Historia lubi się powtarzać
Niebo nad Londynem rozświetlała jaskrawa, czerwono-pomarańczowa łuna. Słońce chyliło się ku zachodowi na tle ciepłych barw ognia. Dym ciągnął się smętnie nad dachami budynków okalających plac. Pałac Bukingham płonął.
***
– Co jest, kurwa? – krzyknął James, podnosząc się powoli z ziemi. Błędnym wzrokiem powiódł po kolegach. Wszystkie oczy wpatrzone były prosto w niego, a dało się odczytać w nich mieszaninę przerażenia i zdumienia. – Nie mogę. Ja nie wiem... ale po prostu nie mogę przejść dalej. Odrzuca mnie. To jest jak... jak jakaś cholerna niewidzialna ściana z gumy. Odbijam się od niej i...
– Nie pierdol, Jim! – Któryś ze strażaków machnął ręką lekceważąco. – Przecież to się kupy nie trzyma. To idiotyczne. W pokoju z gumowymi ścianami to ty się powinieneś znaleźć, zjebie.
Postąpił krok do przodu, a po chwili i on z trudem zbierał się z ziemi.
– A wy tu co?! – usłyszeli za sobą rozwścieczony wrzask komendanta, któremu towarzyszył łomot ciężkich buciorów o bruk. – Się pytam, co wy tu, do kurwy, jeszcze robicie, lebiegi?! Czy do was naprawdę, kurwa, nie dotarło, że tam się jara pałac z całą watahą królewskiej rodziny, co do jednej, kurwa wasza mać, królewskiej wysokości?!
– Panie ko- ko- komendancie – drżącym głosem wyjąkał jeden ze strażaków, wysoki i niemiłosiernie chudy chłopak. – Jego o-o-odrzuciło na dobre trzydzieści metrów w tył. Ta-ta-tam nie można się dostać. Nie można...
***
Pub pękał w szwach. Nic w tym z resztą dziwnego, był przecież sobotni wieczór. Tutaj, w Londynie, ludzie nie zwykli siedzieć w domach o tej porze. Artur miał pełne ręce roboty. Stał sam jeden za barem i momentami zastanawiał się, gdzie w pierwszej kolejności powinien ręce przyłożyć. Klienci tłoczyli się przy kontuarze, a Artur nalewał napoje, podawał naczynia, uwijał się jak w ukropie. Dobry barman poradzi sobie nawet podczas największego ruchu. Zresztą napiwki w położonym w ścisłym centrum miasta lokalu, cieszącym się dobrą sławą i sympatią ludzi, były tego warte.
Czasem w duchu cieszył się, że wykonuje taki właśnie, poniekąd ciekawy i dobrze płatny, choć nie stanowiący szczytu jego ambicji intelektualnych, zawód. Artur skończył kulturoznawstwo, jeden z tych pięknych i niesamowicie interesujących kierunków, po których niestety pracy nie dało się znaleźć ani tu – w Londynie – ani żadnym kraju Unii. Mógł jednak trafić gorzej, jak jego ojciec, polski imigrant, przez dwadzieścia pięć lat gnijący na zmywaku. On jednak znajdował się w zupełnie innej sytuacji. Artur urodził się już tutaj. Jego matka była rodowitą Brytyjką, on sam od dnia narodzin posiadał obywatelstwo brytyjskie, a to oznaczało ni mniej, ni więcej, jak fakt, iż mimo wszelkich starań starego taty, próbującego usilnie wychować syna na prawdziwego Polaka i patriotę, Artur był niemal całkowitym i niezaprzeczalnym Anglikiem, noszącym po prostu obco brzmiące, niemożliwe do wymówienia przez tutejszych, nazwisko.
Mimo całego swego zaangażowania i pracowitości, odetchnął z ulgą, widząc Lance’a zmierzającego w jego stronę. Teraz, w czasie, gdy drugi barman – Paul – wyjechał na zasłużony urlop, „Sam Pan Manager” zastępował Artura, gdy ten padał już na twarz po dwunasto- (a czasem nieoficjalnie i piętnasto-) godzinnej zmianie.
Wszedłszy na zaplecze, Artur z impetem rzucił na fotel roboczy fartuch. Po chwili sam opadł na ten sam – jedyny zresztą nadający się do siedzenia – mebel. Uwalił się na nim w najlepsze i zapatrzył w ekran telewizora. Do domu bynajmniej mu się nie spieszyło. Dzieci nie płakały, a kobieta nie stygła mu pod pierzyną. Artur mieszkał sam w wynajętym pokoju. Na tyle blisko samego centrum, że wolał wracać z pracy piechotą i przyoszczędzić na paliwie.
– Że co, kurwa?! – wrzasnął nagle, zrywając się z miejsca jak oparzony. Zbliżył się szybkim krokiem do odbiornika i niemal przykleił twarz do szklanego ekranu. Wpatrywał się w pojawiające się na nim obrazy szeroko otwartymi oczyma.
Dopiero, gdy głos spikera umilkł na dobre, a miejsce ruchomych obrazów zastąpiła czarna tabliczka z wyraźnym, czerwonym napisem „National mourning”, barman wszedł z powrotem na salę. Gdy tylko otworzył drzwi, dobiegł go nieznośny harmider, czyniony przez ożywione rozmowy gości zbierających się do wyjścia. Ogólne poruszenie utwierdziło go w przekonaniu, że to nie był idiotyczny żart jakiegoś programu rozrywkowego.
– Kurwa, Art, ale się porobiło... – stłamszony głos Lance’a jeszcze dobitniej go o tym przekonał.
– Mhm – mruknął tylko pod nosem. Czy było tu coś więcej do powiedzenia?
– No, nie wierzę… – mamrotał jego podekscytowany przyjaciel. – Niemożliwe. Jakim sposobem nie zadziałał cały system zabezpieczeń w pałacu? I co, do cholery, robiła straż pożarna? Spalili się żywcem. Wszyscy. Rozumiesz? Cała rodzina królewska do piątego pokolenia ze wszystkimi pociotkami, piątymi wodami po kisielu... Tylko ta dwójka maluchów jakoś się wydostała. I jedna księżniczka – nastolatka.
– No to jednak nie wszyscy – burknął Artur.
– Ale ty nie rozumiesz? Kto teraz będzie nami rządził, do jasnej cholery?
Artur wzruszył ramionami.
***
Staruszek pochylił głowę nad szarą kartą gazety codziennej. Zmrużył lekko oczy, wpatrując się w drobny druk. Na jego możliwości, zdecydowanie zbyt drobny.
Nagle siwa, brodata głowa poderwała się gwałtownie.
– A jednak... Jednak po coś tu tkwię – mruknął sam do siebie.
Siwy, chudy mężczyzna wstał. Jego złotobrązowe oczy płonęły. Podszedł do kominka, w którym wesoło trzaskał ogień. Chwycił oburącz pogrzebacz i rozgarnął żar na palenisku.
– Znów jestem potrzebny Brytanii – oznajmił już pełnym głosem, prostując się dumnie.
***
– Wygląda na to, że macie tu bezkrólewie – stwierdził kpiącym tonem jeden z polityków, zajmujący miejsce u samego szczytu stołu.
Zebrani zaszemrali, każdy we własnym tempie i języku. Sądząc po tonie szepczących głosów, niejeden z nich zaklął pod nosem. Wreszcie pękaty, niski jegomość podniósł ręce, uciszając towarzystwo. Szwy modnego, eleganckiego garnituru wniosły sprzeciw przeciwko temu gestowi, trzeszcząc złowrogo.
– Mam wrażenie, że nasi drodzy goście z Brukseli zapomnieli, iż troje członków rodziny królewskiej przeżyło.
– Taaak... – odezwał się znów tamten. – Ma pan rację, lordzie. Troje dzieci. Wymarzeni kandydaci do korony brytyjskiej.
– Prawowici sukcesorzy – wchodząc mówiącemu w słowo, poprawił inny z członków Izby Lordów.
– A w praktyce...
– W praktyce, księżniczka Ginewra, córka Eugenii księżnej Yorku i Aleksandra hrabiego Ulsteru, podwójna przedstawicielka linii sukcesyjnej, zarówno ze strony królowej Elżbiety, jak i króla Jerzego, skończyła dwadzieścia jeden lat i ma pełne prawo objąć tron.
– Świetnie, panowie. W obronie starego porządku oddajcie władzę dwudziestojednoletniej panience chowanej pod kloszem, dorastającej z myślą, że jest dwudziesta z kolei i nie musi wcale wiedzieć jak rządzić krajem, nawet na wszelki wypadek.
– Lepsza własna królowa, niż cudza unia. – Któryś z lordów wstał gwałtownie. Przewrócone przypadkiem krzesło z głuchym łomotem uderzyło w posadzkę.
– Jeżeli liczyliście na to, że damy się tak po prostu wchłonąć temu waszemu globalnemu molochowi – odezwał się inny – niepotrzebnie się fatygowaliście.
– Wasza pomoc. Wyszło szydło z worka – zapienił się kolejny. – Za taką pomoc to my serdecznie dziękujemy.
– Niedoczekanie wasze – mruknął następny, wstając i kierując się w stronę drzwi. – Globalizujcie się sami. Zjednoczone Królestwo zostanie Zjednoczonym Królestwem, czy się to komuś podoba czy nie. I nie będzie żadnego szczytu. Nie u nas.
Za nim inni lordowie zaczęli wstawać z miejsc i kolejno wychodzić, odprowadzani pełnymi niezadowolenia pomrukami rozczarowanych gości.
***
Staruszek na zapleczu wpatrywał się z uśmiechem w ekran. Pokiwał siwą głową z aprobatą.
– Dobrze, kochani. Bardzo dobrze… – mruczał półgłosem sam do siebie. – Dobrze jest wiedzieć, że lordowie Brytanii przynajmniej zachowali honor swoich przodków.
Z zamyślenia wyrwało go ciche brzęczenie dzwoneczka przy drzwiach. Niewątpliwie oznaczało klienta. Sklepikarz wcisnął więc czerwony guziczek na pilocie telewizora i wyłonił się zza rozsuwanych drzwi. Stanął za ladą.
Klient stał tyłem do sprzedawcy, wyraźnie zapatrzony w półkę ze starymi zegarami, tuż obok szafki zapełnionej porcelanowymi filiżankami. Miał na sobie lekko wytarte jeansy i granatową koszulę. Przydługie, ciemnobrązowe włosy opadały luźno na ramiona. Mógł mieć jakieś trzydzieści trzy, może trzydzieści pięć lat. Na dłuższą chwilę zatrzymał wzrok na małym, kominkowym Resoankerze. Obrócił się w stronę lady.
– Piękny – skwitował.
– Mhm... – stary sprzedawca pokiwał głową z uznaniem dla gustu mężczyzny. – Mechanizm wahadłowy. Pięciostrunowy gong.
Staruszek pochwycił rzucone mu dyskretnie smutne spojrzenie stalowoszarych oczu. Gość interesował się najwidoczniej starociami, ale nie było go stać na takie zbytki. Sprzedawcę zainteresowało w tym spojrzeniu jednak zupełnie coś innego. Przypadkowy fascynat zegarów był tym, kogo siwy sklepikarz szukał.
– Podejdź tu, synu. – Głos starca zabrzmiał życzliwie i twardo jednocześnie. – Napijesz się ze mną herbaty?
Artur spojrzał na sklepikarza podejrzliwie. Starszy pan o dobrodusznym wyglądzie mówił z dziwacznym akcentem cudzoziemca. Mimo kierunku swego wykształcenia, Artur nie był w stanie jednak stwierdzić, skąd ów mógłby pochodzić. Dałby uciąć sobie rękę, że nigdy wcześniej nie słyszał podobnego dialektu. Było też coś dziwnego w głosie tego człowieka, w całej jego niepozornej osobie. Jakaś nieokreślona siła perswazji, coś, co nie pozwalało sprzeciwić się woli staruszka, kazało wypełniać każde jego polecenie, nawet wypowiedziane jako uprzejmą prośbę.
– Jak ci na imię? – zapytał tymczasem starszy pan, nalewając herbaty z porcelanowego imbryczka do dwóch filiżanek.
– Artur – odparł młodszy mężczyzna, sadowiąc się na podsuniętym mu właśnie krześle, przy małym, okrągłym, secesyjnym stoliczku salonowym.
– Ar-tur – powtórzył powoli staruszek, jakby delektując się brzmieniem tego imienia.
Było w nim coś dziwnego. Coś, co sprawiało, że jego gość czuł się przy swoim gospodarzu coraz bardziej nieswojo.
– Opowiedz mi coś o sobie – poprosił sklepikarz, podnosząc do ust filiżankę.
W odpowiedzi Artur zaklął głośno. Poczuł, jak na dłoni, która nagle zaczęła mu drżeć, lądują kropelki gorącego płynu, parząc boleśnie skórę. Nadgarstek sprzedawcy zdobiła srebrna bransoleta. Artur przyglądał się jej szeroko otwartymi oczyma. Takiej bransolety nie mógł posiadać nikt w obecnych czasach. Chyba że obrabował muzeum archeologiczne. Zamiłowanie do kultury dawnych Celtów i zajęcia fakultatywne w Collage’u zrobiły swoje. Artur był pewien, że nie mógł się pomylić. Błyskotka mogła pochodzić z ziem brytyjskich przełomu drugiego i trzeciego wieku naszej ery.
Staruszek najwidoczniej zauważył, co wywołało poruszenie gościa. Nerwowym ruchem obciągnął mankiet koszuli i uśmiechnął się sztucznie.
– A może najpierw ty powiesz mi, kim jesteś? – odezwał się wreszcie Artur.
– Mam na imię Merlin i powiem ci raczej, kim ty jesteś.
Artur głośno przełknął ślinę, próbując opanować rosnący w nim niepokój.
– Jesteś doskonałym kandydatem na męża dla królowej – dokończył stary.
***
Merlin rozgarnął żarzący się w kominku węgiel. Spojrzał. Wiedział już co robić. Jak dawniej. Znów był sobą – magiem, królotwórcą. Znów był Sokołem Brytanii. Po coś przecież tkwił tu przez wszystkie te lata. Całe wieki żył jakby w uśpieniu, czekając spokojnie, aż jego czas powróci. Patrzył na świat, na nowe czasy, tak podobne do tamtych, które pamiętał z młodości, a jednak tak różne, bardziej okrutne, na ludzkość dążącą coraz szybszym biegiem do samozagłady. Zaczynał już wątpić, że kiedyś znów będzie właściwy moment do działania. Bał się tej epoki zaawansowanej techniki i brutalnego kapitalizmu. Obawiał się nieustannie o ludzi, którzy osiągali powoli apogeum swoich skłonności do wyniszczania samych siebie i wszystkiego wokół. Czekał jednak. A teraz znów stał tu, pełen mocy i pewności siebie, przepełniony dawną magią, wiedząc, że to właściwy czas, że to jego ostatnia szansa na naprawienie wszystkiego, co wtedy przeoczył, czego nie dopilnował. Tak, wtedy zawiódł, ale teraz naprawi swoje błędy, nie popełni ich po raz kolejny.
Uniósł obie ręce w górę i zaczął śpiewać. Pieśń w starożytnym języku dawnych Celtów wznosiła się ponad znów ponad Londynem, który dawno już przestał być ostatnią brytyjską ostoją walącego się Rzymu, pełnym przepychu, dumnym Londinium. Mimo wszystko to właśnie tu, w tym samym miejscu, w którym wtedy popełnił błąd, teraz miał okazję, by go naprawić. Śpiewał mocnym głosem, czystym i melodyjnym, tak nie podobnym do głosu starca. Śpiewał o chwale i Wiecznym Królestwie, o sprawiedliwości i prawości nowego władcy. O nowym Pendragonie Brytanii. Słowa dawnych bardów znów płynęły z jego ust. Opuścił dłonie. Laska druida, ta sama, której używał wtedy, dawno temu, za czasów pierwszego Artura, uderzyła o posadzkę z głuchym łoskotem.
***
– Nic się nie martw. – Merlin uśmiechnął się ciepło do swego nowego podopiecznego, ubranego teraz w elegancki, dobrze skrojony garnitur. – Lordowie wypięli się na unię i postanowili osadzić na tronie księżniczkę Ginewrę, czy się to Brukseli podoba, czy nie. Nie powiem, że nie mieszałem w tym palców, ale naprawdę nie było to trudne zadanie. Najtrudniejsze jeszcze przed nami, Pendragonie Brytanii.
Artur westchnął cicho. Przeczesał palcami włosy błyszczące od brylantyny, związane z tyłu w krótki kucyk. Może i wyglądał jak lord, ale bynajmniej nie czuł się nim. Jeszcze mniej czuł się doskonałym kandydatem na małżonka przyszłej królowej, mimo wszystkich gorliwych zapewnień starego maga. Zresztą... cała ta surrealistyczna historia o nieśmiertelności, prastarej magii, nowym królu Arturze, czarowniku Merlinie i prawdziwości legendy, przerastała go. Niby wszystko sprawiało wrażenie rzeczywistego i logicznego, ale... Na litość boską! Przecież on tak po prostu uwierzył na słowo staruszkowi ze sklepu z antykami i dał się wciągnąć w jakąś śmierdzącą na odległość historię, jakąś idiotyczną walkę o władzę. Zwariował do reszty...
Nieznośne myśli towarzyszyły mu przez całą drogę do siedziby Izby Lordów. Nie opuszczały go podczas rozmów z jej członkami, podczas których niewiele się odzywał. Mówił głównie Merlin, udający w najlepsze dawnego przyjaciela Królowej Matki. Artur nie miał pojęcia, w jaki sposób staremu udało się wcisnąć tak jawny kit wszystkim obecnym, bez wyjątku. Może on rzeczywiście zna się na jakiejś magii? Może manipuluje umysłami lordów i od samego początku nagina ich punkt widzenia do swojej woli? A może to jakaś wielka, cholerna mistyfikacja? Układając w głowie kolejne, idiotyczne i nie trzymające się kupy teorie spiskowe, robił dobrą minę do złej gry. Będzie co ma być...
***
Mordred odpalił papierosa. Tym razem stać go było na paczkę porządnych, ludzkich Marlboro. W duchu dziękował za to staruszce, w której torebce znalazł wczoraj tych kilka funtów. Grosze, bo grosze, ale czego się spodziewać po emerytce z ubogiej dzielnicy. Przynajmniej nie musiał znów palić tych wstrętnych fajek ojca, które niezmiennie od lat smakowały sianem i łamały się przy byle okazji, były za to najtańsze w pobliskim kiosku osiedlowym.
Czarne jak smoła strąki przetłuszczonych włosów opadły na całkiem przystojną, jak na piętnastolatka, twarz. Chłopak zaciągnął się głęboko. Należała mu się chwila odprężenia. Zwłaszcza po ostatniej nocy.
Mordred śnił dzisiaj majaki z wczesnego dzieciństwa, dręczące go odkąd tylko sięgał pamięcią. Zaśliniona, czerwiona gęba ojca. Oddech cuchnący gorzelnią i zgnilizną z zepsutych zębów. Ręce błądzące po ciele małego chłopca i ból rozrywający od środka, promieniujący aż do kręgosłupa. I matka śpiąca na kanapie, odurzona kolejną dawką heroiny, niewidząca i niesłysząca jak zawsze...
***
Ginewra zmieniła wszystko. Jak świat światem, niezależnie od epoki, kobiety miały, mają i będą miały to do siebie, że wszystko zmieniają. Odkąd dłoń Artura objęła jej nagą pierś, odkąd ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku, a jej jędrne uda zaczęły miarowo pocierać o siebie nawzajem, wiedział już, że było warto. Dla tej nocy, zaraz po ceremonii ślubnej, spęczonej w pałacowej komnacie, na mosiężnym łożu z baldachimem, wśród jedwabiu, warto było pakować się w całą tę farsę. Dla posmakowania jej lekko słonawych soków warto było przeżyć męczące spotkania na stopie politycznej, wysłuchać wszystkich zbawiennych uwag starego maga, uśmiechać się do kogo tylko zaszła potrzeba i tańczyć tańce, których kroków nie znał.
Tej nocy, kiedy usypiał spokojnie, do cna wyczerpany, trzymając w ramionach swoją świeżo upieczoną żonę – Ginewrę Anne Elisabeth Windsor, królową brytyjską – wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
***
– Zamknij jadaczkę, gówniarzu! – Henry zatoczył się i nieomal runął na podłogę. Pogroził pięścią stojącemu przed nim chłopakowi. – Jak śmiesz się tak odnosić do matki!
– Ale to jest ćpunka – spokojnym tonem odparł Mordred. – Jest nią i nic na to nie poradzę. Czemu nie miałbym nazywać rzeczy po imieniu?
Pięść mężczyzny wybiła w przód, z niezwykłą zresztą szybkością i celnością, biorąc pod uwagę stan trzeźwości jej właściciela. Mordred poczuł krew na wargach. Wysunął koniec języka i oblizał się. Jego źrenice coraz bardziej rozszerzały się. Tęczówki w oczach chłopca ciemniały niebezpiecznie, ze złoto-brązowych w ciągu kilku chwil zmieniły barwę na bezdenną czerń.
– Nig-dy wię-cej – cedził przez zaciśnięte zęby, głośno i wyraźnie akcentując każdą sylabę – nie waż się mnie ude-rzyć. Za-pa-mię-taj. Ni-gdy.
Odepchnął od siebie ledwie trzymającego się na nogach Henry’ego. Pchnął go na ścianę, w którą ten uderzył głową.
– Żywiliśmy cię przez te wszystkie lata. A ty? – krzyczał mężczyzna, próbując się podnieść. – Taka nas spotyka wdzięczność!
– Mam być wdzięczny? – Mordred prychnął pogardliwie. – Niby za co?
– A kto przez piętnaście lat karmił cię, ubierał, dawał dach nad głową? Kto ci przewijał dupę, jak srałeś w pieluchy, smarku?
– Cóż – chłopak wzruszył ramionami. – Było się jej – niedbałym ruchem głowy wskazał na matkę – nie pchać pod pierzynę. Kto ci kazał płodzić, a jej rodzić? Ja się na świat nie prosiłem. A wychowanie mnie, to przypominam, wasz zasrany obowiązek. Jak kto rucha przez pękniętego kondoma, to potem ma problem.
– O nie – wtrąciła się Mary, budząca się właśnie z jakiegoś narkotycznego marzenia. - Myśmy nie mieli żadnego obowiązku. Kto ruchał ten ruchał. A ty nawet nie jesteś naszym dzieckiem.
***
Wszystko szło zgodnie z planem. Było dokładnie tak, jak zaplanował Merlin. Artur i Ginewra znów zasiadali na tronie Brytanii. Lordowie obradowali znów przy okrągłym stole, który miał przypominać im, że żaden, nawet ich król, nie ma prawa uważać się za wyższego niż reszta. Wśród nich zasiadał teraz również sir Lance, nowy diuk Gloucester.
Artur nie rozczarował maga. Okazał się zdolnym uczniem i godnym monarchą. Odbudowa pałacu Bukingham trwała. Ginewra uległa namowom mądrego doradcy, postanowiła zmienić jego nazwę na Kamelot. Nowa para królewska zyskała władzę i poparcie w kraju. Funkcja korony przestawała być jedynie reprezentacyjna, co zdawało się niemożliwe w dzisiejszym świecie, powracała idea monarchii konstytucyjnej. Artur wprowadzał reformę za reformą. O dziwo, wszystkie sprawdzały się w praktyce. Nastał czas rozkwitu, nowy złoty wiek dla Wysp. Wszystko miało się ku lepszemu.
Niestety tak było tylko w granicach Korony Brytyjskiej. Reszta świata nie prezentowała się już tak sielsko. Unia rosła w siłę, mimo wystąpienia z niej Zjednoczonego Królestwa. Nie ograniczała się już tylko do kontynentu europejskiego. Świat zewnętrzny stawał się coraz bardziej jednolity. Powszechna globalizacja trwała w najlepsze, dążąc usilnie do zatarcia różnic kulturowych. Merlina coraz częściej dochodziły niezadowolone głosy zagranicy. Unia nie popierała dążeń Brytyjczyków do niezależności i przywrócenia władzy koronie. Mag był czujny. Tym razem nie wolno mu było dopuścić do złego końca. A ów z pewnością mógł nadejść z zewnątrz. Chociaż... był jeszcze jeden kierunek...
***
Mordred przekręcił cienki drucik w stacyjce kradzionego auta. Z piskiem opon ruszył przed siebie. Nie ważne dokąd. Oby dalej od rodzinnego domu, od zaćpanej, półprzytomnej matki, ciężkich rąk zapijaczonego ojca, od jego stwardniałego prącia, które nawiedzało chłopaka każdej nocy w koszmarnych snach, wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa. Jak najdalej od zapachu jego potu, od obleśnej, zaślinionej gęby i oślizgłych rąk błądzących po ciele chłopca. Jak najdalej od biedy i smrodu, od potłuczonych flaszek walających się po mieszkaniu.
Zza siedzenia wydobył butelkę znaleźnej whisky. Pociągnął spory łyk i uśmiechnął się do własnych myśli. On – Mordred – nigdy nie zniży się do ich poziomu, nie będzie klepał biedy. Będzie jeździł porządną bryką, nocował w drogich hotelach z zadbanymi kobietami, tak różnymi od jego matki. Będzie pił tylko dobrą whisky, nigdy nie ruszy tego syfu, który codziennie lał w gardziel jego ojciec.
Matka? Ojciec? Co to zresztą za określenia! Przecież nie byli jego rodzicami. Zawsze to czuł. Taka hołota przecież nie mogłaby wydać na świat tak doskonałego człowieka, jakim był Mordred. Teraz wiedział to już na pewno. Sami przyznali się. Sami mu to powiedzieli, a on odetchnął z ulgą, wiedząc, że jego rodzicami nie są ci szmaciarze nie warci nawet splunięcia w poczerwieniałe ryje.
Zwolnił. Jeśli będzie jechał spokojnie i powoli, policja nie będzie miała potrzeby go zatrzymywać i pytać o prawo jazdy, którego nie miał, ani o kartę wozu, której przecież nie posiadał tym bardziej. Zresztą, prawo jazdy powinien mieć już dawno. Co z tego, że niedawno ukończył dopiero piętnaście lat? Zawsze miał smykałkę do motoryzacji. Jako dwunastolatek prowadził lepiej niż niejeden dorosły. Ale niestety... Cały świat zmówił się przeciwko niemu. Los sprzysiągł się, by go dręczyć. A on? On odbierał światu tylko to, co powinno do niego należeć. Mordred nie mógł być przecież biedakiem i brudasem. Mordred był kimś. Był panem tego świata. I teraz nadszedł czas, by wreszcie tego dowieść!
Mijał zabudowania londyńskiego centrum. Stare, zabytkowe budynki mieszały się płynnie z nowoczesną architekturą ze szkła i stali. Zadziwiająco pozlepiane – stare i nowe budownictwo – wywoływało w chłopaku zawsze dziwne uczucie. Stare odchodzi, nowe przychodzi, ale to co było, zawsze będzie obecne w tym, co jest. Nie da się cofnąć przeszłości, wymazać jej z pamięci, sprawić, by znikła na zawsze, jak gdyby nigdy jej nie było.
Pociągnął łyk z butelki. Potrząsnął lekko głową odpędzając niewygodne myśli. Skierował je na inne tory. Rodzice... Kim mogli być jego prawdziwi rodzice i dlaczego oddali go temu szmatławemu motłochowi? Musieli być przecież kimś, kogo z pewnością stać było na utrzymanie dziecka. Jego ojciec był z pewnością bogatym biznesmenem, albo może lordem, pochodzącym z rodu o wieloletniej tradycji. Co tam biznesmen. Co tam lord. Prawdziwy ojciec Mordreda musiał być prezydentem jakiegoś kraju Unii, albo księciem, a może i samym królem! A matka? Jego matka była z całą pewnością najpiękniejszą kobietą, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi. Kimkolwiek byli, z pewnością nie żyli już od dawna. Z własnej woli nie pozbyliby się przecież tak udanego syna.
Mordred przetarł oczy. Gwałtownie nacisnął na hamulec. Zatrzymał się z piskiem opon i wypadł z auta, pozostawiając je ledwie na poboczu. Nie miał pojęcia czemu to zrobił, tak samo, jak nie wiedział, dlaczego biegnie pędem w stronę zaułka między starą kamienicą a oszklonym biurowcem. Jakaś siła, której nie był w stanie się oprzeć, pchała go wprost w tamto miejsce.
– Witaj synu – usłyszał za sobą kobiecy głos. Poczuł jak lodowaty chłód przenika go do szpiku kości. – Postanowiłam, że jesteś już na tyle dużym chłopcem, by poznać prawdę o sobie. Zasłużyłeś na to.
***
Limuzyna wjechała powoli na plac przed samym nowym pałacem. Zatrzymała się. Blask ustawionych wzdłuż otoczonej wypielęgnowaną roślinnością alei odbijał się w przyciemnianych szybach. Przednie drzwi samochodu otworzyły się. Szofer błyskawicznie wysunął się z wnętrza pojazdu. Gdy otwierał tylne drzwi, dwaj członkowie ochrony przyskoczyli do niego, nie przestając mówić do maleńkich mikrofoników uczepionych kołnierzyków koszul. Wyższy, czarnoskóry mężczyzna nieustannie majstrował coś przy pasie, drugą ręką zaś poprawiał słuchawki tkwiące wewnątrz uszu.
Artur szedł wolnym krokiem. Ochroniarze, nie odstępujący go ani na krok, niczym cienie, irytowali go, starał się jednak zachować kamienną twarz i jak na króla przystało, dumną, prostą postawę. Z coraz większym trudem przychodziło mu robienie dobrej miny do złej gry. A Merlin? Merlin zdawał się wcale tego nie zauważać. Upojony swoją nową misją i nowym powodzeniem w roli królotwórcy, dawno już przestał interesować się samopoczuciem samego władcy, jego potrzebami, troskami i wątpliwościami. Te natomiast nawiedzały monarchę coraz częściej i coraz silniej dawały się we znaki. Sam nie był już pewien, co podkusiło go, do posłuchania tego ześwirowanego starucha. Jedno było pewne – ostatnio często łapał się na tym, że tęskni za swoim starym, wynajętym mieszkaniem i pracą w barze. Królowanie okazało się bardziej męczące, ograniczające, o wiele bardziej pełne obaw, lęków i stresu, niż mógł sobie wyobrazić, zanim wdepnął w całą tę aferę, która sama w sobie wydawała mu się teraz okrutnym żartem. Był zmęczony. Czuł się znużony i przytłoczony. Nie marzył teraz o niczym innym, jak spokojny sen w ramionach Ginewry.
A może od samego początku robił to dla niej? Odkąd tylko ostatecznie się zgodził. Od tamtego dnia, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Może to nie Merlin był powodem, nie tron i korona, nie miłość do ojczyzny ani żaden z wzniosłych celów, które stary mag starał się za wszelką cenę wtłoczyć mu do głowy. Może to właśnie ona? Żona, oczekująca go teraz z pewnością w sypialni, w seksownych pończochach naciągniętych na idealnie zgrabne nogi, aż po wysunięte lekko w tył pośladki w kształcie dojrzałego jabłka, w gorsecie zmysłowo opinającym jędrne cycuszki... Może to wszystko tylko dla niej?
Otwierając drzwi do sypialni spojrzał wymownie na funkcjonariuszy ochrony.
– I żeby żaden nie ważył się do mnie zbliżać, aż do rana.
Mina króla zdawała sie mówić wyraźnie: „Tu chyba nie zamierzacie za mną wleźć, co?”. Tego właśnie najbardziej teraz potrzebował. Chwili prywatności, spokoju i rozkosznej intymności tylko we dwoje. On i Ginewra. Jego żona. Tylko jego. Pociągnął za klamkę.
Jego żona... Tylko jego. Tylko? Źrenice monarchy rozszerzyły się. Dłoń spoczywająca w dalszym ciągu na klamce zadrżała. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Stał w progu, jak wmurowany w podłoże posąg. Palce zacisnęły się na mosiężnym uchwycie. Szarpnął. Zawiasy w drzwiach zajęczały przeciągle, harmonizując z donośnym jękiem Ginewry. Oba dźwięki urwały się nagle w tym samym czasie, idealnie synchronicznie. Lance odwrócił głowę. W jego półprzytomnych z rozkoszy oczach odmalowało się przerażenie. Wzgórek widoczny jeszcze przed chwilą pod pościelą, opadł gwałtownie.
– Art?
***
– Ojciec – Mordred prychnął. Jego źrenice stawały się coraz ciemniejsze. – Ojciec, kurwa? Spłodziciel! Dawca nasienia! Ojciec, kurwa... Tak samo, jak ty nie jesteś moją matką. Matka nie podrzuca dzieciaka po narodzinach obcym ludziom, pijakom i szmaciarzom, pedofilowi i jego zahukanej żonce na wiecznym haju. Matka nie przychodzi do syna po piętnastu latach i nie mówi o tym wszystkim z uśmiechem na ustach. Kim ty jesteś, suko? Kim? Bo na pewno nie matką, nie kobietą. Nawet nie, kurwa, człowiekiem. Kim ty jesteś?
– Jestem twoją matką, czy tego chcesz czy nie i szczerze mówiąc nie wiele obchodzi mnie, czy cię ten fakt cieszy – odparła Morgana. – Bardziej ubolewam nad faktem, że w zbytkach i władzy, które należą się nie komu innemu, jak mnie, pławi się teraz, jak go malowniczo nazwałeś, dawca nasienia.
Uniosła lekko brew, delikatnie, z pozoru niewinnie rozciągając usta w uśmiechu. Czekała.
– O czym ty do mnie znowu... – zaczął chłopak.
– Nie domyśliłeś się jeszcze, kto cię spłodził, a potem nie chciał nawet słyszeć, że przypadkiem powstałeś? Nie wiesz, kto się ciebie wyparł? Przez kogo musiałam podrzucić cię tym ludziom, pierwszym jakich spotkałam? Nic nie mogłam ci wtedy dać. Nie umiałabym być matką. Uratowałam ci twój marny żywot, oddając tym pijaczkom. Mogłam zostawić cię w gumowym worku na śmietniku. Inne tak właśnie pozbywają się problemów. Mogłam, ale tego nie zrobiłam.
– Mam być ci wdzięczny? – Ironiczny uśmieszek wykwitł na stężałej w złości twarzy Mordreda.
– Nie musisz. Pragnę tylko, byś zauważył tę subtelną różnicę. Ja cię urodziłam. Nie miałam wielkiego wyboru. A on? On nic nie musiał. Mógł pójść w swoją stronę, niczym się nie przejmując, niczego nie pamiętając. Mógł po prostu mieć cię w głębokim...
– Kto? – przerwał jej ostrym, stanowczym tonem. – Kto jest moim parszywym - splunął siarczyście pod jej nogi, zanim wypluł ostatnie słowo, jak gdyby miało stanąć mu kołkiem w gardle – ojcem.
Morgana uśmiechnęła się z triumfem. Wszystko szło po jej myśli. Było dokładnie tak, jak być powinno. Pozwoliła nawet, by pchnął ją na ścianę.
– Kto? Gadaj kobieto! Który skurwysyn?
– Król Artur – odpowiedziała ze stoickim spokojem. – Nasz nowy król zniszczył życie i mnie i tobie, a teraz... Teraz właśnie w jedwabiach posuwa młodą żonkę, popijając francuskiego szampana.
Chłopak raz jeszcze splunął pod stopy kobiety, po czym stracił całkowicie zainteresowanie jej osobą. Ona zaś wcale nie miała zamiaru mu o sobie przypominać. Było dokładnie tak, jak być powinno. Mordred odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem odszedł w stronę stojącego nieopodal auta. Wsiadł, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwiczki. Z warkotem silnika, pozostawiając za sobą tuman kurzu, odjechał, pozostawiając Morganę samą z własnym triumfem wypisanym na twarzy. Ona zaś dałaby uciąć sobie głowę, że na odchodnym usłyszała mruknięte pod nosem: „Zajebię. Zajebię jak psa”.
***
– Wiedziałem. – Merlin wyciągnął przed siebie ręce, palce splatając w ochronnym znaku.
Morgana uniosła brew udając zdziwienie.
– Co takiego, mój drogi?
– To było do przewidzenia, Morgano. Tak wiele nie mogłoby dziać się bez twojego udziału. Ciekaw jestem tylko, dlaczego tyle czasu milczałaś, ukryta w cieniu.
– A może wcale nie milczałam? – Kobieta uśmiechnęła się paskudnie. – Może po prostu przejęłam twoją taktykę i postanowiłam nie działać własnoręcznie. Zresztą... Do tego też powinieneś się już przyzwyczaić.
Mag pokiwał powoli głową. Wiedział już, że coś jest nie tak. Znów czegoś nie zauważył, przeoczył szczegół, który mógł okazać się brzemienny w skutkach. A ona znów go przechytrzyła. Po raz kolejny zawiódł.
– Wszystkie te lata niczego cię nie nauczyły, Merlinie. Człowiek głupi się rodzi i głupi pozostaje, prawda? Głupi i ślepy.
Pokręcił tylko głową. Smak ponownej porażki palił go od wewnątrz.
– Historia lubi się powtarzać, Merlinie.
Morgana wybuchła śmiechem.
***
Artur wypadł z pałacu jak błyskawica. W całej tej żałosnej, beznadziejnej sytuacji, cieszyło go tylko jedno, mianowicie fakt, że odprawił ochronę. Nic nie trzymało go już tutaj, w pałacu, u władzy. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że jeszcze ma szansę. Zapragnął, jak niczego innego, wyrwać się z niewoli Merlina. Nie znosił bycia królem. Nigdy nie chciał nim być. Wszystko to tylko za namową tego cholernego starucha. Wszystko to dla niej. Dla Ginewry.
Ale Ginewry już nie było. Nie dla niego. Nie istniała teraz ani nigdy w przeszłości. Wymazanie z pamięci niewygodnych wspomnień to przecież żadna cholerna magia. Każdy to potrafi. On – Artur – też.
Nie było dla niego już miejsca w starym mieszkaniu. Właściciel z pewnością wynajął je już komu innemu. Zresztą... znaleźliby go szybciej niż zdążyłby wymówić słowo „zdrajcy”. Nie było już pracy w barze, którą mimo wszystko zdążył polubić. Nie było Lance’a - jedynego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miał Artur. Jego prywatny Brutus może do woli rżnąć sobie jego śliczną żonkę, jego królową, której nigdy nie było. Merlin, którego nigdy nie było, może szukać wiatru w polu. Bo... Bo Artura też nigdy tutaj nie było. Był tylko wytworem ich chorej wyobraźni. Tak samo, jak on uroił sobie ich we własnym, znudzonym umyśle. Artur nigdy nie był królem.
Przyspieszył kroku. Pałac majaczył w oddali, ledwie widoczny zza kolejnych mijanych budynków. Artur przeciskał się między tłumem przechodniów, zrzucając z siebie kolejno marynarkę, kamizelkę, koszulę, pas i spodnie. Szara ludzka masa zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na swojego króla, który właśnie spadłszy z tronu, przechadzał się między nimi niemal nagi. Teraz dopiero uświadomił sobie, że nikt nie wybiegł za nim z pałacu. Nie włączył się żaden alarm. Przy bramie nie było strażników. Żołnierz pełniący wartę pod pomnikiem królowej Wiktorii zdawał się spać z otwartymi oczyma. Nikt nie zatrzymał odchodzącego króla.
Własne myśli zagłuszyły w umyśle Artura dźwięki, dobiegające ze świata zewnętrznego. Nie usłyszał pisku opon ani strzału wymierzonego z pędzącego auta. Otrzeźwił go dopiero przejmujący ból. Powoli osuwając się na kolana, przycisnął ręce do piersi. Pochylił głowę i spojrzał na krew przelewającą mu się między palcami. Dopiero teraz usłyszał krzyk. Nie zrozumiał słów. Zaraz potem rozległ się łoskot. Więcej już Artur nie usłyszał ani nie zobaczył. Zwalił się na twardy bruk chodnika. Siarczyste przekleństwo przechodnia, któremu król obryzgał przypadkiem buty posoką, nie dotarło już do adresata. Pochłonęła go ciemność.
– Niech twoja dusza wróci do Avalonu – wyszeptał Merlin, podnosząc w górę okrwawione ciało. – I niech kiedyś mi wybaczy.
Piskliwy krzyk, który wydała Morgana, klęcząca przy tym, co pozostało ze świeżo ukradzionego auta Mordreda, malowniczo wkomponowanego między słup telegraficzny a bok TIR-a, zaginął w zgiełku odgłosów wielkiego miasta. Tylko z do połowy odartej ze skóry czaszki otwarte szeroko oczy Mordreda wciąż niewzruszenie spoglądały przez stłuczoną szybę samochodu.
– Historia, moja droga Morgano – stwierdził Merlin, przechodząc obok oszołomionej wiedźmy - ma to do siebie, że lubi się powtarzać. Czyż nie?


















































Odpowiedzi
Opowiadanie świetne. Podoba
Opowiadanie świetne. Podoba mi się pomysł, przypadło mi do gustu wykonanie, nawiązania do legendy, kreacje bohaterów, język... Cóż więcej pisać? Polecam! :)