Opowiadania i Poezja

    Mt 25, 35-36

    "Mt 25, 35-36"

    byłam samotna
    a Ty dałeś mi złudzenia
    byłam martwa
    a Ty dałeś mi życie
    byłam zagubiona
    a Ty błądziłeś wraz ze mną

    nie byłeś aniołem
    znanym z obrazów renesansu i baroku
    byłeś aniołem w czarnej skórze
    okularach dżinsach glanach
    co z tego że najczęściej stały w szafie
    zapewne obok czarnych skrzydeł

    byłam spragniona
    a Ty dałeś mi pić
    byłam smutna
    a Ty dałeś mi zapomnienie
    byłam nieśmiała
    a Ty odkryłeś me nagie ciało

    *** (tęcza światła)

    ***

    tęcza światła
    przenikającego Twe lotki
    obmyła mnie

    mój Aniele
    gdy bierzesz mnie
    w ramiona
    i pieścisz czule
    czarnymi piórami
    staję się
    tęczą

    gdy wrócisz
    w przestworza
    nie mi przeznaczone
    odejdziesz na zawsze
    wspomnij czasem
    o mnie
    szukając końca tęczy

    janioł zwyczajny

    "janioł zwyczajny"

    stróż

    "stróż"

    byłeś moim aniołem
    stróżem
    ziemskim i okrutnym
    o skrzydłach plamionych krwią
    ale byłeś
    wierny
    gotowy zabijać
    dla mnie

    nienawidziłeś
    wszystkich mężczyzn
    którzy dotknęli
    mojej skóry
    twierdziłeś
    że skrzywdzą
    więc jak ponury anioł
    czuwałeś nade mną
    gotów ich zabić
    dla mnie

    a potem odrzuciłeś
    ponure skrzydła
    i wniknąłeś we mnie
    głębiej niż tamci
    wciąż gotów
    do obrony
    a tak naprawdę
    zraniłeś najbardziej
    czy byłbyś gotów
    wymierzyć sprawiedliwość
    swoją miarą

    Boże Narodzenie (Anna Tess Gołębiowska)

    Boże Narodzenie

        Ciężkie kroki w korytarzu oznajmiły jednoznacznie - Torgh wrócił do domu. Chrząknięciem przywitał swoją małżonkę, krzątającą się przy choince.

        - Zawiesiłam nowe ozdoby - pochwaliła mu się. Miała niski, chrypiący głos. - Ale skrzaty znowu nam zgniły.

        - Gniją i gniją... - mruknął i rozłożył się na posłaniu. - A co tam tak świeci? - Skinieniem wskazał na drzewko. Wśród gałązek coś błyskało i mieniło się jasnymi barwami.

        - Nowe ozdoby. Ghtor nałapał elfów.

        - Ach... Ta nowa moda. Obrzydlistwo. - Torgh odwrócił wzrok od choinki i sięgnął po wielką płachtę gazety.

        - Nie pozwolę, żeby Loga miała chałupę przystrojony lepiej niż my. A wiesz, że co roku nas odwiedza.

    Tak, wysoki sądzie, jestem templariuszem...

    Tak, jestem członkiem zakonu. Jestem świętym mężem, mieczem pana i plagą heretyków. Jestem współczesnym kontynuatorem wielkiego dzieła brata naszego i ojca - Hugo de Payens. Obecny świat nie jest gotowy na nasz powrót. Nikt nie rozumie idei Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. W obecnych czasach, gdy nareszcie postanowiliśmy powstać i walczyć w imię  Pana, jak niegdyś w złotych wiekach średnich, zepchnięto nas do rangi sekty. Nikt już nie chce słuchać głosu świętych mężów, a czarostwo panoszy się po świecie, jeszcze bardziej niż za czasów Pierwszego Zakonu. Bardziej, gdyż teraz jest nietykalne. Chroni je konstytucja. Prawa pańskie nie są już w cenie. Tak bezbożne nastały nam czasy... Tym bardziej więc, my, uosobienie bożego gniewu, mamy przed sobą trudną misję.

    Meaweteacha sefer II - Padół Łez, Epizod I "Poskromienie Niedźwiedzia"

    „Tej nocy, tam , na ziemi słychać
    było płacz kolejnego dziecka... A w domu obok...druga niewiasta
    powiła niemowlę....”

    Żyrawa, stara wieszczka i znachorka,
    wioskowa wiedźma bacznie przyglądała się trzymanemu w ramionach
    niemowlęciu.

    Kwiatki (Anna Tess Gołębiowska)

    Kwiatki

    Szpiczastoucha - Rozdział I: W karczmie

    Rozdział I

    "W karczmie"


        - Dlaczego żaden z nich nawet do mnie nie podejdzie? - jęknęła zawiedziona Lillian. Jej wzrok prześlizgnął się z wysokiego mężczyzny o gęstych, rudych włosach na bruneta o opalonej cerze, którego ucho zdobił kolczyk z kła. Obaj byli dla niej atrakcyjni, choć każdy z nich pod innym względem. Jak i jeszcze paru spośród odwiedzających tego wieczora karczmę "Pod pękniętym rogiem".

        - Bo jesteś elfką - mruknęła jej towarzyszka, wlepiająca wzrok w dzban miodu. - Żaden człowiek nie będzie startował do elfki.

        Lilian spochmurniała. Przeczesała smukłymi palcami lśniące, niemal białe włosy, a jej oczy dziwnie zmętniały.

    Wspomnienia królowej (Piotr Vivaldi Sarota)

    Szczęk zamka. Potężne, dwutonowe wrota powoli się otwierały. Lisa spojrzała w głąb: tuż za drzwiami rozciągał się wąski korytarz, oświetlony z rzadka żółtymi jarzeniówkami. Postąpiła niepewnie naprzód. Sam marsz nie był długi; po kilkunastu sekundach jej oczom ukazały się kolejne, stalowe wrota; te jednak – w przeciwieństwie do poprzednich – nie miały zamka. Miast tego pilnowało ich dwóch strażników. Po ich wyglądzie i broni zmiarkowała, że byli członkami oddziału GHOST. W sumie nie było w tym fakcie nic dziwnego.
    - Stać! Osoby poniżej czwartego stopnia nie mają wstępu do katakumb – świszczący i nieludzki głos strażnika zaświdrował Lisie w głowie. Nie odpowiedziała. Zamiast tego podała swój identyfikator. Duch przyjrzał się karcie ID i po chwili drzwi stanęły otworem.

    Aż po nocy kres... [+18]

    Spojrzała na zegarek: 20.48. Czyli za niedługo powinien być. Wstała i poszła do łazienki. Odgarnęła swoje kręcone włosy i spojrzała na odbicie w lustrze. Nie było najgorzej. Ba! Wiele kobiet chciałoby wyglądać tak jak ona. Zdecydowała się nic nie poprawiać – żadnego pudru, szminki ani cienia. Tylko lekkie podkreślenie kredką do oczu. 100% natural – hasło niczym z marketu z żywnością niemodyfikowaną genetycznie dla eko-oszołomów. Włożyła okulary (widziała dobrze, ale słyszała opinie, że w nich wygląda bardziej sexy) i zapięła niedbale czarną, bawełnianą koszulę – w końcu nie powinien podejrzewać, że się specjalnie dla niego przygotowuje… Wyszła z łazienki i omiotła raz jeszcze całe mieszkanie.

    Kubeł miodu (Piotr Vivaldi Sarota)

    Wiatrak już dawno przestał spełniać swą funkcje: zamiast chłodzić, wolno i leniwe mielił powietrze metalowymi płatami. Wydawało się, że robi się przez to jeszcze goręcej. Ale Królikowi wcale to nie przeszkadzało: siedział za swoim biurkiem i spokojnie palił ulubione, hawańskie cygara, sącząc „Johny Walkera”. Ze starego Phillipsa wydobywały się końcowe nuty „Zimy” Vivaldiego, puszczone z winyla…

    Czas przebudzenia (Piotr Vivaldi Sarota)

    Za każdym razem, gdy powracam do tamtego dnia, oblewa mnie zimny pot, a całe ciało przeszywa dreszcz. Szczerze mówiąc – tak między nami - gdyby nie koszmary, które nawiedzają mnie każdej nocy, byłbym skłonny potraktować tamte wydarzenia jako halucynacje, fatamorganę, majaki mojego zmęczonego umysłu, pijackie zwidy. Ale za każdym razem, gdy w nocy obrazy minionych dni, tamtych dni wracają, wsączają się niczym jad w mój umysł, gdy budzę się z krzykiem, zdjęty niewysłowionym lękiem, niemal nieżywy z przerażenia, za każdym razem dociera do mnie, że to nie była halucynacja, choć nieustannie zanoszę modły do Boga, żeby się takimi okazały. Ale właściwie, po co to robie? Bóg?

    Maeweteacha Sefer I - Między Niebem a Piekłem

    " Nie dano nam wolnej woli, ale dano siłę, dzięki której możemy

    "
    Nie dano nam wolnej woli, ale dano siłę, dzięki której
    możemy o nią walczyć"

    Magia kryształu cz. 1 (Adam Gotan Kmieciak)

    Magia kryształu

    (mojej ukochanej t.s.)

     

    Trucizna Zdrady

    Wiedział już jak to jest, gdy się spada... Spada wciąż niżej i niżej, w locie próbując złapać ostatkiem sił jeszcze jeden oddech, wyłonić z chaosu jedną składną myśl. Czuł jak tępy ból rozrywa pierś, płuca, czaszkę, szarpie każdy nerw, każdą tkankę. Czuł jak traci oddech, jak każdy kolejny wdech jest bardziej męczący, przychodzi mu z większym trudem, sprawia więcej bólu. Czuł też, jak powoli przestaje zwracać na to uwagę, obojętnieje wobec stanu swojego ciała, przyzwyczaja się. Bezwładnie opadł na kamienną posadzkę. Tego już nie czuł. Z prostego powodu - przestał odczuwać własne ciało, był już tylko dogorywającą breją chaotycznych myśli zawieszonych w przestrzeni. Zapadał w ciemność...

    ***

    Dzień szósty miesiąca Tebbress, 1287 rok IV Ery

    Epitafium

    Kochana córeczka

    Lealuas siedziała jak zwykle o tej porze przy kądzieli i przędła spokojnie z cicha podśpiewując ludowa melodię jakowąś.
    Do izby weszła Em. Lealuas uśmiechnęła się. Kochane to dziecko, choć
    takie zagubione. Em była dzieckiem ulicy, które prządka przygarnęła
    niecały rok temu.
    Nie mogła mieć własnych dzieci więc pokochała ją jak własną córkę, tak
    cieszyła się każdym jej uśmiechem, każdym wypowiedzianym z ust
    dziewczyny "mamo".
    W końcu miała swoją małą córeczkę.

    Miłość jest ślepa

    Kto mieczem wojuje od miecza ginie...

    Każdy ma swojego anioła stróża...

    „Najohydniejszym złem, jest to, co nosimy w sobie jako nieskoń

    „Najohydniejszym złem, jest to, co
    nosimy w sobie jako nieskończone piękno...”

    Kopciuszek (Anna Tess Gołębiowska)

    Biegła. Sypki piasek ścieżki tłumił jej kroki, szelest gałęzi drzew poruszanych wiatrem mieszał się z jej przyśpieszonym oddechem. Otulona atramentowym płaszczem nocy sama zdawała się być jej częścią – ciemnobrązowe włosy i czarna wieczorowa suknia sprawiały, że wtapiała się w las wokół niej. A raczej wtapiałaby się, gdyby nie biegła tak rozpaczliwie szybko, wciąż przyśpieszając kroku. Długie rozcięcie w sukni pokazywało pończochy kabaretki, opinające jej zgrabne nogi.

    Dziewczynka z zapałkami (Anna Tess Gołębiowska)

    Wolne, spokojne kroki. Szła wolno, złamany obcas utrudniał jej to, najchętniej zrzuciłaby buty i szła boso, ale był przecież grudzień. Nie pierwsza zimowa noc mijała jej właśnie w ten sposób – spacerowała pustymi ulicami, mijając ludzi, którzy odwracali od niej wzrok. Nie tylko od niej – każdy był zbyt zabiegany, zbyt zajęty własnymi problemami, by dostrzegać obcych. Zwłaszcza w zimną, grudniową noc. Ale kroki dziewczyny co wieczór rozlegały się w zaułkach, zwłaszcza tych rzadziej uczęszczanych. Na swój sposób bała się ludzi, choć przecież szukała przede wszystkim ucieczki przed samotnością.

    Śpiąca Królewna (Anna Tess Gołębiowska)

    Są krainy, których nie poznaliśmy, są światy, do których nie docieramy, są stany, w których się nie znajdziemy. Ona znajdowała się właśnie tam, pomiędzy prawdą a marą, gdzieś w rzeczywistości pod swymi własnymi powiekami. Nie otwierała ich, nie potrafiła. Już dawno zapadła w sen, z którego nie było przebudzenia. Podobno klątwy nie istnieją. A jednak. Długie rzęsy ocieniały twarz, miały już nigdy nie podnieść się, nie odsłonić lśniących źrenic, nie pozwolić, by zagrało w nich światło.

    Królewna Śnieżka

    Obudziła się wcześniej niż zwykle. Najchętniej z powrotem zacisnęłaby powieki i skryła twarz pod poduszką, ale wiedziała, że to nic nie da. Tyle już razy próbowała oszukać w ten sposób sen, który ją opuścił, że tego dnia nawet nie próbowała. Z niechęcią odwróciła się na drugi bok, patrząc na pogniecioną, śnieżnobiałą pościel. Jak przez mgłę wspominała dni, kiedy te wgniecenia pozostawiał po sobie ktoś, teraz sama wierciła się w bezsenne noce, szukając odpoczynku, spokoju.

    Noc wieczności (Anna Tess Gołębiowska)

    Z dedykacją dla Gotana (;

    Wyszła z domu, jak co wieczór. Nie należała do domatorek i najchętniej każdą noc przesiedziałaby w pubie. No, może ewentualnie nie całą - przecież każdy pub można opuścić w miłym towarzystwie, ale wówczas do domu wracała jeszcze później i nad ranem. Wtedy zdarzało się, że do zwyczajnego kaca dołączył moralny, gdy na przykład okazało się, że przygodny kochanek miał żonę i dzieci. Mimo to nie zamierzała zmieniać trybu życia, w takim spełniała się najbardziej.

    Strony

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus