Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Piękna, Bestia i sępy

Nocą w lesie nie panuje cisza. Wśród najczarniejszej
gęstwiny, do której nie ma dostępu nawet nikły blask
księżyca, budzą się do życia rozmaite stworzenia, preferujące
właśnie tę ciemną i tajemniczą porę doby. Pająki tkają w
najlepsze swoje misterne sieci, balansując z cichym szuraniem między
liśćmi przytulonych do siebie krzewów. Wyruszające na łów
sowy pohukują jednostajenie, miarowo. Ściółka leśna zdaje
się poruszać wraz z wijącym się w niej drobnym robactwem. W
wysokich koronach drzew szeleszczą liście, raz po raz trącane
skrzydłami jakiegoś nocnego ptaka. Cienie snują się pośród
gąszczu, suną we wszystkie strony, to znów zlewają w jedno,
by za chwilę rozszczepić się na kilka lub kilkanaście mniejszych,
szybszych i zwinniejszych. Wiatr dmie na każdym skrawku wolnej
przestrzeni, zawodzi wraz z wyjącymi do księżyca wilczymi stadami.

Tak było i tej nocy. Knieja otaczająca polanę tętniła życiem,
odstraszając dobiegającymi ze wszystkich stron dźwiękami. Skulona
pod drzewem postać nie bała się. Kolana podciągnęła wysoko pod
brodę, by nie czuć przenikliwego chłodu wczesnej jesieni.
Odgarnęła z twarzy opadające strąki ciemnych, prostych włosów.
Plecami wygodniej oparła się o gruby, szeroki pień starego dębu.
Sięgnęła do kieszeni. Wyjęła zeń pomiętą paczkę tanich
papierosów. Wyciągnęła jednego i wsadziła do ust. Zwilżyła
czubkiem języka bladopomarańczowy ustnik. Uniosła głowę i przez
dłuższą chwilę przyglądała się olbrzymim sylwetkom sępów,
zataczających koła nad pustą przestrzenią polany. Znała już te
stworzenia tak dobrze, iż gdyby tylko miała na to ochotę, mogłaby
nadać im imiona. Co jakiś czas, któryś z ptaków
wznosił się wyżej, przelatywał wprost nad nią, znaczył
niewielki okrąg wokół jej głowy, pokrzykując coś w swoim
sępim, skrzekliwym języku. Po chwili wycofywał się jednak i
wracał do kompanów, żerujących w najlepsze zaledwie kilka
metrów dalej.

Raz jeszcze pogrzebała ręką w kieszeni, wydobywając z niej
paczkę zapałek. Energicznym ruchem zapaliła jedną. Duszący odór
padliny ustąpił na chwilę miejsca zapachowi siarki, który
zdawał się przy nim wonią pieszczącą nozdrza. Troskliwie
osłoniła dłońmi nikły płomień. Spalone drewienko schowała
spowrotem do pudełeczka. Dość już walało się po lesie śmieci,
nie warto dorzucać więcej, zwłaszcza takich, którymi nie
pożywią się żadne stworzenia.

Przyciągnęła kolana jeszcze bardziej, oparła o nie brodę i
wróciła do kontemplowania sępów rozdziobujących
nadgniłe lekko zwłoki mężczyzny. Leżał całkiem nagi na
pokrytej rzadkimi kępkami trawy glebie, w groteskowej pozie, z
powyginanymi ramionami i nogami, rozrzuconymi nieskładnie na
wszystkie strony świata. Kilku skrzydlatych padlinożerców
otoczyło ciało, wyciągając długie, łyse szyje, trzaskając
szerokimi skrzydłami, przedreptując z nogi na nogę. Zakrzywione
dzioby sięgały do wnętrza rozdziobanego korpusu, co jakiś czas
wyszarpując z niego kolejne kawałki wnętrzności.

Postać pod drzewem zaciągnęła się głęboko, oglądając
posilające się ścierwojady z zainteresowaniem godnym
mistrzowskiego spektaklu, wystawianego w dobrym teatrze. Powoli
wypuszczając z ust kłąb dymu, pogłaskała wnętrzem dłoni własny
policzek. Wzdrygnęła się pod dotykiem chropowatej, nierównej
skóry. Opuszkami palców zaczęła wodzić po swoim
czole, nosie, wokół ust. Coraz odważniej, dokładniej, z
namaszczeniem, gładziła zdeformowaną, przypominającą upiorną
maskę twarz, na której niezliczone, głębokie blizny,
zlewały się w jedną, makabryczną całość.

Przychodziła
tu co noc, od czasu, kiedy wreszcie zdecydowała się znów
odwrócić role. Własna, oszpecona twarz, znowu wydała jej
się piękna, w porównaniu z wybebeszonym, poszarpanym
truchłem, którego widokiem upajała się trzecią noc z
rzędu. Teraz nie rozpoznałaby go nawet własna matka, tak samo, jak
tamtej nocy, nikt nie rozpoznał jej.

Wszystko zaczęło się banalnie, od szczeniackiego zakochania. Tak,
kochała go, pomimo, że jedną nogę miał wyraźnie krótszą
i tak zabawnie na nią utykał. Kochała, mimo jego prawej połowy
twarzy, pokrytej obrzydliwym, owłosionym, czerwono-brązowym
znamieniem. Kochała pomimo głowy, z jednej strony spłaszczonej od
urodzenia. Kochała w końcu, niezależnie od tego co o nim mówiono,
jak wyśmiewano, lżono, obrażano, wyzywano najbardziej
niewyszukanym słownictwem.

Uciekali przed nim wszyscy, bali się i nazywali Bestią. Wszyscy
oprócz niej. Nikt nie potrafił zrozumieć miłości Pięknej
do Bestii. Tak, wtedy jeszcze była piękna. Miała delikatną,
gładką, lekko brzoskwiniową cerę i intensywnie czerwone, pełne
usta, układające się w kształt serca. Lśniące włosy, sięgające
pasa, zawsze starannie rozczesane, opadały na ramiona i plecy.
Wdzięcznych kształtów, rozkołysanych bioder, wąskiej talii
i wydatnego, jędrnego biustu, zazdrościła jej każda niemal
rówieśnica.

Gdy go poznała, miała zaledwie dziewiętnaście lat, a życie
dopiero otwierało przed nią niezliczone możliwości. Ona jednak
pokochała Bestię i poświęciła mu trzy najpiękniejsze lata
swojego życia. Razem zamieszkali, zamknięci na cztery spusty,
odcięci od świata, w ciemnej, starej ruderze, regularnie
demolowanej od zewnątrz przez miejscowych chuliganów. Za dnia
siadywali objęci na rozklekotanym tapczanie, pogrążeni w nie
kończących się rozmowach. Snuli marzenia o prawdziwym życiu, poza
ich barakiem, na wyrost nazywanym domem, i o ludziach innych, niż
ci, których znali. Nocami zaś wychodzili na spacery,
godzinami błądzili po lesie, a potem wracali, by kochać się
namiętnie, aż po świt, przy wtórze skrzypienia kanapy.

Nigdy nie domyślała się, co dzieje się w głowie Bestii, gdy
czasem przesiadywał długie godziny w kącie zaciemnionego pokoju i
przyglądał się jej natarczywym, świdrującym wzrokiem. Naiwnie
myślała, że podziwia jej wdzięki. Rzeczywistość była jednak
zupełnie inna. Teraz wiedziała już o tym. Bestia wpatrywał się
wtedy z zazdrością w jej piękne ciało, marząc, by pewnego dnia
role się odwróciły. Dzień taki nie przychodził sam z
siebie, a w Bestii powoli dojrzewała myśl, że można by mu
dopomóc.

Z tamtej nocy zapamiętała wszystko, każdy najdrobniejszy
szczegół. Dzikość i szaleństwo w jego oczach, kolor i smak
własnej krwi, spływającej wąskimi strumykami po twarzy, gęsto
pociętej tępym nożem, ból ran rozrywanych jego przydługimi
paznokciami, tlący się blado żar papierosa, gaszonego raz po raz
na jej czole, policzkach i szyi. Nie zapomniała też rdzewiejącego,
metalowego żelazka, rozgrzanego do czerwoności i zapachu palonego
mięsa, gdy dotykało jej ciała. Najczęściej jednak, w nocnych
koszmarach, nawiedzały ją jego słowa, jedyne, jakie wtedy
wypowiedział. „Zrobimy zamianę, dobrze? Teraz ty będziesz
Bestią, a ja... ja patrząc na ciebie będę czuł się piękny.”

Bladość świtu zaczynała właśnie, bardzo powoli, bez pośpiechu,
wdzierać się w nieskazitelną czerń nocy, kiedy ptaki skończyły
ucztę, a ona zgasiła pod butem niedopałek i podniosła się.

- A teraz... - syknęła pod nosem. - Teraz mój kochany, ja
nadal jestem Bestią. A ty jesteś martwy.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi