotonne, ale chłopakowi się przyda, żeby
zupełnie w tej burzy hormonów nie zapomniał, że ma ojca.

- I to już koniec? - usta Młodego
wygięły się w podkówkę, jak u małego chłopca.

- Nooo... w zasadzie był jeszcze ósmy
dzień...

- Ósmy? - zdecydowanie nie tak
uczono go w szkole.

- Tak, ósmy, ale jego nikt
nigdzie nie opisał.

- Dlaczego?

Ojciec podrapał się odruchowo po
łysiejącej głowie.

- Bo to nieprzyzwoita opowieść.

Obserwował jak twarz Młodego w jednej
chwili rozpromienia szeroki uśmiech. Gówniarz skubany! Cóż...
w tym wieku każdy chłopak na dźwięk słów “nieprzyzwoity”i
“sprośny” reaguje pełnym euforii zainteresowaniem. Przynajmniej
wiadomo, że normalny, zdrowy facet z niego wyrośnie.

- Tato opowiedz – prosił Młody znów
patrząc tym swoim cielęcym wzrokiem.

Zawsze działa. Prawie zawsze...

- O nie, smarkaczu jeden, o tym opowiem
ci, jak dorośniesz – na twarzy ojca wykwitł złośliwy uśmieszek,
kontrastujący z surowością wzroku.

- To znaczy kiedy? - burknął obrażony
młody. Jego spojrzenie spod byka zdawało się mówić: “Bo
ja niby gówniarz jestem, tak?”.

- W dzień twoich osiemnastych urodzin
– wyseplenił ojciec przez zaciśnięte groźnie usta. Silił się
jak mógł, by nie okazać rozbawienia. - Znaczy się za trzy
lata – pomachał przy tym przed nosem młodego stosowną liczbą
palców.

Chłopak westchnął ciężko,
rozczarowany. W końcu trzy lata to kupa czasu.

***

- To co, ojciec? Jeszcze po jednym? -
odezwał się, odrobinę już bełkotliwie, świeżo upieczony
pełnoletni człowiek.

To był dobry dzień. Szczególnie
dla Młodego, który zresztą coraz częściej zaczynał
furczeć oburzony, gdy go tak nazywano. Nareszcie będzie mógł
pomachać tej rudej pindzie w sklepie osiedlowym, przed wiecznie
zmarszczonym nosem, dowodem osobistym. Spróbuje mu teraz taka
powiedzieć, że mu fajek nie sprzeda. Szkoda tylko, że ojciec nie
zabrał go na panienki, tak jak opowiadali kumple, którzy
wcześniej obchodzili swoje osiemnastki, ale przynajmniej siedli
razem przed telewizorem i mają zamiar porządnie się urżnąć.
Pierwsze legalne pół litra, spokojnie, w ciepłym domu, z
własnym starym... ach te uroki dorosłości.

- Ojciec? - zagadnął znowu, po czym
łyknął do dna. - A pamiętasz, co mi obiecałeś?

- Hm?

- No, trzy lata temu, na rybach.

- Hm? - mruknął starszy facet
wyciągając w kierunku syna paczkę Cameli.

Młody nie odmówił.

- Miałeś mi opowiedzieć o ósmym
dniu stworzenia. Obiecałeś, że jak skończę osiemnaście lat.

Odpalił papierosa i rozparł się
wygodnie w fotelu, spoglądając na ojca wyczekująco.

- Bo widzisz synu, to było tak. -
zaczął wypuszczając nosem chmurę dymu - W noc z dnia siódmego
na ósmego nie spał ani Bóg, ani mężczyzna, ani
niewiasta. Winem rozochoceni siedzieli dalej na tej polanie i
rozmawiali, a dyskusje coraz bardziej ożywione się stawały, dowcip
coraz ostrzejszy, a odwagi im tylko przybywało. Siedzieli tak i
pili, aż wtem gość nieproszony się napatoczył. Gościem tym był
wąż, którego zapach wina zwabił. Jako, że wino łagodzi
obyczaje i społecznie nastraja, zaprosili oni węża do swojej
biesiady, by z nimi nowego trunku popróbował. Wężowi myśl
ta niezmiernie się spodobała, został więc gościnie rad
niezmiernie. Tak oto dalej siedzieli, pili i rozmawiali już we
czworo. Wtedy to w głowie węża zrodziła się myśl. Myśl owa
brzmiała: “Mamy pośród nas niewiastę, a siedzimy niczym
te kwoki na grzędzie, nic poza przyglądaniem się jej nie czyniąc.
A gyby tak wziąć ją między naszą trójkę, dla każdego
miejsca by starczyło”. Gdy myśl swą głośno wypowiedział,
obruszył się mężczyzna, mówiąc, że jego jest niewiasta i
tylko jego, że to on dostał ją za żonę, błagalnie przy tym
spoglądał na Pana, by ochotność węża pochamował. Odezwał się
w ten czas Bóg i wstawił za mężczyzną, który spod
jego rąk przecież wyszedł. Wąż zaczął tedy do ucha mężczyźnie
szeptać, co z niewiastą zrobić można, by go rozochocić. Myślał
sobie: “Sam się smakiem muszę obejść, to chociaż popatrzę,
oczy nacieszę”. Szeptał mu i szeptał, aż wtem chuć winem
pobudzona i sprośnymi słowy, górę wzięła nad wstydem
przed Panem obok siedzącym. Wziął mężczyzna niewiastę i hardo z
nią poczynać zaczął, a wąż patrzył i oczy cieszył. Wtem w
głowie węża myśl się zrodziła. A tak oto brzmiała: “Dlaczego
siedzieć mam jak ta kwoka na grzędzie i patrzeć, jak ten oto sobie
z niewiastą swoją używa. Drugiej wszak takiej nie ma, a tej tknąć
mi niewolno, ale cóż... na bezrybiu i rak ryba. Nie ma
niewiasty to i taki Bóg się nada”. Przysunął się więc
wąż bliżej ku Panu, rękę mu na kolanie położył, szeptać do
ucha zaczął... i tego już Bogu cierpliwemu było za dużo. Wstał
wnet, huknął, ryknął, tupnął, piorunami sypnął, aż biednego
węża w ziemię wgniotło. Wąż zaś przerażony, drżąc cały
przed boskim gniewem na mężczyznę wskazał, że to jego wina
mówiąc, bo go swymi poczynaniami rozochocił. Mężczyzna zaś
kuląc się ze strachu oznajmił, że to niewiasty wina, bo wdziękami
szafuje wszem i wobec, przez co prowokuje jego, a tym samym on węża.
Wciekły Bóg nie mogąc z szukaniem winnego dojść do ładu,
a w porywie gniewu wciąż działając, wygnał z raju i mężczyznę
i niewiastę, a węża w otchłań strącił. Tak oto minął wieczór
i poranek...

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

Świetny tekst :D

Świetny tekst :D Ale ja mam słabość i do Twoich opowiadań, i do Genesis, więc musiał mi się podobać ^^
Świetna konstrukcja, oparta na dorastaniu chłopca, ciekawie opisane pojawianie się używek... No ale końcówka to majstersztyk, wszystko ładnie wkomponowane w Biblię :)
Czytało się świetnie. Lubię takie niespodzianki ^^

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi