Terapia małżeńska
- Dzień dobry. - Doktor spojrzał spod oka na wszystkie trzy pary. - Na poprzednich spotkaniach opowiedzieliście mi po krótce o swoich problemach. Muszę przyznać, że przez zawiłe alegorie, jakich wszyscy macie dziwny zwyczaj używać, nie od razu udało mi się pojąć ich istotę. Wreszcie jednak, po kolejnej wnikliwej analizie waszych wypowiedzi, doszedłem do sedna. Ta sesja będzie nieco inna niż poprzednie. Mianowicie, teraz to ja będę mówił, a wy słuchajcie.
Zdjął okulary, zmarszczył czoło i rozmasował skronie. Dziwne. Po tylu wizytach, wyrzuceniu z siebie wszystkiego, co w ich związkach było złe, chore i bolesne, powinni być bardziej entuzjastycznie nastawieni...
Sześć osób, siedzących w wygodnych fotelach na przeciw terapeuty, nie wyglądało wcale na bardziej szczęśliwych, niż poprzednim razem. Twarze mieli posępne, głowy smętnie spuszczone, oczy utkwione w jakiś bliżej nie określonych punktach podłogi. Nadal też nie trzymali się za ręce, jak przystało spełnionym parom. Żadne z nich nie dotykało pod stołem kolana współmałżonka ani jego części intymnych. Czyżby nowy model terapii się po raz pierwszy nie sprawdził? Doktor potarł dwoma palcami gładką, świeżo ogoloną brodę. Założył nogę na nogę.
- Zacznijmy może od pani – niedbałym gestem wskazał ciemnowłosą kobietę, o oczach lśniących jak gwiazdy – Przypomni mi pani swoją godność?
Pacjentka wyprostowała się dumnie wypinając wydajny biust, wychylający się lekko spod głębokiego dekoltu. Srebrny wisiorek zakołysał się pomiędzy dwoma wzgórkami piersi.
- Arwen Undomiel – odparła z arystokratycznym, staroangielskim akcentem.
Doktor westchnął. Nie lubił zmanierowanych kobiet, a niestety w tej grupie terapeutycznej trafiły mu się aż dwie.
- A tak. Dobrze... - na moment zawiesił znacząco głos. - Długo analizowałem przypadek pani i jej małżonka. Podłoża waszych problemów upatrywałbym w pani kompleksie „córeczki tatusia”. Z tego, co zrozumiałem, odeszła pani z mężem, wbrew woli swojego ojca, z którym łączyły panią dotąd dobre relacje. Odnoszę wrażenie, że tęsknota za byciem rozpieszczaną córunią, oczkiem w głowie wysoko postawionego taty, chwilami przysłania pani radość z samodzielnego,dobrowolnego wyboru drogi życiowej. Czuje się pani rozdarta między miłością do męża, a potrzebą luksusu, do którego pani przywykła. Rozczarowanie codziennością odciska piętno na waszym związku, a ponad waszym małżeńskim łożem snuje się nocami widmo tatusia, nie pozwalające pani przeżywać pełni rozkoszy i czerpać zadowolenia ze stosunków seksualnych.
Czarnowłosa damulka lekko skinęła głową. Doktor uśmiechnął się do własnych myśli, widząc, jak usiłuje ukryć rumieńce wstydu, powoli wypełzające na policzki.
- Pan natomiast – zwrócił się do mężczyzny siedzącego obok paniusi, zawahał na chwilę. - Przepraszam najmocniej, jak pana godność?
- Aragorn – odpowiedział tamten beznamiętnie. Sprawiał wrażenie jeszcze mniej zainteresowanego terapią, niż jego żona.
- No właśnie. Pan, panie Aragornie, wcale żonie nie pomaga. Nie robi pan nic w kierunku wyjścia na przeciw jej pragnieniom, nie próbuje zrozumieć dylematów z jakimi boryka się małżonka. Nie wykazuje pan zainteresowania jej problemami, nie inicjuje rozmów. Uznaje pan zasadę „widziały gały co brały”. Skoro żona wybrała życie z panem, jest to według pana równoznaczne z decyzją na całe życie. Nie bierze pan pod uwagę faktu, że pani Arwena mogłaby kiedykolwiek odejść. Rozpad waszego związku, pańskim zdaniem, w ogóle nie wchodzi w grę. Rozumiem, kwestie religijne, światopoglądowe, czy nawet bezgraniczne, naiwne zaufanie. Mimo wszystko zapomniał pan o czynniku niezwykle istotnym w budowaniu trwałej więzi. O uczucie mianowicie, trzeba dbać, nawet po wielu latach. Musi pan nareszcie uzmysłowić sobie fakt, że żona może pana opuścić, jeśli zaniedba pan wasz związek na rzecz pracoholizmu i działalności społecznej.
Pacjent spojrzał na doktora mętnym wzrokiem, unosząc lekko brwi. Ten westchnął ciężko. Że też jemu zawsze muszą się trafiać takie ciężkie przypadki.
- W takim razie może druga para. - Starał się usilnie, by jego głos wciąż brzmiał tak samo pewnie i spokojnie. Nie było to jednak proste, zważając na powierzchowność drugiej z siedzących przed nim kobiet. - Może teraz pani... pani... - Zapamiętywanie imion pacjentów nie należało do jego najmocniejszych stron.
- Galadriela – odpowiedziała smukła blondynka. Uniosła głowę i utkwiła w nieszczęsnym doktorze badawcze spojrzenie inteligentnych oczu. Także i w jej głosie dało się wyczuć arystokratyczną, irytującą manierę.
- Otóż, pani Galadrielo, tutaj widzę klasyczny przykład “syndromu szefa”. Zawodowo piastuje pani wysokie stanowisko i czuje się pani w swojej roli bardzo dobrze. Niestety ma pani brzydką tendencję przenoszenia relacji szef – podwładny na życie osobiste i rodzinne. Mąż jest dla pani ni mniej, ni więcej, jak kolejnym szeregowym pracownikiem do rozstawiania po kątach. Nie potrafi pani funkcjonować w relacjach partnerskich i ma silną potrzebę dominacji. Szczerze mówiąc wcale nie dziwię się małżonkowi, że okazuje swoje niezadowolenie – z osobą o takim podejściu do związku trudno jest tworzyć zdrowe relacje rodzinne.
Wyniosła damulka wydęła wargi, ale nie odpowiedziała. Doktor odczekał chwilę. Nie doczekawszy się polemiki, postanowił w końcu kontynuować.
- Przejdźmy wobec tego do męża pani Galadrieli. - Doktor obrzucił wzrokiem cichego, spokojnego blondyna, sprawiającego wrażenie wyraźnie zahukanego i nieśmiałego. - Czy może mi pan przypomnieć swoje imię?
Pacjent skulił się w sobie jeszcze bardziej, spoglądając ukradkowo na żonę.
- Mogę? - wymamrotał w końcu pytanie skierowane właśnie do niej.
Kobieta prychnęła. Doktor westchnął ciężko, poluźnił kołnierzyk koszuli.
- Pani Galadrielo, jak ma na imię pani mąż? - zwrócił się zrezygnowany do kobiety. Nie próbował już nawet kryć zniechęcenia.
- Celeborn – odpowiedziała krótko i rzeczowo. O ile on nie umiał odezwać się bez zgody małżonki, tak ona nie czuła potrzeby strzępienia języka więcej niż to konieczne.
Terapeuta wciągnął głęboko powietrze, po czym zebrał się w sobie i wysilił na profesjonalny, beznamiętny i pewny ton.
- W takim razie, panie Celebornie, problem nie leży nigdy po jednej stronie. Nie tylko tendencję pańskiej żony powodują konflikt, ale i pan sam dokłada oliwy do ognia. Przez długi czas była panu na rękę dominacja małżonki. Pod pantoflem partnerki żyło się panu wygodnie. W pewnym momencie jednak zaczęło to panu przeszkadzać. Postanowił pan pokazać kobiecie, kto jest głową rodziny. Niestety, nie wyszło panu. Musi pan przyznać się sam przed sobą: “Tak, jestem pantoflarzem”, a potem... No właśnie. Przed panem daleka droga do pokonania nieśmiałości i przyzwyczajenia do bycia całkowicie podporządkowanym. Musi pan zdobyć się na odwagę i zacząć walczyć o swoje prawa, o równouprawnienie w związku. Wydaje mi się jednak, że będzie pan potrzebował innej terapii. Jednocześnie chciałbym zaprosić pana na zajęcia grupowe, pomagające pokonywać lęki i wyrażać stanowczo swoje zdanie. Proszę bardzo. - Wcisnął blondynowi w rękę ulotkę.
Zmęczone spojrzenie terapeuty przebiegło po ostatniej parze. W myślach policzył powoli do dziesięciu, odetchnął.
- Teraz kilka słów do pana – zaczął, zwracając się do wysokiego, szczupłego, złotowłosego pięknisia, o błękitnych oczach. - Pański przypadek jest bardzo jasny, prosty i klarowny. Zbyt wiele czasu poświęca pan swojemu wyglądowi zewnętrznemu. Ta postawa graniczy wprost z metroseksualnością. Dochodzi do tego egocentryzm, który nie może być podstawą żadnego związku uczuciowego. Narcyzm i samouwielbienie, do których ma pan wyraźne tendencje, często stają się przyczyną uzasadnionych konfliktów. Radzę panu opanować nieco miłość własną, na rzecz miłości partnerskiej. Powinno to znacznie poprawić zaognioną sytuację, jaka od dawna istnieje w pana związku.
Mężczyzna przerwał na moment oglądanie własnych paznokci i podniósł głowę. Przez chwilę przyglądał się doktorowi cielęcym wzrokiem. Nieszczęsny terapeuta mógłby przysiąc, że widzi parę buchającą z uszu młodzieńca, podczas, gdy ten usilnie spróbował zrozumieć cokolwiek z usłyszanych informacji. Krańcowo wykończony psycholog wzruszył ramionami.
- Mhm... Proszę jeszcze przemyśleć moje sugestie. Przejdźmy tymczasem do pańskiego partnera. - Obrócił się na fotelu tak, by na widoku mieć twarz niskiego, krępego brodacza. - Pan natomiast powinien trochę bardziej o siebie zadbać. Pana partner ceni sobie higienę osobistą i jest raczej wrażliwy na piękno. Skoro łączy was uczucie, powinien pan wziąć pod uwagę i spróbować zrozumieć jego pragnienia. Nie raz, z tego co mówił ostatnio, prosił pana o zgolenie zbyt gęstego zarostu. Pan natomiast zbywał go za każdym razem, a często i wpadał w gniew. Może warto było by przemyśleć tę kwestię... Proszę zastanowić się, czy ważniejsza jest dla pana ta poczochrana, nieelegancka broda, czy też ukochany. Drugą przyczyną konfliktów, wypływającą z pana strony, jest pański porywczy charakter. Ponieważ wszyscy się różnimy, każdy ma też inny temperament. Pana partner zwyczajnie nie jest w stanie znieść “nieokrzesania i dzikości”, jak nazywa owe cechy, gdyż sam jest osobą o wiele bardziej powściągliwą, kochającą spokój i harmonię. Należy znaleźć dla panów złoty środek, kompromis, który byłby w stanie pogodzić dwa skrajnie różne charaktery i sprawić, byście potrafili ze sobą współżyć.
Na widok sprośnego uśmiechy, który wykwitł nagle na twarzy pacjenta, najpewniej na dźwięk ostatniego słowa, terapeuta nie wytrzymał. Uderzył z całej siły ręką w stół.
- Mam dość!
Sześcioro oczu zwróciło się ku niemu jak na komendę. Zacisnął powieki. Nadal czuł jednak na sobie spojrzenia. Pytające, przestraszone, świdrujące i poirytowane.
- Po prostu dość... - jęknął. - Miałem prowadzić terapię małżeńską, a tym czasem przysłano do mnie bandę świrów, półinteligentów, zmanierowanych damulek i pedałów.
Doktor wybuchnął niekontrolowanym, histerycznym płaczem. Pacjenci przyglądali mu się w milczeniu. Po chwili, gdy uspokoił się nieco – wstał z fotela.
- Idę do sekretariatu złożyć wniosek o wcześniejszą emeryturę. Żegnam państwa.
Wyszedł głośno zatrzaskując za sobą drzwi.


















































Odpowiedzi
Świetne! :D
Świetne! :D
Ubawiłam się, uśmiałam, miło przeczytać coś takiego. Właściwie to samo się czytało ^^
Lorka, uśmiałam się jak
Lorka, uśmiałam się jak durna :D Ty to masz pomysły...
To się cieszę, że
To się cieszę, że wprowadziłam w pozytywną śmiechawkę :) O to właśnie chodziło. Miałam ochotę was trochę rozweselić :P
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
A mnie normalnie rozwaliło,
A mnie normalnie rozwaliło, rozłożyło i powaliło jak doszłam do Krasnoluda i Elfa :D BOSKIE
"Jeśli nigdy nie grzeszysz przeciwko rozsądkowi, nigdy do niczego nie dojdziesz
Albert Einstein
"Jeśli nigdy nie grzeszysz przeciwko rozsądkowi, nigdy do niczego nie dojdziesz"
Albert Einstein