Część XVII
Gerard obudził się w środku dnia, czując prawdziwy zamęt w głowie. Śniło mu się coś tak bardzo dziwnego, że nie potrafił ubrać tego w słowa, ale wreszcie z powodzi nakładających się obrazów wyłowił jeden: obraz Anne, siedzącej na werandzie ich domu w Ramatouelle, wspartej łokciami o stół z płytek ceramicznych, zakrywającej twarz dłońmi w bezgłośnej rozpaczy. Milczała, milczała tak bardzo, że cisza rozlegała się głośniej niż najgłośniejszy lament.
- Och, Anne...- szepnął Gerard. Tęsknota opanowała go tak mocno, że miał ochotę zapłakać, korzystając z tego, iż nikt go usłyszeć nie może. Never spał na swoim łóżku, co zdarzało mu się dość rzadko, potrzebował bowiem dużo mniej snu niż inni, Fronda również był pogrążony we śnie, widać niezbyt przyjemnym, gdyż zaciskał dłoń obronnym gestem w pięść. Na jego kołdrze pomrukiwała przez sen Oggy, zwinięta w kłębek jak pies, którym w jakiejś części była. Od początku tak sypiała – wytłumaczyła Thierry’emu, iż w ten sposób będzie czuła się bezpieczniejsza i rycerski jak zawsze Fronda zgodził się bez wahania. Ta dziewczyna szybko okazała się dla nich wszystkich nadzwyczaj cennym nabytkiem. Mogąc bez problemu poruszać się w najbardziej słoneczny dzień, załatwiała za nich wiele spraw, choć musiała bardzo uważać, by w najmniej odpowiedniej chwili nie zamienić się w psa. Never szybko odkrył, iż łatwiej jej kontrolować te przemiany, gdy jest najedzona i zadowolona z życia, i przeprowadzał z nią codziennie ćwiczenia relaksacyjne, które okazały się bardzo pomocne. Najlepiej jednak, co łatwo było przewidzieć, Oggy rozumiała się właśnie z Frondą, którego rycerskość i uroda zawsze były swoistym wabikiem na płeć piękną. Gerard uśmiechnął się mimo trapiących go smutków. Wiedział dobrze, iż mało który mężczyzna mógłby rywalizować z jego średniowiecznym przyjacielem, i że wcale to nie była kwestia urody. Fronda był tkliwy, uprzejmy i delikatny, miał niezwykły wdzięk, każdą kobietę, nawet Łowczynie z IVH, traktował jak damę, no ale naturalnie jego ładna twarz i oczy jak diamenty też robiły swoje. Nic dziwnego, że i na Oggy podziałał jego czar. Nagle aktor drgnął. Jego wyczulony słuch pochwycił jakiś obcy dźwięk, dochodzący z klatki schodowej. Ktoś chodził od drzwi do drzwi, starając się stąpać jak najciszej, co już samo w sobie było podejrzane. W tej kamienicy nie mieszkał nikt oprócz ich bractwa, więc takie skradanie się po korytarzu nie wróżyło nic dobrego. Gerard wstał po cichu i potrząsnął Thierry’m.
- Odczep się, bo zrobię ci operację plastyczną. - wymruczał niewyraźnie Fronda, chowając głowę pod poduszkę.
- Wstawaj, ktoś kręci się po domu. - wyszeptał mu Gerard do ucha.
- No to go zabij – wymamrotał Thierry, ale ponownie szarpnięty usiadł wreszcie – Oby to było coś ważnego, bo ci przyłożę za budzenie mnie w środku dnia.
Oggy zbudziła się i warknęła po psiemu. Nawet jako człowiek zachowywała dużo psich cech. Również Never oprzytomniał w jednej sekundzie i zaczął nasłuchiwać czujnie.
- Cicho, wiara – rzekł po chwili – W kamienicy jest cała grupa likwidacyjna. Ubierajcie się po cichu i weźcie do podręcznych toreb to, na czym wam najbardziej zależy. Musimy się zmywać. Oggy, zasuń portiery, teraz nie ma się już co konspirować
- W środku dnia, tak? Rzadka przyjemność. - burczał z niezadowoleniem Fronda, pospiesznie naciągając dżinsy.
- Jest ich z dziesięciu. - mruknęła Oggy, zaciągając szybko czarne zasłony.
- Może to tylko komisja budowlana? - spytał Gerard ze słabą nadzieją.
- Komisja budowlana się nie skrada. I nie nosi wojskowych butów. - Never otworzył zamaskowane dodatkowe drzwi na korytarz. Przyjaciele wyślizgnęli się na dawne schody kuchenne, o których intruzi najwyraźniej nie wiedzieli.
- Brama na dole jest zamurowana, a dolne kondygnacje zawalone gruzem jeszcze z czasów wojny. - rzekł Thierry cicho, próbując uniknąć padającego przez okna światła.
- I dlatego musimy wiać oknem. - zdecydował Never.
- W takim słońcu? - Fronda wytrzeszczył na niego oczy.
- Wolisz kołek w serce? No to droga wolna.
Hindus otworzył okno mocnym szarpnięciem.
- Może nie świeci aż tak mocno. - pocieszył się niepewnie Thierry, wyglądając na podwórze. Stanowiło ono rodzaj studni i mimo mocno operującego słońca pozostawało niemal zacienione.
- Jak tak, to za mną, rycerzu bez trwogi. - Gerard za przykładem Nevera zjechał po rynnie na podwórze i dopadł rolls-royce’a w dwóch susach. Tuż za nim do środka wozu wśliznął się Fronda, a za nimi Oggy. Never zapuścił motor i z najszybszą dopuszczalną szybkością wyjechał na ulice Paryża.
- Co to się dzieje? - spytała płaczliwie Oggy, przytulając się do ramienia Frondy.
- To się dzieje, że póki co jesteśmy bez dachu nad głową – odpowiedział jej Never, hamując nieco, by przepuścić grupę przedszkolaków pod opieką nauczycielki – I nie wiemy, komu bije dzwon.
- Nie, nie pytaj, komu bije dzwon. Zawsze bije on dla ciebie. - wyrecytował z emfazą Gerard.
- Zatem musimy wiedzieć, czy to pojedynczy wybryk, czy cała krucjata.
- Aach, krucjaty... - westchnął Thierry z nostalgią.
- Oszalałeś? Co w nich było takiego pociągającego? - spytał aktor ze zgorszeniem.
- Broń, nasz ty zielonooki skarbie – wyjaśnił mu rycerz – W dzisiejszej broni nie ma żadnej finezji. Byle tchórzliwy pętak może pociągnąć za spust lub podłożyć bombę. Broń biała, to było coś. Wymagała odwagi, zręczności, siły, finezji...
- Finezja Rodezja. Nie te czasy, relikcie rycerstwa. IO wogóle zamknij twarz, bo muszę się skupić. - przerwał mu Hindus z niesmakiem. Jego trening w świątyni Kali nauczył go używania jako broni wszystkiego, co w danej chwili będzie miał pod ręką, nie żywił więc dla broni siecznej takiej czci jak Fronda. Zresztą rodzaj broni nie był teraz ważny. Never czuł, że dzieje się coś bardzo niedobrego, coś, co już przeżywał i jego złote oczy, widoczne we wstecznym lusterku, pełne były niepokoju. Zdarzało mu się już tracić przyjaciół i nie chciał, by to się powtórzyło, zwłaszcza, że przecieć czuł się za nich odpowiedzialny. Jego iloraz inteligencji, zmierzony podczas testów w instytucie naukowym na Florydzie, wynosił niewiarygodną ilość 350u punktów i bił wszystkie dotychczasowe rekordy. Mimo to przegrywał z ponad dwukrotnie głupszymi ludźmi i to przegrywał z kretesem, nie umiejąc uchronić przyjaciół od śmierci z ich rąk. Trudno było to doprawdy zrozumieć. Hindus jeździł jakiś czas ulicami, by zgubić ewentualny pościg, wreszcie zaparkował samochód na strzeżonym parkingu i odwrócił się ku przyjaciołom.
- Ja i Oggy pójdziemy sprawdzić, co się dzieje – rzekł kategorycznie – Wy tu zostańcie, póki nie wrócimy. W samochodzie jesteście bezpieczni, ale na wszelki wypadek połóżcie się na podłodze i przykryjcie dywanikiem. Żeby mi żywa dusza nie widziała was obu. Przyjdziemy po was po zmierzchu.
- Świetnie, będzie czas się przespać. - ziewnął Fronda.
- Mógłbyś spać w takiej chwili? - oburzył się Gerard.
- Spałem nawet w noc, mającą poprzedzać moją egzekucję. - odparł Thierry lekceważąco, układając się na podłodze. Chcąc nie chcąc aktor położył się obok niego i nakrył ich obu wzorzystą narzutą z siedzenia samochodowego.
- Nie przejmuj się tak bardzo – pocieszył go jeszcze przyjaciel – To może być fałszywy alarm.
- Oby – mruknął Gerard bez przekonania – Ała, zabierz tę blachę ode mnie! Parzy jak pokrzywa.
- Sorry cię bardzo – Thierry schował ryngraf za koszulę – Kolorowych snów.
Ułożył głowę na zgiętym ramieniu i po chwili miarowy oddech dał znać, że śpi snem sprawiedliwego.

















































