Beltaine
Każdego roku niezmiennie Jasność
toczy bój z Ciemnością. Zamknięty krąg czasu tworzy
nieustannie nowe koła, a początek i koniec wyznacza Świt i
Zmierzch. Na przemian nastaje Pora Jasna, to znów Ciemna. Jak
słońce wschodzi i zachodzi każdego kolejnego dnia, tak każdy rok
odchodzi w niepamięć, ustępując nowemu. Coś się kończy, a coś
zaczyna, potem znów kończy, by znów coś mogło się
zacząć. Ludzie umierają i rodzą się, łączą w pary i
rozchodzą każdy w swoją stronę. Nie ma w tym różnicy
między nami a możnymi bogami, zamieszkującymi świat niewidoczny
dla oka śmiertelnych, a jednocześni znajdujący się tuż obok. Są
jednak dwa dni w cyklu rocznym, kiedy to granica między dwoma
światami – ludzkim i boskim, zaciera się tak bardzo, że staje
niemal płynna. W te dni boskie stopy dotykają ziemi podbitej i
zasiedlonej przez człowieka, sprowadzając na jej mieszkańców
wielkie szczęście i wielką rozpacz. Jeśli umie się patrzeć,
dostrzec można cuda i dziwy. Jednym z takich dni jest Beltain,
radosne święto, w którym płoną błogosławione ognie, a
Porę Ciemną zastępuje Pora Jasna, dzień narodzin światła i
zaślubin bogów.
***
Przyklękając lekko na jedno kolano,
trzech odświętnie odzianych mężów w sile wieku, złożyło
drewno z ostatniego – trzeciego wyrębu dziewięciu świętych
drzew u stóp ośmiu starców. Sędziwi druidzi o długich
brodach: Mądry Seanan, Nuala Stary, Mistrz Nean, Molloy Dostojny,
Loman Oświecony, Liam Strażnik, Daley Dobry Doradca i najstarszy -
Cian, stali nieruchowo pośrodku polany odziani w czystą biel.
Spoglądali na horyzont, na chylące się już ku zachodowi słońce.
Czekali. Złoty Rydwan Luga za chwilę schować się miał za
widnokręgiem, oznajmiając początek święta. Choć porę
świętowania wyznaczała noc, to nie narodziny Księżyca
celebrowano. Gdy wstanie świt, rozpocznie się Pora Jasna, czas
panowania Słońca. Wszystkie oczy skierowane były teraz w stronę
starców. Wszyscy czekali. Dziesiątki oczu z niecierpliwością
wpatrywały się w różnobarwne odcienie malujące się na
gwiezdnym sklepieniu oczekując, aż zapanuje na nim niepodzielnie
ciemny granat, a Czcigodny Cian da znak, by zapalić stosy.
***
Siedzieli w milczącym oczekiwaniu. Co
roku dwukrotnie odprawiali ten sam, niezmienny rytuał, jednak
przygotowaniom za każdym razem towarzyszyła cisza. Zawsze czynili
to samo, z identycznym zaangażowaniem, jak gdyby stać się miało
po raz pierwszy. Było tak i tym razem. Zebrali się wszyscy. Na
podwyższeniu zasiadała Matka, wielka bogini o twarzach tak wielu,
iż prawdziwej nie znała zapewne i ona sama. U obu jej boków
rozparte siedziały Riannon–Królowa o jasnym, nieruchomym
obliczu i posępna Rosmerta, kryjąca upiornie bladą twarz za mgłą
czarnego welonu. Za tronem Macierzy, oparta dłońmi o wezgłowie, z
plecami jak struna prostymi, stała spokojna i niewzruszona Danu
Szlachetna. Po prawej stronie wpatrzona w dal mądrymi oczyma trwała
Epona o końskim obliczu, po lewej zaś Maia, której nagie
ciało pokrywały nieustannie nigdy nie wysychające krople rosy. Za
nimi, w trzecim szeregu, zgromadziły się inne, nie mniej
majestatyczne pomimo młodości. Zjawiła się Arduina, na tę noc
opuszczając swój bór i rezygnując z postaci dzikiej
lochy, jaką zwykła przybierać. Przybyła też Etain-Wróżka
i Nantosvelta o surowych, ostrych rysach, dumna Vesunna o zimnym
spojrzeniu i Aventia w płaszczu z morskiej piany oraz mieniąca się
paletą barw rozmaitych Sirona. U stóp tronu Matki
przycupnęła Badb pod postacią czarnowłosej Morrigan – Kruka
Wojny, dziś odzianej nie w lśniącą zbroję, z jaką zwykła nigdy
się nie rozstawać, lecz strojną suknię barwy starego wina,
zdobioną szczerym złotem. Tuż obok niej nierozłączna siostra
przyrodnia, Airmed – boska zielarka, przepełniona błogim
spokojem, jakby senna. Nieco na uboczu trzymały się powabne Córki:
Brygit niewysłowionej urody, Branwen z wodnym kwieciem we włosach,
zwiewna Der Greine i ponura Olwena. Nawet Matrony przerwały swą
błędną wędrówkę, by niepozornie skryć się w cieniu
Możnych.
Naprzeciw rozstawili się dwuszeregiem
boscy małżonkowie i synowie. Kolejno więc stanęli w pierwszym
rzędzie: Promienny Belenos o ognistym wejrzeniu i pogodnym licu,
białobrody Bres, jednooki Balor, zamyślony Elatha przyciskający
do piersi opasłe księgi, Dobry Dagda jaśniejący oślepiającym
blaskiem, Słoneczny Lug złotowłosy skąpany w połyskliwej
poświacie, skryty w nieprzeniknionej czerni, zakapturzony Sucellos,
zakuty w żelazo Net z nagim mieczem u boku, Tarvos Trigaranus pod
postacią byka z trzema nieodłącznymi żurawiami na grzbiecie i
olbrzymi, szaro–brązowy Teutates. Za ich plecami zaś: Creidne –
boski kowal o dłoniach wielkich jak chlebowe bohny i ciężkich,
niczym miech żelazny, Crom Cruaich w szacie świeżą krwią
spływającej, poważny Goibniu, boski medyk Grannos o dobrotliwym
obliczu, błękitnooki Arar, młody Bran Błogosławiony, Manannan
spowity odcieniami granatu i zieleni, okryty niedźwiedzią skórą
Artaios i Cernunnos z jelenim porożem zdobiącym dumnie uniesioną
głowę. Z obu boków i na tyłach orszaku straż pełniło
trzech synów Danu – Iuchair, Iuchairbair i Brian.
Czekali.
***
Niebo nad głowami zgromadzonego tuatha
pokrył jednolity, głęboki granat, wpadający w czerń. Uniesione
ku niemu twarze oblała srebrzysto-szara poświata księżycowego
blasku. Cian skinął na siedmiu pozostałych starców
skąpanych w nieskalanej bieli, ci zaś poruszyli się powoli,
ospale. Obrócili twarze w stronę ludu. Kolejno unieśli w
górę płonące pochodnie. Ostatni odwrócił się sam
Cian.
- Tej nocy – zagrzmiał donośnym
głosem, a lud zamarł zasłuchany – Światłość znów
stoczy straszliwą bitwę z Ciemnością i jak co roku o tej porze,
zwycięży. To właśnie teraz dane jest nam kolejny raz celebrować
święto Płonącego Ognia, czas oczyszczenia. Tej nocy niech nie
zdziwi was, jeśli ujrzycie dziwy nie z tego świata, jeśli duchy
ojców i matek, sióstr waszych i braci, których
nie ma już z nami, przyłączą się do wspólnego tańca, a
możni bogowie przechadzać się będą pośród nas. My zaś
świętujmy, tańczmy i śpiewajmy, bo czas to radosny. Jedzmy do
syta i pijmy ku wesołości, a niech nikomu niczego nie braknie.
Jeśli kto zechce, niech oddali się w miejsce ustronne, by
splecionym dwojgiem ciał chwalić bogów. Oto słońce odeszło
właśnie za widnokrąg, by powrócić o świcie, jako zwiastun
zwycięstwa Jasności. Czas, by zapłonęły szczęśliwe ognie. -
Starzec zawiesił znacząco głos, by po chwili rozległ się jeszcze
głośniej i czyściej. - Zapalcie bil tene!
***
Matka uniosła upierścienioną dłoń.
Powoli, bezszelestnie, obróciła całą swą majestatyczną
postać w stronę boskich mężów. Powiodła wzrokiem po ich
dostojnych szeregach. Wymownym gestem wskazała płomiennookiego
Belanosa, a ten natychmiast wystąpił naprzód. Raźnym,
sprężystym krokiem podszedł do niewidzialnej ściany dzielącej
światy. Przystanął. Czekał. Siedzące boginie tymczasem powstały
ze swych miejsc. Wszystkie, prócz Przeświętej Macierzy,
która to gwałtownie opuściła rękę.
- Otworzyć granicę! - zakrzyknęła
potężnym głosem Riannon-Królowej, zajmującej miejsce po
jej prawicy.
Na te słowa wszyscy zgromadzeni
wyciągnęli przed siebie ramiona. Ozwał się śpiew, tubalny,
czysty i donośny, dziesiątek głosów złączonych w jednym
zgodnym chórze. Bogowie śpiewali, a była to pieśń władna
rozbić niewidoczną zaporę między światem boskim i ludzkim.
Belanos zaś zapłonął żywym ogniem, którego płomień
wzbijał się wysoko, łącząc z wszystkimi zapalanymi na ziemi bil
tene, zbierając w jeden równy słup. Rozpoczęło się
Beltain.
***
Płomienie buchały wysoko, zdawałoby
się, pod samo sklepienie nocnego nieba, barwiąc jego ciemny granat,
blaskiem ognistych czerwieni i złota. Swawolne iskry sypały się na
cztery strony świata, roznoszone ciepłym, lekkim wiatrem, wirowały
wokół unoszących nad stosami siwych smug dymu. Raz po raz
ktoś rzucał w sam środek płomieni cienką szczapkę lub grubsze
polano. Tu i ówdzie widać było ogniste kręgi zataczane w
powietrzu, na kształt słonecznych promieni, nad głową
obracającego sie w tańcu człowieka.
Przez największy ze stosów jako
pierwszy skoczył zwalisty, mężny Tora. Jego muskularna, potężna
sylwetka przetoczyła się przez ogień szybko i sprawnie. Włosy
związane w ciasny węzeł na plecach podskoczyły nieznacznie. Z
głuchym tąpnięciem ogromny mąż wylądował na ziemi, by
powtórzyć skok. Tora wyruszał niebawem w podróż,
wykonał więc to samo, po raz trzeci, by szczęście i boskie
błogosławieństwo towarzyszyły mu w drodze.
***
Zza woalu czarnego welonu, w taniec
rozkołysanych na nagim torsie mężczyzny mięśni, wpatrywały się
bezdenne oczy Rosmerty. Posępną twarz na moment rozjaśnił jakby
cień uśmiechu.
- Chcę go mieć – oznajmiła krótko,
przywodząc na myśl zawodzenia lamentujących płaczek.
- Życzenie twoje, Pani, jest dla mnie
rozkazem – Dudniąca odpowiedź brzmiała, jakby docierała z
samego wnętrza ziemi. Sucellos skłonił lekko głowę przed boską
małżonką.
- Nie tak prędko – przerwał mu
czysty, mocny kobiecy głos. Ku władcom śmierci i zniszczenia
zbliżała się powolnym, posuwistym krokiem Riannon–Królowa,
olśniewając pełnią swego majestatu wszystko, co stanęło na jej
drodze. - Jemu trzeba jeszcze tam pozostać. Bardziej nada się
swoim, niż tobie, siostro. Zbyt jest potrzebny, by dla twojej
zachcianki sprowadzać go do miejsca, w którym zwiędnie i
zmarnieje, nim zdążysz znudzić się podziwianiem jego atrybutów.
Gdyby tylko wzrok Rosmerty mógł
wyrazić cokolwiek, niechybnie rzuciłaby z oczu pioruny w stronę
siostrzanej bogini. Tymczasem spoglądały na nią jedynie dwie
studnie bez dna, czarne jak przedwieczna otchłań, osadzone w
śmiertelnie białym obliczu.
Spod kaptura byłysnęły dwa blade
światła dopalających się ogni.
- Jeśli Pani moja pragnie tego
śmiertelnego, moim obowiązkiem jest uczynić, by dostała czego
zechce. - Sucellos obrócił się w ku ulubienicy Macierzy,
odsłaniając upiorną czaszkę obciągniętą ciasno skórą.
Puste oczodoły, w których czaiły się tylko te dwa blade,
dogasające w nieskończoność światła, utkwił w Królowej,
świdrując na wylot jej myśli.
- Nie godzę się – odparła Riannon
stanowczo. - Stanę przeciw wam.
Czas jakiś milczeli oboje, mierząc
się w ciszy na siły umysłu i woli. Pan Śmierci wiedział jednak,
że mimo całej swej potęgi, nie będzie nigdy w stanie złamać
tej, za którą stoi sama Matka, otaczając ją przedwiecznym
uściskiem opiekuńczych ramion. Rzekł wreszcie:
- Niech więc rozstrzygnie uczciwa
konkurencja. Jeszcze tego roku zdobędę go dla mojej Pani, jeśli
nie zdołasz mi przeszkodzić. Każda chwila twojej nieuwagi
kosztować go może życie, a twoje nadzieje, jakie względem niego
żywisz, spotka niepowodzenie. Bądź więc czujna, Riannon. Gdy cykl
roczny się zamknie, a mnie się nie uda, uznam, że przegrałem i
zostawię go tobie.
- Czy jeden rok to nie zbyt wiele dla
ciebie? Czyżbyś był nieudacznikiem, Sucellosie? - zadrwiła dumna
Królowa.
- Doceniam jedynie godnego przeciwnika.
- Daję ci czas do święta Samhein.
***
Nieopodal, przez mniejsze stosy skakały
dziewczęta i panny sposobne do małżeństwa. Wsród chichotów
przepychały się, aby tylko prędko męża znaleźć, by był dobry,
piękny i zamożny. Z dala przyglądali się temu młodzieńcy.
Jedni, podziwiając wdzięki, snuli gorące niczym świąteczne ognie
fantazje. Inni przepatrywali roześmiany wianuszek zwiewnych postaci
w poszukiwaniu żony. Niektórzy rozglądali się raczej za
towarzyszką dzisiejszej tylko nocy lub marzyli już o Samhein, kiedy
to najchętniej pół tuzina tych płochych istotek wzięliby w
ramiona.
W cieniu rozłożystego drzewa
siedzieli zaś dostojni druidzi, lśniący wciąż nieskalaną bielą
szat, wraz z Mądrymi Staruchami - skurczoną, pomarszczoną Dellas,
Kassidy, która swym przenikliwym spojrzeniem zdawała się
czytać w ludzkich duszach i srebrnowłosą, dumną Shannon. Wśród
nich zaś unosiła się melodia wyśpiewywana słowiczym, dziewczęcym
głosem. To młoda Damhnait bawiła pieśnią starszyznę. Naraz
oczy wszystkich trzech Staruch zwróciły się ku północnej
ścieżce. Wychodziła ona na polanę z samej głębi puszczy, gdzie
spotkać można tylko dzikiego zwierza, a kto wie, czy i nie co
gorszego. W tamte tereny jak dotąd nikt się nie zapuszczał.
Pozostawały one niezaludnione i dzikie. To właśnie stamtąd, z
wnętrza leśnego ostępu, wyłoniła się sylwetka otulona szarym
płaszczem wędrowca. Drogą szedł ku świętującym człowiek
wsparty na sękatym kiju.
- Biją pod niebo bil tene jasnym
ogniem, to Beltain, czas szczęśliwych płomieni, narodziny Słońca,
czas walki, którą zawsze zwycięża Jasność – wymamrotała
półgłosem stara Kassidy.
W tej samej chwili jedna z dziewcząt,
plotących na uboczu wianki, drgnęła. Obróciła się ku
Starusze, po czym jej niewidzące oczy powędrowały w stronę, z
której nadchodził obcy. Sile, choć nie widziała od
urodzenia, obdarzona była innym zmysłem, wyczuwała całą sobą
więcej niż ktokolwiek inny. Od dziecka widywała ona zmarłych,
istoty nie z tego świata, a podobno miała czasem wizje przyszłości.
Shannon uważała, że wzrok był ceną, jaką Sile musiała zapłacić
za dar po trzykroć cenniejszy. Kassidy – Widząca już w dniu
narodzin wybrała dziewczę na swoją następczynię.
- I po cóż ty, Sile, pleciesz
wianki? Ty przecie nigdy męża mieć nie będziesz. Na Widzącą cię
sposobią. – Z rozmyślań wyrwała dziewczynę jedna z
towarzyszek, siedząca najbliżej Bevin o dźwięcznym, melodyjnym
głosie, która śpiewem niemal dorównywała poetce i
bardowi, Damhnait.
Sile przyzwyczajona do zaczepek
rówieśniczek – milczała.
- Cicho, Bevin, nie drażnij jej, bo
jeszcze urok na ciebie rzuci – trącając łokciem przyjaciółkę,
syknęła prześliczna Blaithin, najmłodsza z dziewcząt, wiosen
licząca ledwie czternaście.
- A to czemu Sile za mąż iść nie
może? - odezwała się za ich plecami Carrie, siostra Blaithin,
starsza o trzy lata. - Nie ma takiego prawa, aby Staruchy musiały
być niezamężne. Shannon była dwa razy, nim posunęła się w
latach na tyle, by doradzać.
Carrie była zawsze życzliwa, a
uśmiech nie schodził z jej piegowatej twarzyczki. Wszystkim chętnie
niosła pomoc w potrzebie, a na nikogo nawet źle nie spojrzała.
Dobre to było dziewczątko i miłe, tak więc ją Sile lubiła i z
nią rozmawiała, jako jedyną wśród młodych panien.
- A na co komu ślepa żona? - burknęła
Ita, najstarsza z nich, dobrze zbudowana, ciemnowłosa, zielonooka
dziewiętnastolatka o wydajnym biuście, falującym przy każdym
ruchu. - Ani taka strawy nie uwarzy, bo jeszcze się poparzyć może
i buzię oszpecić, ani w obejściu nie ogarnie, ani bydła nie
dojrzy, dzieci nawet strach takiej pozwolić chować, bo jeszcze
ukrzywdzi przez przypadek.
- A ona się byle jakim nie zadowoli, o
nie – pospieszyła kontynuować Ashling, która wprawdzie
pięknością nie była, ale nie wiedzieć czemu mrowie chłopców
i dorosłych mężów zawsze miała przy sobie. - Choć powinna
być wdzięczna, jeśliby ją chociaż kulawy starzec zechciał. A
jej się Tora marzy.
Poza serdeczną Carrie, naraz wszystkie
wybuchły śmiechem. Sile poczuła, jak na policzki wypełza jej
krwisty rumieniec wstydu. Skuliła się w sobie, a gdyby mogła,
najchętniej zapadłaby się pod ziemię.
- Tora jej się śni po nocach, dacie
wiarę? Gdzie jej, ślepej dziewusze, do niego...
Sile wbiła prosto w Ashling
nieruchome, szare oczy.
- Ciebie też nie chciał. Odmówił,
jak go prosiłaś, żeby poszedł w las z tobą – rzuciła jej Sile
przez ramię. Odwróciła się i odeszła w stronę starszyzny.
Wśród dziewcząt zapanowało
poruszenie. Ashling próbowała tłumaczyć się z łgarstwa,
inne atakowały ją, krzyczały, docinały. Sile już to nie
obchodziło. Ona kończyła właśnie swój wianek, słuchając
melancholijnej pieśni Damhnait, skryta za bezpiecznymi plecami Liama
Strażnika.
***
Większa część mężczyzn zajęta
była tymczasem przeprowadzaniem, dla oczyszczenia, bydła przez
popioły najmniejszego, dogasającego stosu. Był wśród nich
i Tora - człowiek majętny. Stada posiadał, po wodzu Vortigernie,
największe w całym tuatha. Z pomocą młodszych braci prowadził
je teraz, by i na zwierzęta przeszło szczęście od świętego
ognia, aby się dobrze pasły i właścicielowi pożytek przyniosły.
- Czy ja też mogę przejść przez
popiół? - usłyszał za sobą pytanie.
- To stos dla zwierząt, przyjacielu –
odparł Tora, nie odwracając się ku rozmówcy. - Dalej płoną
jeszcze inne, idź tam, skocz przez ognie, nie godzi się, byś za
bydlętami przechodził.
- Stopę miałem zranioną i jeszcze
nie do końca się wygoiła – rzekł tamten. - Nie zdołam przez
ogień przeskoczyć, a gniewu boskiego nie chcę na siebie ściągnąć.
Tora obrócił się i przyjrzał
mężczyźnie odzianemu w szary płaszcz podróżny. Nie znał
go i nigdy wcześniej nie widział.
- Nie jesteś z naszego tuatha –
bardziej stwierdził, niż spytał.
- Nie jestem – zgodził się tamten.
- Co więc tu robisz w dzień
świąteczny?
- W podróży byłem, a chcąc na
święto do domu wrócić, zbłądziłem w kniei. Dotarłem
wreszcie tutaj, a radość moja była wielka, gdy was ujrzałem
świętujących. Spytałem tedy waszych druidów, czy mogę z
wami Beltain celebrować, zanim ruszę w dalszą drogę. Obyczaj
nakazuje i obcego na uroczystości przyjąć.
Tora skinął głową na znak, że
zrozumiał. Uśmiechnął się lekko do nieznajomego, by dać wyraz,
że szanuje decyzje czcigodnych kapłanów.
- Wycofać stada! - zakrzyknął na
braci. - Puśćcie przodem tego człowieka.
- Prawyś, przyjacielu. Niech ci
bogowie dobrem odpłacą... Jak ci na imię?
- Tora.
- Mnie zwą Doran – powiedział
przybysz, po czym oddalił się przez środek wygaszonego stosu.
Mężczyzna nie zdążył obejrzeć się
nawet za odchodzącym, gdy prowadzących stada dopadł mały Weylin.
- Maypole już gotowe! Chodźcie!
Chodźcie! - krzyczał chłopczyk.
Tora popędził braci, którzy
pospiesznie dokończyli obrząd. Po chwili wszyscy żwawym krokiem
ruszyli w stronę centrum polany, gdzie stosy płonąć miały aż do
świtu. Wkrótce zebrało się tam całe tuatha. Ludzie
zadzierali głowy, by dojrzeć szczyt jesionowego pala wbitego w
ziemię. Tora próbował skupić się na słowach Ciana, które
jednak umykały mu gdzieś na wietrze. Nie potrafiłby zapewne
wytłumaczyć, z jakiego powodu czuł się tak nieswojo, dziwnie.
Oderwał na chwilę wzrok od wspinającego się na szczyt maypole
młodego Tormeya. Rozejrzał się. Przez moment zdawało mu się, że
jakaś postać przemknęła przez tłum, rozpływając w powietrzu.
Zmarszczył brwi. Nadal nie mógł oprzeć się nieprzyjemnemu
wrażeniu, że jest obserwowany, że z nieokreślonego punktu wśród
zebranych przygląda mu się jakaś ciekawa para oczu. Odetchnął
głęboko, usiłując ponownie skoncentrować uwagę na odprawianych
rytuałach. Gdy znów uniósł głowę, na szczycie pala
wisiała już barwna korona, misternie splecionych kobiecymi dłońmi,
kwiatów. Ir crann hadh. Drzewo Życia... Pod nim zaś stała
para gotowa do zaślubin. Płomiennowłosa Bairre, cała w bieli i
zieleni, przyozdobiona jedynie wiązkami z ziela i kwiatów
oraz błękitnooki, jasny Keith, wysoki niczym brzoza. Przed
zamglonymi oczyma Tory poczęły przesuwać się obrazy. Dłonie
splecione wstęgą. Złote obręcze zawieszone na szyi, między dwoma
wzgórzami kobiecych piersi. Twarz... To nie Bairre. Obok niej
nie stoi Keith. To on sam – Tora. Isleen... Różnobarwne
kwiecie wplecione w złote loki, w których odbijają się
promienie słońca. Biała tunika haftowana złotą nicią, opasana
łańcuchem z luźnych obręczy, podkreślającym wąską kibić...
Zacisnął piekące powieki. Obraz nie znikł. Mężczyzna odwrócił
się i wiedziony impulsem chwili zaczął przebijać łokciami przez
tłum. Parł na przód, roztrącając nic nie rozumiejących
zgromadzonych. Poczuł wolną przestrzeń, orzeźwiający powiew
wiatru na rozpalonej twarzy. Rzucił się przed siebie, chcąc uciec
stamtąd jak najdalej od dręczących majaków, nawiedzających
go wprost z głębin przeszłości. Wpadł na kogoś. Jak przez mgłę
zobaczył upadającą postać dziewczyny. Świat przed jego oczami
wirował. W oddali słyszał znajomy, wytęskniony głos, wołający
go po imieniu. Pobiegł.
***
Sile poznała go po zapachu i odgłosie
oddalających się kroków – ciężkich i donośnych. Biegł
jak oszalały, świadczyły o tym nierówny oddech, jaki przez
chwilę poczuła na twarzy, i silniejsze smagniecie powietrza.
Wyczuwała też niepokój i wzburzenie emanujące z całej jego
postci. Gdzieś pośród tych emocji czaiła się rozpaczliwa
tęsknota. Ona potrafiła to dostrzec, nie tylko dzięki darowi
widzenia. Wołała za nim, jednak się nie zatrzymał. Gdyby tylko
widziała, gdzie jest teraz, gdyby mogła za nim pobiec... Nie mogła.
Ktoś złapał ją za ramiona, podniósł z ziemi i postawił
na nogi. Dotyk budził w niej lęk. Nie zdążyła się odezwać,
spytać o nic, choćby krzyknąć. Istota, promieniująca nieludzką
potęgą, majestatem, oddaliła się bezszelestnie, a może zniknęła,
rozpłynęła we mgle.
***
Otrząsnął się po kolejnym upadku.
Uśpione natłokiem bólu i poruszenia zmysły znów
zaczęły pracować. Na ustach poczuł słodko- metaliczny smak krwi.
W głowie pulsował tępy ból. Tora odetchnął jednak z ulgą.
Podniósł się ciężko, opierając na pobliskim pieniu
drzewa. Stanął. Przetarł twarz i rozejrzał się. Emocje opadły,
wszystko ustało. Stał przez chwilę, starając się uspokoić
oddech. Już wszystko dobrze... To tylko przeszłość, z którą
poradził sobie już dawno temu. Uporał się sam ze sobą i
wspomnieniami, z rozpaczą i przenikliwym bólem. To już nie
wróci. Tora był silny. Był jak skała. Nic nie potrafiłoby
go złamać. Ruszył w drogę powrotną na polanę, ku bawiącym się.
To Beltain, radosne święto, nie ma w nim miejsca na rozpamiętywanie
przeszłości.
***
- Myślałeś, że tak łatwo ci
pójdzie? - Sucellos usłyszał obok siebie szyderczy śmiech
Riannon. - Liczyłeś na wygraną już pierwszego dnia? Cóż,
przeliczyłeś się, mój drogi. Tymczasem: jeden – zero dla
mnie.
- Nie wyciągaj wniosków zbyt
pochopnie. Beltain jeszcze się nie skończyło.
- To nie twoje święto. Pamiętaj, że
należysz do Ciemności, a ona tego dnia niezmiennie przegrywa. Dałam
ci czas do Samhein dla wyrównania szans. - Królowa
zachichotała rozbawiona.
- Wiele jeszcze może się wydarzyć,
Riannon. Wszystko można jeszcze zmienić. Jesteśmy bogami tych ziem
i tych ludzi. Należą do nas. Kto ma władzę zakłócić
cykl, jeśli nie właśnie my?
Dumna Królowa zacisnęła zęby.
- Nie odważysz się – syknęła. -
Jesteśmy bogami, ale harmonia świata zawsze pozostanie ponad nami.
Ona jest tylko w rękach Matki.
- Bardzo łatwo możemy to sprawdzić.
Tym razem to on wybuchnął śmiechem.
Głuchym i dudniącym, jak bębny wybijające opętańczy rytm na
dnie otchłani.
***
Gdy Tora ponownie wszedł na miejsce
świętowania, ceremonia zaślubin była już skończona. Nowych
małżonków nigdzie nie było widać. Z pewnością oddalili
się w ustronne miejsce, w poszukiwaniu intymności. Inni tańczyli,
pili, jedli, śpiewali pieśni ku chwale świętych ogni. Beltain
trwało. Między pląsającymi radośnie, przemykał ponury,
zasępiony Głupiec w przebraniu kozła. Wszelkie nieszczęście
trzeba było skupić na kimś, by spadając na niego jednego, nie
dotknęło innych. Przygłupi niedorostek – Sheridan, nadawał się
do tego najlepiej. I bez tego nie przydałby się przecież do
niczego, nie przynosił pociechy rodzicielom, nie mógł liczyć
na ożenek, nie warto byłoby mu powierzyć żadnej pożytecznej
roboty. Sheridan o dzikich, nieobecnych oczach i rozumie wołu, i bez
koźlego stroju był głupi. Tora ominął chłopca beznamiętnie,
szerokim łukiem obszedł kręgi tańczących, by zbliżyć się do
ław pełnych jadła i napoju.
- Beltain Bannok. Weź synku, zobacz
jaki cię czeka los. Szczęśliwy będzie dla ciebie czy okrutny.
Weź. Zobacz. Sprawdź. - Szept starej Dellas zaświszczał w jego
uszach. Pomarszczona, nakrapiana starczymi plamkami dłoń o
kościstych, pokrzywionych palcach podsunęła mu kosz.
Wyjął kawałek kruchego pieczywa.
- Oj, niedobrze synku, niedobrze –
zagderała Starucha.
Spojrzał na trzymane w palcach ciasto.
Czarne, zwęglone...
- Będzie nieszczęście, oj będzie...
- żaliła się dalej niezrażona kobieta. - Skocz przez ogień trzy
razy, prędko, bo cię nie ominie.
Tora posłuchał. Nie było zresztą w
całym tuatha jednego człowieka, który nie posłuchałby
Mądrej Staruchy, wszystkim jak dotąd miła była własna skóra.
Zbliżył się pospiesznie do największego stosu. Ogień buchał
wysoko ku niebu, otaczając wszystko w pobliżu ciepłą, jasną
poświatą. Skry sypały się, sycząc wesoło. Tora skoczył. Gdy
jego stopy ponownie dotknęły ziemi, znów wszystko wokół
zawirowało, wzrok zmąciła mu gęsta mgła. Wołanie... Głos
wzywał go, nawoływał po imieniu z wnętrza przepastnej gęstwiny,
prosił, błagał jękliwie. Tora pobiegł. Znów pędził
przed siebie dzikim, szaleńczym pędem. Serce waliło jak oszalałe.
Zostawił za sobą polanę i świętujących. Porzucił święty stos
bil tene, skoczywszy tylko jeden raz. Wpadł między nieprzeniknione
ciemności ostępów leśnych. Mknął na oślep prowadzony tym
dźwięcznym, zawodzącym, błagalnym głosem... wyczekiwanym,
utęsknionym, ukochanym. Zatrzymał się dopiero, gdy wołanie
umilkło. Rozejrzał się wokół. Mgła zniknęła, świat
zatrzymał się, wszystko wróciło do normy. Wszystko poza
biciem jego własnego serca – szybkim, ciężkim i szalonym –
które zdawało się za chwilę wyskoczyć z obolałej piersi.
Usiadł na pniu zwalonego drzewa. Wsłuchiwał się w swój
urywany, świszczący oddech.
***
Tymczasem siedząca w otoczeniu
starszych kobiet Sile drgnąła niespokojnie. Wstała i bez słowa
ruszyła w kierunku najczarniejszej gęstwy. Niewiasty zajęte
plotkami nie dostrzegły zniknięcia dziewczyny.
***
- Dała mu za strażnika Widzącą
Dziewicę. – Głos Rosmerty zabrzmiał skargą tuzina lamentujących
płaczek.
Dogasające płomyki w pustych
oczodołach Sucellosa zabłysły tylko na moment niepokojąco.
Czarnowłosa Morrigan pokręciła
głową. Spojrzała na Dagdę, ten zaś skinął lekko.
***
Delikatne, zimne dłonie dotknęły
jego karku. Zsunęły się powoli na ramiona.
- Isleen...
- Jestem tu, kochany. Pamiętasz mnie
jednak.
- Jak mógłbym zapomnieć?
- Obserwuję cię stamtąd. Wiem, że
już dawno otarłeś łzy.
- Pogodzić się, nie znaczy zapomnieć.
- Wiem. Nie winię cię za to. Ja
jednak nie mam w sobie takiej siły. Musiałam znów cię
zobaczyć. Dotknąć. Choćby przez chwilę, jeszcze ten jeden raz
cię poczuć. Prosiłam od dawna. Nareszcie pozwolili mi. Mam tylko
kilka chwil. Chodź do mnie, kochany, pospiesz się. Po to tu jestem.
Nie pozwól, by ten krótki czas poszedł na marne. Chodź
do mnie, chodź, zanim znów odejdę. Więcej już nie wrócę.
To nasza ostatnia noc, ostatnich kilka uderzeń serca.
Wstał powoli, zasłuchany w słodki
szept, którego nigdy już nie miał słyszeć. Odeszła na
zawsze przed kilkoma laty, a on pogodził się z losem, choć nigdy
nie zapomniał. Nie potrafił też być znów z inną kobietą,
pozostał sam, bo gdzieś w głębi serca, istniała uśpiona i
ukryta przed światem, tylko ona – Isleen. Odeszła wtedy, a jednak
była tu. Znów czuł pod palcami jej nabrzmiałe sutki.
Zataczał kręgi wokół nich, wargami pieścił jędrne
piersi. Powiódł ustami w dół, między wzgórki,
pośrodku których wciąż tkwiła, wisząca na rzemieniu złota
obręcz. Końcem języka przewędrował wzdłuż całej sylwetki,
klękając przed nią. Oderwał twarz od płaskiego brzucha,
ramionami oplótł wąską talię. Przez chwilę przyglądał
się żonie - zwiewnej i majestatycznej zarazem. Takiej Isleen
jeszcze nie znał, ale to była ona – jego żona. Wstał gwałtownie
i przywarł do kobiety całym ciałem. Płonął. Tak samo, jak
wtedy, gdy był z nią po raz pierwszy. Wtedy też było święto.
Było Beltain.
- Tora! - Przenikliwy krzyk przeciął
powietrze gdzieś w oddali.
Obrócił się, nie wypuszczając
z objęć wątłej postaci kobiety. Poznał głos ślepej dziewczyny
– Sile, będącej na naukach u Staruch. Isleen chwyciła mężczyznę
pod brodę i delikatnie odwróciła jego twarz z powrotem ku
sobie. Zbliżyła naznaczone śmiertelnym chłodem usta do jego
rozgorzałych warg.
***
Sile jęknęła cicho. Las był gęsty
i obcy. Pomimo nadmiernie wyczulonych pozostałych zmysłów,
zagubiła się, nie umiała odnaleźć drogi. Nie mógł tu
pomóc nawet dar. Słyszała głos Tory. Był niedaleko. Czuła
jego zapach. Wyczuwała w pobliżu zimno śmierci, obecność nie z
tego świata i żar, jaki tworzy się między dwojgiem ludzi. Taki
sam, jaki czuła wewnątrz, kiedy był blisko, gdy słuchała jego
głosu. Usiłowała przecisnąć się przez gąszcz w tamtą stronę.
Nie rozumiała dlaczego, ale wiedziała, że musi się tam zjawić
szybko. Natychmiast. Czas płynął, dłużył się w nieskończoność,
a ona kręciła się w kółko.
***
Niecierpliwe, płonące usta dotykały
niemal słodkich, miękkich warg. Jeszcze tylko chwila dzieliła ich
od połączenia w upragnionym pocałunku. Tęsknota wróciła
ze zdwojoną siłą. Tej chwili, cudownemu darowi bogów, nie
wolno było pozwolić umknąć. Pocałunek? Ledwie muśnięcie i...
ogromne, pierzaste skrzydło silnie uderzyło Torę w twarz,
odrzuciło w tył. Zmiął w ustach plugawe słowa cisnące się na
język. Otrząsnął się. Isleen...
- Isleen? - jęknął głosem
przepełnionym rozpaczą, niedowierzaniem i goryczą.
- Odeszła. Teraz już na zawsze. -
Kobiecy, głęboki, lecz szorstki głos dochodził z nad głowy Tory.
Mężczyzna spojrzał w górę.
Na grubej gałęzi rosłego dębu siedział olbrzymi kruk. Skrzydła
miał rozpostarte. Tora zamrugał kilkakrotnie. Gdy znów
spojrzał w tamtym kierunku, z gałęzi zeskakiwała właśnie
kobieta w skórzanej zbroi, z przytroczonym do pasa mieczem
oburęcznym. Włosy niewiasty były czarne i lśniące, jak skrzydła
kruka, na policzku zaś widniała szeroka blizna.
- Dlaczego? - zdołał wykrztusić
wreszcie. - Powiedz mi, Pani, Kruku Wojny, dlaczego?
- Gdyby wasze usta zwarły się,
zostałbyś z nią na zawsze – odparła Morrigan. - W miejscu, w
którym mieszka teraz, ty zaś jeszcze długo nie powinieneś.
- A jeśli chciałbym?
- Nie chcesz. To była tylko chwila
słabości. Jesteś Tora. Skała. To nie twój czas, by
odchodzić. Wracaj do swoich na święto i bądź ostrożny.
***
Sile potknęła się o wystający
konar. Upadła. Ból rozszedł się rwącym promieniem od stopy
w górę, aż do uda. Nie zdąży. Nie da rady. Bezsilność
dopadła ją, odbierając siły, dławiąc w ściśniętym gardle.
Silne dłonie objęły ją w pasie, uniosły w górę. Stopy
dziewczyny dotknęły twardej ziemi.
- Już po wszystkim. Nic się nie
stało. - Męski głos był potężny, donośny, a mimo to ciepły i
dobrotliwy.
- Tora?
- Jest bezpieczny.
Sile skinęła głową. Jej pobladłą
twarz rozjaśnił promienny uśmiech. Tylko jeden głos mógł
brzmieć tak kojąco, tylko jedne ramiona mogły być tak bezpieczne
mimo swej niezrównanej siły.
- Cera – wyszeptała, pochylając z
czcią głowę. - Ruaidh Rofhessa. Eochaid Ollathair.
Dobry Bóg Dagda poniósł
ją w ramionach aż do wyjścia na polanę, gdzie płonęły
szczęśliwe ognie.
***
Powietrze przeciął piskliwy,
zawodzący krzyk. Puchary w rękach zebranych rozprysły się w
jednej chwili na nieskończenie wiele drobniutkich kawałeczków.
Morrigan obróciła się, obrzuciła Rosmertę zimnym wzrokiem.
- To moje zaślubiny, a ty jesteś moim
gościem, Czcigodna – warknęła przez zaciśnięte zęby. - Racz z
szacunko do mnie i Dagdy - mego małżonka, zachować się należycie,
choć ten jeden raz.
Ozwały się odgłosy szemrania wśród
tłumnie zgromadzonych bogów i wszystkich istot,
zamieszkujących Świat Ukryty, zaproszonych na uroczystość
zaślubin, która odbywała się, jak nakazywał odwieczny
zwyczaj, przed świtem święta Beltain.
Rosmerta wydała z siebie dźwięk
przypominający krótkie, przeraźliwe wycie. Wstała, zebrała
tren szaty i bez słowa ruszyła przed siebie, opuszczając miejsce
obrzędu. Riannon zerknęła w kierunku Matki, jakby spodziewając
się ingerencji Najwyższej. Ona jednak siedziała nieruchomo niczym
posąg. Milczała.
***
- Wszędzie cię szukamy. Myśleliśmy
już, że nie zdążysz.
Tora spojrzał pytającym wzrokiem na
najmłodszego brata - Tristrama. Nie do końca otrząsnął się
jeszcze z wydarzeń, jakie miały miejsce zaledwie kilka chwil
wcześniej.
- Za chwilę rozpocznie się igrzysko –
poinformował tamten, przyglądając się bratu uważnie. - Weźmiesz
udział, prawda? Z naszej rodziny zawsze ty...
- Tak, wezmę – odpowiedział Tora z
westchnieniem. Wyminął chłopaka i ruszył w stronę miejsca
zebrania uczestników tegorocznego turnieju.
***
Sile stała na własnych nogach u
wyjścia z leśnego gąszczu. Nie czuła już obok siebie obecności
Dagdy. Ktoś jednak tam był. Ktoś stał tuż obok.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie,
dziewczyno – odezwał się wyniosły, lecz miły dla ucha kobiecy
głos. - Przejdź teraz dziesięć kroków w stronę, z której
do ciebie mówię. Zatrzymasz się przy krzewie. Narwij z niego
dwie garście głogu. Następnie weź od druidów garść owocu
jemioły. Zwróć się do Liama, on cię wysłucha i spełni
twoją prośbę. Następnie sporządź z nich napar, nad jednym z
mniejszych stosów, nad którym wisi mały kociołek.
Spiesz się, wystarczy tylko, by zawrzało. Biegnij potem z naczyniem
pełnym gotowego wywaru w miejsce igrzysk. Znajdź tego, który
miły jest twojemu sercu i daj do wypicia.
***
- Czy to zgodne... – zaczął
niepewnie Kembell.
- Jak bardzo pragniesz wygrać turniej.
Jak mocno chcesz, by twój stary ojciec nareszcie mógł
być z ciebie dumny? - spytał obcy. Gestem zatrzymał słowa, które
już miały popłynąć z ust wojownika. - Nie odpowiadaj. Nie
musisz. Zanurz tylko miecz w tym naczyniu, nic więcej. Tego nie
zabrania prawo igrzyska. Walka toczyć się ma do pierwszej krwi,
prawda? Ty tylko zadasz cięcie przeciwnikowi własnym ostrzem, nie
uczynisz nic wbrew zasadom. Jeśli mnie nie posłuchasz, ojciec znów
uzna cię za niedołęgę. Chcesz tego?
***
Tora stał już tymczasem przed
pierwszym przeciwnikiem, a był nim młody, waleczny Ceadmon. Ich
miecze raz po raz ścierały się ze sobą, ogłuszając szczękiem
żelaza, sypiąc skry. Walka nie trwała jednak długo. Tora
zwyciężył, głęboko rozcinając ramię konkurenta. Pierwsza krew
popłynęła w święto Beltain.
***
- Grasz nieczysto, Riannon. – W
głosie Sucellosa zabrzmiało oskarżenie.
- Czyżby? To nie ja posłałam
Morrigan i Dagdę, ani nawet Airmed. Nie mamy wpływu na to, kogo z
nas poprą inni, z własnej woli.
- To sprawa między nami dwojgiem.
Mieszanie się kogokowiek innego jest wbrew jakimkolwiek zasadom... -
dudnił bóg podziemi. Błędne ogniki zabłysły na dnie
pustych oczodołów.
- My, Sucellosie, dla naszej gry, nie
ustaliliśmy żadnych zasad.
***
Tora czuł, jak powoli ogarnia go
zmęczenie. Ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa, a umysł
przestawał być otwarty i jasny. Nogi uginały się pod nim przy
każdym kolejnym kroku, a tępy ból głowy powrócił ze
zdwojoną siłą. Zostawił po sobie na ubitej ziemi krople krwi
kolejnych trzech przeciwników. Pokonał zwinnego Cathmora i
bliźniaczych braci - Cathana, Cathala. Walki odbywały się raz za
razem. Czuł wyraźnie, jak opuszczają go siły. Podniósł
głowę. Kembell stał już przed nim, ściskając w dłoni rękojeść
długiego, dwusiecznego oręża o misternie zdobionej głowni. Głos
Liama, oznajmiający początek starcia, dobiegł do uszu Tory jakby z
oddali, z opóźnieniem. Ledwie zdążył zasłonić się
tarczą, kiedy pierwszy cios ognistowłosego wojownika spadł na
niego z ogromną siłą. Sparował go z trudem. Za nim jednak
posypały się kolejne – szybkie i częste. Starał się opanować
spowolnione zmęczeniem ruchy, wykonując kolejne uniki. Stal
uderzała o stal z nieludzkim łoskotem. W głowie Tory dźwięk ten
rozchodził się głuchym, dudniącym echem. Miecz tamtego rozciął
pokrycie tarczy, aż po drewno, które sypnęło obficie
drzazgami. Kolejny przerąbał ją na dwoje. Siła uderzenia z
impetem odrzuciła w tył potężną sylwetkę. Umbo boleśnie wbiło
się w dłoń kalecząc ją, zdzierając płat skóry. Tora
przyklęknął na jedno kolano, skulił się próbując,
ochronić głowę. To był błąd. Kembell natarł z boku, poza jego
kątem widzenia i wykonał błyskawiczne cięcie wymierzone w
odsłonięte ramię. Tora czuł, jak bolesne odrętwienie rozchodzi
się powoli na całe ciało, kawałek po kawałku. Wypuścił z ręki
uszkodzony uchwyt tarczy, miecz z ogłuszającym brzękiem spadł
obok. Powieki ciążyły coraz bardziej, a bezwład ogarniał kolejne
mięśnie.
- Pij. – Ktoś podsunął mu do ust
naczynie. Woń parującego naparu odurzała.
To było ostatnie, co czuł Tora.
***
- To obcy. Zmusił mnie. Ja nie
chciałem... - Dłonie Kembella drżały. Nie ośmielił się
podnieść wzroku ku otaczającej go ciasnym kręgiem starszyźnie.
- Mówi prawdę – oznajmiła z
przekonaniem Kassidy.
Cian skinął głową.
- Wyślijcie ludzi. Niech znajdą
obcego i przyprowadzą do mnie. A ty, synu, idź i ciesz się
zwycięstwem, ale pamiętaj, nie tylko silne ramię stanowi wartość
człowieka. Bystrość umysłu jest przynajmniej równie ważna.
Kembell opuścił głowę ze wstydem.
Zrozumiał.
***
Srebrzyste, długie włosy Shannon
mieniły się w świetle wschodzącego słońca. Ona sama, mimo
sędziwego wieku, zachowała proste plecy i dumną postawę. Twarz
wyrażała mądrość, jaką rozporządzać mogła tylko kobieta u
schyłku życia.
- Decyzją starszych – oznajmiła –
i wolą bogów, Królową tegorocznego Beltain obwołuję
Sile, córkę Ciarana.
Wszystkie oczy spoglądały ze
niedowierzaniem na Staruchę. Przez tłum przebiegły zdumione
szepty. Wreszcie odezwała się Tiernann, dostojna żona wodza
Vortigerna.
- Wybacz Czcigodna, że ośmielam się
podważać twoje słowo, jednak zaszła tu, widzi mi się, omyłka.
- Nie, moja droga. – Stara spojrzała
na matronę z wyższością. Jej głos przybrał twardy, ostry ton,
nie znoszący sprzeciwu. - Nie ma żadnej omyłki. Taka jest wola
starszych, poparta boskim błogosławieństwem. Sile, dziecko, chodź
do nas.
Nikt już nie odważył się zabrać
głosu. Panny płakały tylko i lamentowały, pocieszone przez
zaciskające zęby w niemej złości, matki. Młodzieńcy i nieżonaci
mężczyźni zaś, bezwiednie cofali się o krok, w obawie przed
wyborem ślepej dziewuchy. Sama Sile również nie śmiała
spierać się ze Staruchą. Mimo iż twarz płonęła jej krwistym
rumieńcem, a nogi odmawiały posłuszeństwa, zmusiła je do
podejścia ku stojącej u stóp Drzewa Życia Shannon.
Pomarszczone, szorstkie dłonie starej kobiety objęły twarz
dziewczyny i podniosły w górę. Dziewczyna czuła na sobie
ostre, badawcze spojrzenia tłumu. Stara nałożyła na głowę
Królowej Beltain kwiecisty wieniec.
- Jak wiesz, Sile, przysługuje ci
dzisiaj prawo wyboru Rogatego Boga, który towarzyszyć ci
będzie aż do kolejnego zmierzchu. Wybieraj roztropnie, dziecko,
abyś nie żałowała.
Sile milczała. Nerwowo obracała w
palcach skraj wierzchniej tuniki.
- No, mów, kto jest szczęśliwym
wybrańcem Królowej, zanim świt zastanie nas bez świątecznej
pary.
- Tora... - wyszeptała dziewczyna
niepewnie.
Surowe usta Shannon rozciągnęły się
w wąskim uśmiechu.
- Królowa wybrała Torę, syna
Edana. Sprowadźcie Rogatego Boga – zawołała.
***
- Nadal twierdzisz, że nie posłałaś
Airmed?
Riannon wybuchła czystym, szczerym
śmiechem.
- Owszem. Dlaczego wydaje ci się, że
nikt poza nami dwojgiem nie może prowadzić własnej gry, tymi
samymi pionkami?
***
Tora usiadł na brzegu strumienia.
Spoglądał na swoje zmęczone, opuchnięte stopy, obmywane bystrym
nurtem wody. Zramione ramię wciąż paliło bolesnym żarem, świat
lekko wirował, a w oczach chwilami ciemniało. Nie odeszły też
zupełnie fale męczących mdłości. Wyciągnął rękę, delikatnie
lecz zdecydowanie złapał dłoń Sile, przyciągnął dziewczynę
bliżej siebie.
- Boisz się mnie?
- Nie. – Uśmiechnęła się lekko. -
A ty? Nie jesteś rozgniewany? Rozczarowany?
- A powinienem?
- Mogłeś spędzić ten czas z
kimkolwiek, z kobietą, z której miałbyś pożytek.
- A ty mnie nie chcesz? Więc czemu
mnie wybrałaś?
- Nie chodzi o to, czego ja chcę...
- Nie? Więc o co?
Sile milczała. Bezwiednie oparła
głowę na jego ramieniu. Tora roześmiał się.
- Więc jednak nie jesteś mi chyba aż
tak niechętna.
Dziewczyna zachichotała cicho,
nieśmiało. Po chwili jednak wesołość, która na chwilę
pojawiła się na jej twarzy, ustąpiła wyrazowi zmieszania i
zawstydzeniu.
- Tylko na co tobie ślepa kobieta.
- A do czegóż tu potrzebne
oczy? Shannon mawia, że ślepi mają najzręczniejsze i
najdelikatniejsze dłonie.
Oboje wybuchnęli zdrowym, szczerym
śmiechem. Poczuli nagle, jak napięcie zgromadzone przez całą tę
niezwykłą noc opada, a atmosfera rozluźnia się. Być może
sprawiło to wino z domieszką liści wonnych ziół, które
jak co roku dla Królowej i Rogatego Boga przygotowała stara
Dellas, a może po prostu byli tylko dwojgiem zwyczajnych, młodych
ludzi, płci odmiennej, pozostawionymi samym sobie w ustronnym
miejscu o poranku święta Beltain. Wszystko, co mogłoby ich
dzielić, stało się nieistotne, w chwili, gdy stanęli w wodach
strumyka, nadzy i wolni. Odrzucając ostatnie części odzienia na
brzeg, przywarli do siebie, niespokojnymi dłońmi oglądając się
nawzajem, jakby oboje nie mogli widzieć. Sile uczyła się na pamięć
każdego skrawka jego ciała, Tora pozwalał, by go poznawała. W
jednym Shannon miała rację – dłonie ślepej dziewczyny nie mogły
równać się zręcznością z żadnymi, jakich dotąd zaznał.
Pod samym ich dotykiem, szybkim i równomiernym – wytrysnął.
Ona zauroczona była dotykiem czegoś lepkiego, co nazwała w myślach
“nektarem”, który z początku ciepły, stygł szybko,
orzeźwiając rozpalone ciało. Wtarła ów nektar w obolałe,
napęczniałe sutki, w trawione gorączką, rozrywane bolesnym żarem,
wgłębienie między udami Popchnął ją delikatnie, podtrzymując
pod plecami, by nie upadła. Położył na gładkim, piaszczystym
dnie płytkiego potoku. Leżała spokojnie, rozkoszując się
pieszczotami wody, przepływającej z bystrym nurtem między
rozchylonymi nogami. Krzyknęła, gdy naparł na nią silnie i zaczął
poruszać się, z początku powoli. Zaledwie kilka krwawych kropel
rozpłynęło się wokół drżącej sylwetki Sile. Tora
przyspieszył, począł rozpędzać się, a jednostajne ruchy stawały
się nierówne, spokojne i brutalne na przemian, nabierały
dzikości, znamion pierwotnego instynktu. Nie wychodząc z jej
wnętrza, uniósł biodra dziewczyny nieco w górę.
Poczuł nagle, jak jej ciało sztywnieje, jak gdyby nasłuchiwała
uważnie. Rozluźnił uścisk, pozostając w jej wnętrzu. Nie
zorientował się, kiedy obróciła się razem z nim, szybko i
zwinnie. Teraz to jego plecy dotykały dennego piachu. Już miał się
roześmiać i poddać kobiecemu pragnieniu, gdy dostrzegł
przerażenie malujące się na twarzy kochanki. Jej wyraz zmieniał
się płynnie, nabierał spokoju, błogości. Sile opadała w jego
ramiona miękko, bezwładnie, a on nadal tkwił w środku. Czuł jak
blednie równomiernie z dziewczyną. Odrętwiały przyglądał
się strzale sterczącej z jasnych pleców kobiety. Po chwili
zerwał się, odsuwając od siebie martwe ciało. Rozejrzał wokół.
Nie dostrzegł jednak nikogo. Spojrzał w niebo. Wysoko, nad jego
głową unosił się olbrzymi, czarny ptak.
***
- Znaleźliśmy obcego, Czcigodny.
Biegł od strony strumienia, jakby przed czymś uciekał. – Troje
ludzi popchnęło skrępowanego więzami mężczyznę w szarym
płaszczu pod stopy Ciana – najstarszego druida.
Ten pokiwał głową, a jego poważny
wzrok świdrował przybysza, jak gdyby zaglądał w samo dno duszy.
- Śmierdzisz mordem, człowieku.
- Czcigodny! - Za plecami druida
odezwało się wołanie. - Hilde rodzi. Powiedzcie, gdzie Shannon.
***
Tora otępiały, półprzytomny
ze zgrozy, wszedł na polanę, gdzie w świetle porannego słońca
dopalały się szczęśliwe ognie bil tene. Co i rusz potrącany
przez kogoś szedł prosto przed siebie. Z oddali usłyszał nagle
rozdzierający, kobiecy krzyk - krótki i urwany. Brzmiał on,
jakby nieszczęsnej rwano żywcem wnętrzności, umilkł jednak po
chwili, zastąpiony przez nieznośny wrzask noworodka. Gdy się
zatrzymał, mgła przysłaniająca wzrok przerzedziła się odrobinę.
Spoglądały na niego duże, szare oczy. Widział je już gdzieś
wcześniej, był tego pewien. Zdawało mu się jednak, że coś w
tych oczach, jest inne niż powinno. Nowonarodzona dziewczynka
umilkła, wlepiła w stojącego nad jej główką mężczyznę
ciekawy, przytomny wzrok.
- A na imię niech będzie jej Shanley,
gdyż jest córką bohatera – odezwała się matka noworodka,
Hilde, wdowa po Connlanie, który zginął w starciu z
sąsiednim tuatha, kiedy jego żona była już brzemienna.
- Niech ma ją w opiece Badb: Nemain,
Macha i Morrigan - Kruk Wojny – zmęczonym głosem wyszeptał Tora,
nie odrywając wzroku od maleństwa - by wyrosła na silną i
waleczną niewiastę.
Poranny wiatr wył i zawodził w
koronach drzew, przywodząc na myśl lament tysiąca płaczek.
Wygaszono święte ognie bil tene. Słońce znów wzeszło,
jeszcze jaśniejsze, po zwycięskiej walce z ciemnością nocy.
Beltain dobiegło końca. Cykl roczyny toczył się dalej,
zwyczajnym, niezmiennym od początków świata rytmem.


















































Odpowiedzi
Przez ten tekst...
Przez ten tekst zarwałam wczorajszą nockę! Ale nie powiem, warto było ^^
Już na początku czyta się świetnie, czuć klimat tego święta, dym z ogniska, bliskość bogów... a potem, wciąga coraz bardziej. Zżyłam się z bohaterami, przeżywałam ich emocje, drżałam, co będzie dalej... Oby więcej takich tekstów - byle nie wtedy, kiedy muszę się uczyć :D