Maleńka

– Dobra, zbieramy się! – Krzyk Burego dało się słyszeć na całym statku. Momentalnie przerwała przeszukiwanie szafek pasażerów i wybiegła na pokład. Byli jedną drużyną, ale wiedziała, że odpłynął bez niej, jeśli zbyt wiele się spóźni. W końcu zostając, naraża ich, a jeśli naraża, to widocznie jej nie zależy, jeśli nie zależy, nie ma po kim płakać i na kogo czekać – to była filozofia ich przywódcy, który ponownie wykrzyknął rozkaz. Kiedy wyszła, część z nich już przechodziła przez burtę na „Maleńką”. Przerzuciła najpierw wór z łupami, a później sama zwinnie przeskoczyła.
– No, widzę, że się uczysz. – Roman, jeden z towarzyszy, wpatrywał się w nią z uśmiechem i podał jej butelkę wina. Odwzajemniła uśmiech i upiła łyk słodkiego trunku. W końcu udało jej się nie być ostatnią.
Po chwili cały komplet był już na miejscu i mogli ruszać.
***
– Kocham cię... – Jego słodki głos pieścił jej zmysły. Uwielbiała go słyszeć. Spojrzała mu w oczy. Nie musiała nic mówić. Przytulił ją mocniej i głaskał po włosach, a ona czuła, że jest bezpieczna. W końcu znalazła swoją przystań.
***
Na pokładzie „Maleńkiej” panował wielki hałas. Przekrzykiwali się opowiadając o ostatniej akcji i podsumowując co, kto i ile zdołał wynieść.
– Muszę przyznać, że spisaliście się całkiem nieźle. Przez następne tygodnie będziemy mieli spokój, zapasy są zorganizowane. Nie mam na co narzekać, należy się wam odpoczynek. Dziś ja wezmę dyżur, możecie iść spać. – Bury był w doskonałym humorze.
– A może by tak jakiś balet? – wykrzyknął jeden z chłopaków.
– Dziś odpoczywamy, jutro się bawimy... w takim stanie padniesz po jednym kieliszku – zaśmiała się Adriana.
– Młoda ma rację, rozchodzimy się – poparł ją Roman i wstał. Powoli zaczęli rozchodzić się do swoich kajut.
Bury przystanął i spojrzał na Adrianę, która nie ruszyła się z miejsca.
– Ogarnę trochę to miejsce, nie jestem senna – uśmiechnęła się lekko.
– Dobrze się spisałaś... – mruknął i wyszedł. Doskonale wyczuwał, kiedy potrzebowała zostać sama. Była mu wdzięczna, kiedy udawał, że wierzy w jej wymówki. Nadeszła kolejna rocznica. Chciała oddać hołd przeszłości, przystając nad nią przez chwilę. Oddając jej jedną nieprzespaną noc. Kolejną nieprzespaną noc.
***
Jego usta delikatnie pieściły jej szyję. Ręce błądziły po nagich ramionach, zsuwały się na plecy, aby po chwili delikatnie dotykać pośladków. Kładł ją na łóżku i całował każdy centymetr jej ciała.
– Kocham Cię... – mruczała, ledwie łapiąc oddech, kiedy dotyk stawał się bardziej stanowczy i intensywny. Zawsze wiedział, jak dać jej rozkosz.
***
Była pewna, że mórz i oceanów nie kocha się bez powodu. Coś musi prowokować człowieka do oddania się tej sile natury. Siedziała wpatrując się w dal. Nie widziała nic, poza gwieździstym niebem i taflą wody. Odgłosy nocy uspokajały ją i dawały ukojenie.
Zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Kochała tę toń bezgranicznie, bezwarunkowo, ale nie za nic. Było dla niej klinem. Wiedziała, że każdy z członków załogi odnalazł w morzu to, co zagubił w życiu i w sobie. Dla niej bezkresy wód były kochankiem, który odszedł.
***
– Musisz się ogarnąć... to nie koniec świata – Miał smutny głos.
– To jest koniec świata! Jesteś moim światem i żadnego innego nie mam, nie chcę mieć... – wykrzykiwała swoją złość. Była wściekła na niego i na los. Na siebie i na lekarzy. Była wściekła na wszystko, co tylko dało się obdarzyć jakimkolwiek uczuciem. Zastępowała złością strach i ból.
– Musisz spojrzeć na to inaczej... znaleźć coś, co pokochasz... obiecaj mi. – Spojrzał na nią, a w jego oczach zobaczyła odbicie swoich uczuć. Usiadła koło niego na łóżku, uważając, żeby nie zruszyć kroplówki. Błądziła dłonią po jego twarzy.
– Obiecaj... – Nie dawał za wygraną.
– Obiecuję. – Wymusiła z siebie krótkie słowo, chociaż wcale nie chciała. Będzie czuła się zobowiązana.
***
Mimo wielu prób, nie potrafiła nikogo pokochać. Nie potrafiła znaleźć sobie hobby, nie potrafiła wrócić do pracy. Zawsze czuła niedosyt. Aż nie zapoznała się z morzami, nie wypłynęła na ocean.
Ciche wieczory były jak noce u jego boku. Odgłosy nocy i dźwięk fal były piękne i kojące jak jego głos.
Sztormy były niczym kłótnia... wzburzone wody próbowały wywrzeć na nich swój wpływ, narzucić swoją wolę, ale oni walczyli o własne zdanie i stawiali im czoła po to, aby potem zasnąć, kiedy statek płyną po spokojnej już powierzchni.
Uwielbiała te skoki adrenaliny, kiedy dokonywali grabieży. Nie chodziło o zdobycie majątku. Brali tyle, ile potrzebowali na spędzenie kolejnych dni w spokoju. Odpoczywali, bawili się i spędzali czas z dala od świata pełnego wszystkich niepożądanych wydarzeń, bolesnych chwil i ludzi, którzy zawodzili. Wszystko, co robili, dawało satysfakcję.
Wszechobecność wody i jej wielkość przypominała jej, jak jest słaba, a zarazem motywowała do stawania się silniejszą.
Morze dało jej jeszcze coś. Nie musiała zatrzymywać się w żadnej przystani na dłużej. Nie ryzykowała przywiązania się i bólu związanego ze stratą.
Kochała morze. Bezgranicznie, bezwarunkowo. Ale za coś, choć mimo wszystko.

















































