Wiedźma
Siedzi wiedźma w fotelu, kurczowo zaciska dłonie i tępo patrzy w ścianę.
Jest to jedna z tych wiedźm nowoczesnych, no wiecie – już nie lata w soboty z miotłą po mieszkaniu jak jej babka, ale ma odkurzacz. Do komunikowania się z innymi nie używa żadnej szklanej kuli, nic z tych rzeczy, od czego w końcu ma laptopa, Internet i Gadu-Gadu? Nawet porządnie wywaru uwarzyć nie potrafi, no bo po co, skoro teraz wszystko w proszku, wystarczy zalać wrzątkiem z czajnika, odczekać pięć minut i gotowe! Poza tym jednak jest czarownicą pełną gębą – jak na możliwości współczesne, oczywiście – a zatem mamy tu długie poczochrane czerwone włosy i czarną koszulę na grzbiecie… szał ciał i uprzęży!
Już prawie północ.
Wiedźma siedzi zesztywniała, nie rusza się, tylko pustym wzrokiem spogląda na ścianę, niezbyt estetyczną nawiasem mówiąc, tapeta bowiem w swych niższych rejonach częściowo porwana jest na strzępy. Czemu tak patrzy? Może duma nad małym remontem? Nie, chyba nie. Dziwny ma ten wzrok, jakby pełen niedowierzania, szoku. Takich uczuć tapeta wywoływać raczej nie może…? Chociaż, kto wie, może jest estetką (wiedźma, nie tapeta, rzecz jasna).
Czarownica porusza się po raz pierwszy od dłuższego czasu, choć wyrazu twarzy nie zmienia. Przesuwa fotel tak, by móc teraz swobodnie spoglądać na kanapę, której oparcia również są mocno postrzępione. Patrzy przez chwilę, opierając brodę na rękach, i intensywnie rozmyśla. Może nad tym remontem? Podniszczone wnętrze pomieszczenia widać absorbuje ją bez reszty. O czym duma teraz? Nowa sofa? A może wystarczy rzucić jakąś kapę i nie będzie widać? Podchodzę bliżej i patrzę na zadrapania – kurczę, jak nic rezultaty akcji kocich pazurów! Oglądam tapetę – oho, kot tu musiał być! W sumie co się dziwić, wszak jestem w mieszkaniu wiedźmy, a wiedźma kota mieć musi. No bo co to za czarownica bez futrzaka!
Uradowana rozwiązaniem zagadki, spoglądam pytająco na wiedźmę. Ta odrywa wreszcie wzrok od kanapy i patrzy na mnie jak na wariatkę, co nieco peszy. Nie kot…? Ale przecież to jest zupełnie podobne do kota… postrzępić kanapę albo tapetę. Jest tu gdzieś kot?
Ostatnie pytanie wypowiadam na głos. Czarownica nie odpowiada, wychodzi. Wraca wkrótce z rolką pomarańczowego papieru toaletowego marki Frotto. Ki diabeł…?
Masz kota, wiedźmo?
Uznaję za stosowne powtórzyć moje pytanie, chcę usłyszeć odpowiedź, kto tak zniszczył tę kanapę i tapetę! No przecież nie pocięły się samodzielnie w akcie desperacji, że świat ich nie rozumie!
Nie zdążyłam dać ujścia mojej irytacji, bo w czarownicy zaszła jakaś zmiana. Patrzy teraz na firankę, pozaciąganą w wielu miejscach (no kot, jak nic!). Patrzy i patrzy, nic nie mówi, tylko ramiona pochyliła do przodu, jakby znienacka ktoś włożył jej coś ciężkiego na plecy, zwiesiła głowę i palcami mocno ścisnęła skronie.
Wiedźma nie ma już kota. Ale miała. Postrzępił jej, skurczybyk, tapetę, zniszczył kanapę i pozaciągał firanki. Poza tym zrzucił głośnik i stłukł wazon. Był u niej siedem miesięcy, pół roku z kawałkiem. Pół roku. I chyba się przywiązała…
Północ.
Wiedźma z ociąganiem kładzie się spać, ale sen uparcie nie chce przyjść. A może to ona boi się zasnąć? Bo gdy jutro wstanie, odruchowo otworzy drzwi i zawoła kota. Pójdzie do kuchni, a tam ścigać ją będą wzrokiem miska i kocia karma stojąca na półce. Otworzy lodówkę i spojrzy na nią mleko, które kupowała kotu. No przecież trzeba coś z tym zrobić, karmę wyrzucić, a miskę schować.
Siedzę obok łóżka, skrępowana, nie bardzo wiem co mówić, a bardzo chcę przecież zapytać, gdzie jest ten kot? Czy coś się z nim stało?
Czarownica pociąga nosem, rozgląda się za tą rolką papieru, którą ze sobą przyniosła. Sytuacja daleka jest od lirycznej. Księżyc nie świeci nastrojowo, wiedźma też cudownie piękna nie jest, w dodatku oczy jej podpuchły i nos się zaczerwienił od płaczu. Jakby tego było mało, zupełnie nieromantycznie trąbi w ten papier toaletowy.
Nie ma kota i wiedźma to wie. Gdy otworzy drzwi i zawoła, kot nie przyjdzie. Nasypie karmy do miski, ale nikt tego nie zje. Naleje mleka, ale nie będzie miał go kto wypić. Nie będzie już nikogo, kto mógłby postrzępić tapetę, kanapę i pozaciągać pazurami firanki. Od biedy mogłaby to wiedźma odwalić we własnym zakresie… ale nie bądźmy śmieszni.
Czarownica przewraca się na drugi bok, odruchowo wyciąga rękę, by sięgnąć kociego futerka. Teraz leży tam tylko pusta poduszka, która nie zamruczy, nie wyciągnie łapy, nie poliże wiedźmy po twarzy i nie przytuli się do jej boku.
Wiedźma nie ma już kota.
Milczę, bo co mogę powiedzieć? Chciałabym zapytać, co się teraz z czarownicą stanie, co ją czeka bez kota?
Co?
Bezrobocie.


















































Odpowiedzi
Urzekła mnie ta miniaturka :)
Urzekła mnie ta miniaturka :) Pomysł jest nietypowy i oryginalny. Styl autora też charakterystyczny, ciekawy. Coś w tym tekście jest przyjemnego, dzięki czemu pozostawia bardzo pozytywne wrażenia mimo niedopracowania językowego.
Właśnie! Poprawiłabym tu i ówdzie, dopieściła. Znalazłam kilka błędów językowych, niektóre zdania nie brzmią zręcznie. Tekst do oszlifowania. W miarę możliwości czasowych postaram się pomóc, wypisać sugestie dotyczące poprawek. Chyba, że wcześniej zdąży się tym zająć ktoś inny.
Niemniej jednak tekst mnie zachwycił. Czym? W zasadzie nie wiem... ciężko powiedzieć. Jest w nim "to coś" ;)
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Yersey
Dziękuję :) Co do niedopracowania... widzisz, tekst ten powstał w dość szczególnych okolicznościach, ponieważ, jakby to ująć - częściowo "bazuje na faktach". I wiedźma, i narrator pierwszoosobowy to ta sama osoba, a konkretnie - ja. Historia z kotem też jest prawdziwa. Niestety, dwa dni temu auto zabiło mi zwierzaka, więc tekst napisałam pod wpływem dość silnych emocji. Przejrzałam później całość jeszcze kilka razy i doszłam do wniosku, że nic nie chcę tam zmieniać, ponieważ im bardziej bym tekst wygładziła, tym uczucia w nim zawarte automatycznie stałyby się sztuczne, mniej autentyczne, a to krótkie opowiadanko z wiadomych względów trochę dla mnie znaczy :) Taki zapis chwili, do której będę chciała kiedyś wrócić, tak więc jest to wersja niepoprawiana, "surowa". Niemniej jednak dzięki wielkie za miły komentarz :) Btw. - Kariolka z tej strony :D
Rozumiem, aczkolwiek jestem
Rozumiem, aczkolwiek jestem zdania, że lekkie wygładzenie formy jednak nie zabiłoby emocji niesionych przez tekst. Oczywiście - jest on Twój i decyzja również należy do Ciebie. Ja jako czytelnik mam jednak prawo do własnych odczuć i wyrażania ich głośno - więc to niniejszym czynię ;)Uważam, iż jeśli się publikuje tekst, nie osobiste przeżycia i emocje autora są najważniejsze (mogą być, kiedy pisze się do szuflady). Najważniejszy jest czytelnik i to dla niego, nie zaś dla siebie, publikujemy.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Oczywiście, że zasadniczo
Oczywiście, że zasadniczo publikując pisze się dla czytelnika. Mówisz, że znalazłaś u mnie błędy językowe, więc po raz kolejny przeczytałam tekst i tak: z zewnętrznojęzykowych przyplątała mi się literówka (dziw[n]y). Co do wewnętrznojęzykowych - wydaje mi się, że jedyne, których można by się doszukiwać (mogę się mylić, rzecz jasna), to chyba składniowych, ale tutaj też muszę sprawę wyjaśnić. Otóż, dziwny szyk zdań i ich budowa jest częścią mojej pisaniny i faktycznie, są osoby, które to razi, nie przeczę ;) Jednakże styl autora jest wpisany w koszty czytelnicze - nie każdemu się podoba, coś by się poprawiło, przerobiło na swoje własne. Pod względem jednak komfortu odbioru nie wydaje mi się, żebym czytelnika w jakiś sposób ubodła czy zlekceważyła, dając mu tekst niechlujny. Wiadomo, że są to moje osobiste odczucia, ponieważ jako autor nigdy nie będę mogła spojrzeć na to, co napiszę, czysto obiektywnie. Kilka lat studiowania edytorstwa nauczyło mnie jednak, że nie w każdym przypadku takie "wygładzanie" przynosi dobre efekty, jeżeli chodzi o styl - najpierw trzeba się przyjrzeć innym tekstom autora, żeby się upewnić, co robi celowo, a co mu zwyczajnie nie wychodzi :P Tym samym nie wiem, czy to, co znalazłaś do poprawy u mnie, jest wygięciem stylistycznym, które popełniłam z premedytacją (heh :P), czy błędem popełnionym nieświadomie. W każdym razie bardzo dziękuję Ci za zainteresowanie i uwagi, bo, jak wiadomo, jest to najlepsza forma uczenia się :D Ufff, wyszło długo :D Pozdrowienia! :)
Po pierwsze - współczuję,
Po pierwsze - współczuję, naprawdę. I co więcej mogę powiedzieć? Przykro mi jak cholera.
A o samym tekście... Najpierw błędy. A raczej usterki, ja znalazłam trzy:
*gadu gadu - Gadu-Gadu
*Dziwy - Dziwny
*(no kot jak nic!) - (no kot, jak nic!)
A sam tekst czytało się świetnie, strasznie mi się podoba forma i pomysł. Literacko kawał dobrej roboty, szkoda tylko, że inspiracja taka smutna.
"Co do wewnętrznojęzykowych -
"Co do wewnętrznojęzykowych - wydaje mi się, że jedyne, których można by się doszukiwać (mogę się mylić, rzecz jasna), to chyba składniowych, ale tutaj też muszę sprawę wyjaśnić. Otóż, dziwny szyk zdań i ich budowa jest częścią mojej pisaniny i faktycznie, są osoby, które to razi, nie przeczę ;) Jednakże styl autora jest wpisany w koszty czytelnicze - nie każdemu się podoba, coś by się poprawiło, przerobiło na swoje własne."
O, właśnie! Tutaj trafiłaś w sedno. Owszem, składnia jakiej używasz, miejscami niekoniecznie mi pasuje i w zasadzie o to mi chodziło. Nadużyłam tu zresztą słowa "błąd". Zdaję sobie sprawę (po ponownym, uważniejszym przeczytaniu tekstu), że teoretycznie nie są to błędy. Niestety, przy pierwszym przeczytaniu krótkiego tekstu, mam tendencję do uznawania za błędne to, co zwyczajnie w moim odczuciu "nie brzmi", "nie pasuje".
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
*gadu gadu - Gadu-Gadu *Dziwy
*gadu gadu - Gadu-Gadu
*Dziwy - Dziwny
*(no kot jak nic!) - (no kot, jak nic!)
done :]
Jupi :)
Jupi :)