Niewybaczona wina
W chwilach, kiedy wierzę w Boga, wyobrażam Go sobie jako cudotwórcę.
***
Pisk opon. Brzęk tłuczonego szkła. Krzyk jakiejś kobiety na ulicy. Bicie serca. Mojego? Chyba tak. I nagle cisza. Cisza, która wwierca się w mój umysł i jednocześnie koi ból umiejscowiony gdzieś w okolicach żeber. Zapadam się w ciemność…
Dziwne, w tym wszystkim nie tracę świadomości. Widzę gęstniejący mrok, prawie mogę go dotknąć. Czarna, gęsta mgła jest jedynym, co mnie otacza. Nie czuję krepującego mnie pasa samochodowego. Zdaje się, że fotel też zniknął. Czyżbym postradała zmysły? Otoczenie jest zbyt namacalne, by mogło być snem. Z drugiej strony jednak, wszystko jest zbyt nierzeczywiste, bym mogła w to uwierzyć.
W to wszystko zaczyna wdzierać się panika. Co się ze mną dzieje? Próbuje krzyknąć, ale żaden dźwięk nie wychodzi z moich ust. Próbuje się poruszyć i właśnie wtedy moje stopy trafiają na twarde podłoże. Z niemałym trudem próbuję stanąć pewnie na nogach w tej budyniowatej mgle, ale wtedy ktoś, a może coś, łapie mnie za rękę i ciągnie w górę. Dopiero wtedy zauważam, że przebijają się tam drobne promyki światła. Świst w uszach powoduje błogą nieświadomość.
***
Potworny ból głowy wyrwał mnie ze snu. Czułam każdy mięsień mojego zdrętwiałego i zziębniętego ciała, jednak zmusiłam się, by spróbować je rozprostować. Dopiero gdy to zrobiłam, otworzyłam oczy i usiadłam. Ujrzawszy pomieszczenie z białą podłoga i sufitem oraz lustrzane ściany uświadomiłam sobie, co działo się zanim straciłam przytomność. Nagle tuż przede mną stanęła jakaś postać. Blask, który od niej bił w pierwszej chwili mnie oślepił. Dopiero po chwili moje oczy przywykły do tego. Stał przede mną mężczyzna w dżinsach i czarnej koszuli. Jego twarz promieniowała nienaturalnym blaskiem, który sprawiał, że patrząc na nią musiałam mrużyć oczy.
- Pamiętasz mnie? – zapytał nieco zachrypłym głosem, który wydał mi się dziwnie znajomy.
Wpatrywałam się w niego próbując skojarzyć go z ludźmi, których znałam. Nikogo podobnego nie mogłam sobie przypomnieć, więc pokiwałam przecząco głową.
- Naprawdę mnie nie pamiętasz… - westchnął mężczyzna. – A kiedyś tak mocno we mnie wierzyłaś, tak gorliwie się do mnie modliłaś. Czasami nawet ze mną rozmawiałaś. No tak… - Mężczyzna najwyraźniej coś sobie przypomniał. Jego twarz zmieniła wyraz na bardziej skupiony i po chwili zza pleców wyciągnął czarny kapelusz, który założył sobie na głowę. – Zawsze mówiłaś, że anioły przychodzą w kapeluszach…
***
- Dokąd mnie prowadzisz? – krzyczałam na niego od chwili, gdy zaczął mnie brutalnie ciągnąć za sobą. Zanim jednak to zrobił, przypomniał mi dość skutecznie, pokazując obrazy z przeszłości, że jest moim aniołem stróżem, który miał mnie zaprowadzić przed oblicze Boga.
- Zanim zobaczysz Najjaśniejszego, musisz coś zrozumieć. Musisz wiedzieć. Szczególnie, że dla Ciebie Bóg był cudotwórcą. – Był zdenerwowany, ale w jego głosie przejawiał się też smutek. Nie rozumiałam nic z tego, co mówił. No, może poza tym, że umarłam i miałam się spotkać z samym Stwórcą. Ciekawiło mnie to, czy też będzie tak jaśniejący, jak mój anioł, czy może ukaże mi się pod postacią Gorejącego Krzewu. A może wymyśli coś, czego jeszcze nie było, żeby nie powtarzać starych trików? Z tych rozważań wyrwał mnie gwałtowny upadek. Mój anioł zatrzymał się przed masywnymi, drewnianymi drzwiami z mosiężną klamką.
- Zanim tam wejdziemy, wiedz, że nic ci nie grozi. To wszystko już się wydarzyło, albo dopiero się stanie. Ci ludzie nie będą nas widzieć, ani słyszeć. Nie możemy im pomóc. Mamy tylko obserwować.
Skinęłam tylko głową, nie byłam w stanie wymówić jakiegokolwiek słowa. Anioł chwycił mnie za rękę i przeprowadził przez drzwi.
W pierwszej chwili nic nie widziałam, ale nie zdążyłam nawet o tym pomyśleć, a do moich uszu dotarł płacz kobiet. I wtedy ujrzałam gnijące ciała jeszcze żywych ludzi. Niektóre jęcząc zwijały się pod ścianami małych chatek. Płacz kobiety dochodził z jednej z nich. Tuż przede mną leżało małe ciałko martwego niemowlęcia z rozszarpaną skórą na piersi. Smród rozkładu był nie do zniesienia, wydawało mi się, że zaraz zwymiotuję, ale właśnie wtedy obraz się zmienił. Trzy kobiety przywiązane do pali, pod którymi podpalono już stosy. Dwie z nich krzyczały, jedna poruszała tylko bezwiednie ustami. Mężczyzna w brązowym habicie wykrzykiwał coś o tym, że u kresu swego życia mają oddać się Bogu, że mają wyrzec się szatana, że ich cierpienie nie pójdzie na marne. Znów zmiana obrazu. Matka tuląca do piersi martwe dziecko. Płacząca nad swoim jedynym synem. Zmiana. Młody chłopak siedzący przy łóżku swojej śmiertelnie chorej siostry. Zmiana. Mąż wpatrujący się w plecy odchodzącej od niego żony. Zmiana. Mała dziewczynka ze zwłokami ukochanego psa na rekach. Zmiana. Krzyki ludzi i odgłosy karabinów. Zmiana. Wypadek samochodowy, który wydał mi się dziwnie znajomy. W jednym z samochodów byłam ja.
***
Nie mogłam się uspokoić. Płakałam jak małe dziecko. Przez cały czas płakałam. Gdy wszystko zniknęło i została biała, gęsta mgła opadłam na podłoże. Skulona leżałam i płakałam, a anioł siedział za mną i otaczał mnie swoim ramieniem.
Minęło trochę czasu zanim zabrakło mi łez. Dopiero wtedy anioł przemówił.
- Właśnie tak wygląda świat twojego cudotwórcy.
***
Stałam przed samym Bogiem. Zadziwiające, nie był ani pod postacią Gorejącego Krzewu, ani Światłością. Stał przede mną mężczyzna w średnim wieku, który obserwował mnie swoimi niemal czarnymi oczami, a ja znałam już odpowiedź na nurtujące mnie kiedyś pytanie.
- Właśnie tak wygląda świat, gdy Bóg nie wybaczył ludziom, że zabili mu syna, prawda?


















































Odpowiedzi
Genialne. Jeden z
Genialne. Jeden z najlepszych Twoich tekstów, jakie kiedykolwiek czytałam. Na większy komentarz zabrakło mi słów.
Mocne! Jestem pod
Mocne! Jestem pod wrażeniem. Zgadzam się z Tesską, a nawet pójdę krok dalej. To najlepszy z Twoich tekstów, jakie miałam okazję czytać.
Na początku miałam wrażenie, że już to znam, przecież w tym klimacie napisano mnóstwo literatury, nakręcono całą masę filmów, to popularna tematyka. Ty jednak ustrzegłaś się tej piętnowanej przez wielu czytelników "wtórności". Ciągle kołatały mi przy czytaniu, w głowie jakieś obrazy które już widziałam i słowa, które czytałam. Jednak przy samym końcu, kiedy dochodziłam do pointy, wyraźnie widziałam, że nie, tego jeszcze nie było. Sama pointa mnie urzekła, jest mocna, oryginalna i skłania do refleksji.
Tylko jeszcze uwaga techniczna: W ostatnim zdaniu, wydaje mi się, że zamiast "gdy" powinno być "gdyż".
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
W założeniu miało być
W założeniu miało być 'gdy'. Ale pomyślę pewnie nad tym, jak się obudzę.
I aż się prawie zaczerwieniłam na ten komentarz.
---
"Nie biorę narkotyków – sam jestem narkotykiem."
"Skromność właściwie nie jest moją specjalnością."
/Salvador Dali/
Z początku też zwróciłam
Z początku też zwróciłam uwagę na to "gdy", ale nie pisałam, bo uznałam, że choć użycie jest nietypowe, to zmienia kontekst i raczej nie powinno się go "wygładzać".
zabrakło słów na
zabrakło słów na komentarz, zamurowana, nie wie co napisać
mocne.... też mnie
mocne....
też mnie zatkało.